Łowcy bezpańskich kontenerów. Płacisz 10 tys. i przejmujesz towar, którego nie chciał Media Markt

Nieodebrane kontenery - marzenie łowców okazji.
Nieodebrane kontenery - marzenie łowców okazji. fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
Najlepszy biznes zrobił trafiając na kontener z lodówkami LG. W trakcie rozładunku kontener upadł na beton składu portowego. Ubezpieczyciel wypłacił odszkodowanie dostawcy. Zawartość, bez oglądania miała iść do utylizacji jako elektrozłom.


– Szkoda, aby tyle dobra się zmarnowało. Z punktu widzenia przepisów towar był "niedostarczalny" do klienta. Dla firm spedycyjnych liczy się każdy metr placu w porcie. Szybko chcą się pozbyć takich gratów. W ciemno zapłaciłem równowartość 2,5 tys. euro za postojowe i innych opłat - opowiada Marek, łowca kontenerów. I tak stał się właścicielem 50 najbardziej wypasionych lodówek koreańskiej marki.


– Dwudrzwiowe, z automatyczną kostkarką do lodu i filtrem wody. W Media Markcie takie lodówki chodzą po 9 tys. złotych. Ja sprzedaję w internecie po 2,5 tys. Tyle, że udzielam jedynie gwarancji rozruchowej na 15 dni. Wymieniłem klientkom zaledwie kilka sztuk – opowiada.

Niechętnie opowiada o kulisach biznesu, bo porzucony towar to trochę tajemnica branży. Jest zupełnie inaczej niż programach z Discovery. W Polsce rzadko kiedy organizowane są podobne licytacje. Liczy się operatywność "łowcy", jego kontakty w firmach spedycyjnych oraz zapasy wolnej gotówki. Dlatego, jeśli zadzwonicie do portu kontenerowego w Gdyni z pytaniem o nieodebrany towar, usłyszycie, że żadnych porzuconych kontenerów tam nie ma. – No pewnie, nabywca zawsze się znajdzie – pokazuje na siebie palcem pan Marek.


Niechciane skarby
Skąd się bierze niechciany towar w Polsce? Łowca opowiada typową historię: firma handlowa z Polski zamówiła 1000 foteli biurowych. Porządne, prezesowskie, z imitacji skóry. Zapłacono 20 procent należności, towar wypłynął z Chin. Zanim fotele dopłynęły do Gdyni (4-6 tygodni), sieć handlowa, do której miały trafić wycofała się z transakcji i Polacy zostali z problemem. Wykalkulowali, że już nie opłaca im się odbierać towaru. Pod pretekstem nieterminowej dostawy i błędów w dokumentacji "wyklamkowali" się z interesu. Wtedy to Chińczyk został z kosztami i towarem w Polsce.

Handlarz "swoimi kontaktami" ustalił namiary chińskiego handlowca. Złożył ofertę przejęcia dostawy za dodatkowe 20 procent plus opłaty, które narosły już w porcie. Chińczyk zgodził się zwolnić towar. Tylko co zrobić z tysiącem foteli?

– Magazyn zrobiłem u teścia w szklarni. Fotele, które w Jysku kosztują 200 złotych sztuka, miałem po 20 zł. Sprzedaję je do dziś. Jeszcze nie wyszedłem na plus. W fotelach odpadają kółka i kilku dużym klientom wciąż wymieniam na nowe. Prosto, ze szklarni – śmieje się.

Porzucony towar

Niekiedy chińscy producenci towarów sezonowych wysyłają towar „w ciemno” do Europy, aby być jak najbliżej potencjalnego rynku zbytu, licząc na to, że już po wysłaniu znajdą kupca. Takie praktyki są stosowane szczególnie w przypadku towarów tanich. Jeśli towar nie zostanie sprzedany w całości, jego odsyłanie do Chin czy pokrywanie kosztów składowania kontenera nie jest opłacalne. W ten sposób pozostaje „niechciany” kontener, którego zawartość czasem da się sprzedać.

Rzadziej takie sytuacje dotyczą towarów wysoko przetworzonych. W tym wypadku chodzi zwłaszcza o produkty nieznanych marek, które zdążyły „zestarzeć się” technologicznie w transporcie. Problem ten czasami dotyka także znane marki , ale ze względów wizerunkowych nie pozwalają sobie one  na to, by ich towar pozostał w porcie i był sprzedawany za bezcen.

Piotr Kozłowski, Vice President Ocean Freight Poland / Northeast Europe DB Schenker

Discovery może się schować ze swoimi barwnymi bohaterami kontenerowych wojen. Marek ma biuro z magazynem na warszawskim Tarchominie. Zasiada za wielkim drewnianym biurkiem, na honorowym miejscu liczarka do banknotów. Obraca się przecież na innym poziomie biznesu. Internet, bazary, festyny parafialne z odpustami, sklepy z chińszczyzną "wszystko po 5 zł". Tam króluje gotówka, zakupy towaru na palety, natychmiastowe płatności. Zapewnia, że wszystko to zupełnie legalnie, z opłaconym cłem, VATem i podatkami.

Od podłogi po sufit – kartony. Z ciekawostek, jest tu jesienna kolekcja swetrów znanej marki. Zdobyta w niemieckim porcie od innego "łowcy kontenerów". Aby nie naruszać praw producenta do znaków towarowych odcinane są metki. Do internetu produkt trafi jako no-name. Klientki doskonale wiedzą, o co chodzi. Jest też 300 rowerków dziecięcych. Znajdą nabywców na wiosnę, na bazarze m.in. w Płońsku. Takie same jak w Smyku tyle, że 50-procentowym rabatem. Zostały też półmiski, setki półmisków z czegoś co jest imitacją porcelany.

– Jak z tego zrobić biznes? - pytam.

– Normalnie. W wypożyczalni zastawy stołowej biorą 2 złote za wypożyczenie półmiska. To już bardziej opłaca się u mnie kupić za 1,20 zł. Miałem klienta, który organizował galę biznesową. Kupił 400 półmisków, a po imprezie wyrzucił. I tak małymi krokami wypracuję zyski – opowiada łowca kontenerów.

– Firmy ze sklepami w galeriach handlowych nie doceniają tego rynku. Ja uważam, że Polacy nie mają pieniędzy. Kto kupuje konika Pony za 28 złotych z sieciowego sklepu, skoro w "sklepie chińskim" podobna zabawka kosztuje 7 zł – opowiada.
Czyściciel portów
Skąd wziął się w biznesie? – Z zawodu jestem technologiem żywności. Po studiach układałem dietę dla stołówki w zakładzie karnym. Zrezygnowałem, bo to praca wśród smutnych ludzi. W 2005 roku wpadłem na pomysł biznesu importowania czegokolwiek z Chin. Zamawiałem odtwarzacze mp3 i akcesoria do telefonów komórkowych. Pierwszą partię sprzedałem na giełdzie komputerowej, wracając do domu z siatką pieniędzy. Nie było jeszcze AliExpress i Alibaby, a Allegro było w powijakach. Biznes rozwijał się w tak niesamowitym tempie, że wstydziłem się pokazać rodzicom, że mam pod łóżkiem walizkę pieniędzy. Po prostu by nie uwierzyli – dodaje.

Opowiada, że jeszcze kilka lat temu opłacało się importować towar z Chin przez Rotterdam albo Hamburg – uchodzący w branży za "największy polski port". Mniejsza biurokracja, a transport TIR-em do Polski przybywał niemieckimi autostradami szybciej niż statkiem po Bałtyku, a później przez Gdynię. Pewnego razu chiński handlowiec z Kantonu zaproponował przejęcie "włoskiej" armatury łazienkowej. Na pytanie "dlaczego tak tanio" Chińczyk twierdził, że klient rozmyślił się z transakcji, a on nie zdąży już znaleźć nowego. Znajomi spedytorzy opowiedzieli o skarbach z kontenerów, których nikt nie chce odebrać. Że jeśli nie boi się handlu, zaryzykowania kapitału na dłużej, to można na tym zrobić biznes.

Dzień postoju kontenera w polskim porcie kosztuje około 5 euro. Po kilku dniach stawka wzrasta do 15 na nawet 50 euro. Zdarza się, że firma przewozowa zawali sprawę, nie poinformuje klienta o wyładowaniu kontenera. Jeśli do tego trafią się jakieś niedomówienia pomiędzy importerem a eksporterem co do ponoszonych opłat za fracht, kłótnia handlowców gotowa. Po pewnym czasie opłaty za postój, tzw. demurrage, przekroczy wartość towaru. Po dwóch miesiącach firma spedycyjna, zgodnie z kodeksem morskim, ma prawo wystawić kontener na sprzedaż. Z reguły do sprawy wtrąca się urząd celny. Orzeka przepadek mienia na rzecz skarbu państwa i wystawia na sprzedaż. Do takich licytacji dochodzi jednak rzadko bo...

Znacznie wcześniej do akcji wchodzą tacy jak pan Marek i oferują rozwiązanie problemu. Nie kupują w ciemno. Bo spedytor chętnie poda namiar na kontrahentów z listu przewozowego, a wtedy bez trudu można się dogadać. Dla takich firm jak Maersk, Hapag Lloyd, MSC liczy się szybkie uwolnienie "pudełka" i powrót na "szlak żelaznego tostera", z Dalekiego Wschodu do Europy. Okazja to kupno towaru za 30 procent ceny. Tylko weź to później sensownie sprzedaj.

– W pierwszym kontenerze kupiłem wanny z hydromasażem. Typowa historia. Importer nie doprecyzował z chińską firmą warunków transportu. Kontener płynął sobie z chińskiego portu Nigbo do Europy, w międzyczasie przechodząc przez ręce kilkunastu pośredników. Każdy chciał go sprzedać i doliczyć prowizję. Aż towar wylądował na ostatnim możliwym przystanku w... Gdyni i nie został podjęty. Teoretycznie powinien wrócić do nadawcy, ale ten nie chciał wydać paru tysięcy dolarów na transport powrotny. I tak wanny uszczęśliwiły "łowcę okazji", jego znajomych oraz właścicielkę pensjonatów w Zakopanem.

Teraz łowcy kontenerów z całego świata szykują się na niesamowite żniwa. Na początku września splajtowała z hukiem jedna z największych firm przewozowych świata - Hanjin Shipping z Korei Płd. Na trasie do USA obsługiwała 45 proc. eksportu Samsunga, ponad połowę transportów komputerowego potentata HP, a także jedną czwartą przewozu towarów LG. Za nieopłacone rachunki przewozowe w portach i na nabrzeżach różnych państw"aresztowano" towar wart 14 miliardów dolarów.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...