KOD bez Mateusza Kijowskiego? Jeśli nie uspokoi on zawiedzionych działaczy i sympatyków, straci władzę w ruchu, albo doprowadzi do jego upadku.
KOD bez Mateusza Kijowskiego? Jeśli nie uspokoi on zawiedzionych działaczy i sympatyków, straci władzę w ruchu, albo doprowadzi do jego upadku. Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

Mateusz Kijowski podczas piątkowego marszu "KOD Niepodległości" wciąż był główną twarzą Komitetu Obrony Demokracji. I znowu wyraźnie widać było, jak dobrze czuje się w roli lidera. W opozycyjnej codzienności tej pozycji wkrótce może nie być jednak tak pewny. Kijowski dawno stracił szanse na konkurowanie z Petru i Schetyną o rząd dusz nad całą opozycją. Teraz pojawia się coraz więcej głosów, by wymienić go na czele KOD.

REKLAMA
Czas na dyskusję...
Pierwsza głośno powiedziała to na początku minionego tygodnia Eliza Michalik. "A może przyszedł czas, żeby KOD przedyskutował przywództwo Mateusza Kijowskiego? Jest tam przecież tak wielu mądrych, charyzmatycznych ludzi" – napisała na Twitterze.
Za co z jednej strony spotkał ją bezpardonowy atak osób ślepo zapatrzonych w twórcę Komitetu Obrony Demokracji. Jednocześnie publicystka otworzyła dyskusję wśród tych, którzy sens istnienia KOD generalnie popierają, ale nie utożsamiają go z jednym tylko człowiekiem. Czyli prawdopodobnie wśród większości ludzi opozycji.
Zaledwie dzień później Elizie Michalik wtórował w "Krytyce Politycznej" Jan Śpiewak. Lider warszawskich aktywistów miejskich nie poprzestał jednak tylko na delikatnej sugestii skierowanej do sympatyków KOD, ale sformułował wręcz mały "akt oskarżenia" przeciwko Mateuszowi Kijowskiemu, wytykając przede wszystkim ideologiczne rozchwianie w największym opozycyjnym ruchu.
Jan Śpiewak celnie punktował Kijowskiego za prowadzenie KOD drogą, która przed rokiem prezydenta Bronisława Komorowskiego, a później Platformę Obywatelską zaprowadziła do klęski. Oraz za to, że coraz częściej można odnieść wrażenie, iż KOD – albo przynajmniej sam Mateusz Kijowski – mówi trochę tym samym językiem, co rządząca prawica.
"To, że KOD zaczął używać języka 'dobrej zmiany' pokazuje, w jakim impasie intelektualnym znalazł się ten ruch. Nie potrafi zaproponować żadnych własnych treści i może jedynie importować je od przeciwnika" – napisał. Liderowi KOD oberwało się też za to, jaką rolę w narracji Komitetu zaczął odgrywać Władysław Bartoszewski. "Kijowski zasłania się bezmyślnie autorytetem Bartoszewskiego jak część prawicy autorytetem Jana Pawła II. Wielkie symbole mają zasłonić prawdziwy obraz sytuacji i intelektualną nędzę" – krytykował Śpiewak.
Cała ta krytyka była przede wszystkim efektem serii wizerunkowo-ideologicznych wpadek KOD. Najpierw burzę wywołał tekst szefa Komitetu o wykorzystywaniu w polityce pojęcia "lewak", które dla niego zdaje się mieć tylko znaczenie pejoratywne, a polska lewica zaczyna nazywać się tak z dumą.

Ileż razy czytałem o sobie w Internecie, że jestem lewacką k...ą. Ileż razy nazywano mnie komunistą. Jakże często słyszałem, że „z lewakami nie pójdę”... Każdy, kiedy otwiera usta, daje najpierw świadectwo samemu sobie. Dopiero później temu, o kim mówi. Kiedy mówię o kimś, że jest idiotą, to po pierwsze oznacza, że sam mam niedostatki intelektu... Czytaj więcej

Chwilę później KOD zapraszał na organizowany 11 listopada marsz plakatem z Romanem Dmowskim. Człowiekiem zasłużonym dla odzyskania niepodległości w 1918 roku, który jednak później wpisał się do historii Polski za sprawą swego antysemityzmu, ksenofobii i zamiłowania do brutalnego nacjonalizmu.
Opozycja w opozycji
O ile dyskusję o "lewactwie" pewnie szybko udałoby się uciszyć, bo żyła nią tylko marginalna w polskiej polityce lewica, o tyle akcja promocyjna z Dmowskim podgrzała już atmosferę w szerszym kręgu. Niby to wszystko błahostki przy wadze sprawy, o którą toczy się prowadzona przez KOD walka. Tylko że limit błędów i wytrzymałości działaczy wobec Kijowskiego zaczyna się coraz bardziej wyczerpywać.
Przez długi i bardzo ważny w polityce weekend grzechów znowu się nazbierało. Najwięcej uwagi przykuł kolejny ra ten związany z "flirtem" z nacjonalistami. Mateusz Kijowski w wywiadzie podsumowującym marsz zorganizowany 11 listopada powiedział, że w przyszłości chciałby maszerować z tymi, którzy teraz wybrali Marsz Niepodległości.
– Mam nadzieję, że następnym razem albo za dwa lata pójdziemy razem z narodowcami. Mam nadzieję, że zobaczymy, jak wiele mamy wspólnego i będziemy się starać działać razem – oznajmił. Choć idea zjednoczenia politycznie podzielonej Polski jest słuszna, dla większości z jednej i drugiej strony politycznej barykady jest aktualnie raczej nie do przyjęcia.
Poza tym kolejny raz okazało się, że szefostwo organizacji mającej w nazwie obronę demokracji na co dzień woli zarządzanie w mniej wysublimowany sposób. Tym razem pretekstem do stawiania Kijowskiemu takich zarzutów było to, jak potraktował zaangażowanego w działalność opozycyjną ekonomistę i publicystę Waldemara Kuczyńskiego.
Byłemu działaczowi pierwszej "Solidarności", a później szefowi resortu przekształceń własnościowych i człowiekowi, z inicjatywy którego Leszek Balcerowicz dostał szansę na wprowadzenie swojego planu, nie pozwolono przemówić 11 listopada. "Nawet nie powiedział: odwal się Pan" – tak Kuczyński skomentował to, jak go potraktowano.
Najlepsze lider KOD jednak zachował na sobotę. Z tego, że marzy jedynie o sojuszu z tymi narodowcami, którzy nie sieją nienawiści, Mateusz Kijowski tłumaczył się podczas imprezy założycielskiej nowej Unii Europejskich Demokratów. Obok Lecha Wałęsy był tam głównym gościem honorowym.
Były prezydent przyzwyczaił Polaków do niespodziewanych politycznych wolt. Jednak błogosławieństwo szefa KOD dla tej marginalnej formacji nie zaskakuje, a szokuje. UED składa się bowiem z maleńkiego koła poselskiego, w którym są jedynie politycy tak nieprzewidywalni, jak Stefan Niesiołowski, Michał Kamiński, Jacek Protasiewicz i szerzej nieznany Stanisław Huskowski, oraz działaczy Partii Demokratycznej, która istnieje od ponad 11 lat i w zasadzie cały ten czas spędziła w głębokiej pozaparlamentarnej pozycji. To polityczny plankton i to nie pierwszej świeżości...
– Po ostatnich tygodniach można odnieść wrażenie, że Mateusz obrał dziwny kierunek. I to delikatnie mówiąc. Dość argumentów za tym przekonaniem było już przed weekendem, a teraz to już one tylko pączkują – oburza się w rozmowie z naTemat jeden z pomorskich działaczy KOD, którzy miewają to szczęście, że lider ich czasem wysłucha.
Ego Kijowskiego
– Tylko że jemu tego się powiedzieć nie da. Przede wszystkim dlatego, że jeśli powie mu się parę słów prawdy, to się obrazi i zacznie człowieka marginalizować. Będzie olewać, jak Dziadka Waldemara (Waldemara Kuczyńskiego - przyp. red). A to wynika z drugiego faktu, że nawet jak prawdę usłyszy, to ją oleje, bo ma ogromne, wciąż pęczniejące ego - dodaje nasz rozmówca.
I prosi o anonimowość, bo jest w kropce. Zbyt zaangażował się w działalność opozycyjną, by teraz wszystko rzucić. Tymczasem szczerość na temat lidera to byłby dziś koniec z szansami na dalsze realne działanie w KOD. – Mateusz zawodzi i nie nadaje się do polityki. I to się robi nasz największy kłopot, jak ten stan rzeczy zmienić – kończy.
Wiadomości z podobnymi opiniami o szefie KOD, szczególnie od niżej postawionych działaczy i zwykłych sympatyków ruchu otrzymujemy od dłuższego czasu coraz więcej. Jedni zawiedzeni są chaosem organizacyjny, z którym KOD borykał się do samego początku i mimo zapowiedzi, że będzie lepiej, niewiele zmieniło się po założeniu formalnych struktur. Innych coraz bardziej uwiera jednak chaos ideologiczny.
I nie chodzi tylko to, że raz KOD ciąży na lewo, a raz wychyla się na prawo i coraz rzadziej stoi w politycznym centrum, z którego pochodzi chyba większość jego sympatyków. Najbardziej niepokoi dziś chyba to, że z biegiem czasu główną ideologią w KOD może okazać się po prostu uwielbienie lidera. Czyli nic nowego względem tego, co oferują starzy polityczni wyjadacze, którzy polskiej demokracji w ten sposób najbardziej zaszkodzili. Taki KOD nie ma szans długo przetrwać.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl