
Mateusz Kijowski podczas piątkowego marszu "KOD Niepodległości" wciąż był główną twarzą Komitetu Obrony Demokracji. I znowu wyraźnie widać było, jak dobrze czuje się w roli lidera. W opozycyjnej codzienności tej pozycji wkrótce może nie być jednak tak pewny. Kijowski dawno stracił szanse na konkurowanie z Petru i Schetyną o rząd dusz nad całą opozycją. Teraz pojawia się coraz więcej głosów, by wymienić go na czele KOD.
Pierwsza głośno powiedziała to na początku minionego tygodnia Eliza Michalik. "A może przyszedł czas, żeby KOD przedyskutował przywództwo Mateusza Kijowskiego? Jest tam przecież tak wielu mądrych, charyzmatycznych ludzi" – napisała na Twitterze.
Ileż razy czytałem o sobie w Internecie, że jestem lewacką k...ą. Ileż razy nazywano mnie komunistą. Jakże często słyszałem, że „z lewakami nie pójdę”... Każdy, kiedy otwiera usta, daje najpierw świadectwo samemu sobie. Dopiero później temu, o kim mówi. Kiedy mówię o kimś, że jest idiotą, to po pierwsze oznacza, że sam mam niedostatki intelektu... Czytaj więcej
O ile dyskusję o "lewactwie" pewnie szybko udałoby się uciszyć, bo żyła nią tylko marginalna w polskiej polityce lewica, o tyle akcja promocyjna z Dmowskim podgrzała już atmosferę w szerszym kręgu. Niby to wszystko błahostki przy wadze sprawy, o którą toczy się prowadzona przez KOD walka. Tylko że limit błędów i wytrzymałości działaczy wobec Kijowskiego zaczyna się coraz bardziej wyczerpywać.
– Tylko że jemu tego się powiedzieć nie da. Przede wszystkim dlatego, że jeśli powie mu się parę słów prawdy, to się obrazi i zacznie człowieka marginalizować. Będzie olewać, jak Dziadka Waldemara (Waldemara Kuczyńskiego - przyp. red). A to wynika z drugiego faktu, że nawet jak prawdę usłyszy, to ją oleje, bo ma ogromne, wciąż pęczniejące ego - dodaje nasz rozmówca.
Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

