
– Szkoda, że tego nie widzisz! Stado koni biegnie mi za oknem – słychać w telefonie rozemocjonowany głos, Ewy Konczal. Mieszka na szczycie jednego ze wzniesień w Rudawach Janowickich. To pięć godzin jazdy autem z Warszawy. Z tej wioski bliżej do Europy, po której Ewa ciągle podróżuje. Oprócz zarządzania funduszami inwestycji społecznych, wspinaczką i jazdą konną z niepełnosprawnymi dziećmi, wychowuje dwójkę swoich. Jednego dnia bywa na "salonach", a drugiego w stajni. I mówi o sobie: – Nie jestem gospodynią, która robi przetwory. Ja jestem organizatorem.
REKLAMA
2000 rok. Krakowskie Przedmieście, siedziba BIG Banku. Ewa przyjechała na rozmowę kwalifikacyjną. Pochodzi z Tychów, a studia skończyła we Wrocławiu. Bank szukał pracownika do HR-u. – Dobrze wypadłam na rozmowie. Na tyle dobrze, że gotowi byli poczekać z zatrudnieniem mnie, aż wrócę z wolontariatu w Indiach. Pomagałam organizacji, która walczyła z zatrudnianiem dzieci – wspomina Ewa Konczal.
Praca w korpo nie była jej pisana
Po powrocie odkładała ponowną wizytę w banku. Podróż po Indiach zmieniła jej patrzenie na świat, ale też podejście do pracy. Nie widziała się za bankowym biurkiem. – Przez całe życie zawodowe może rok przepracowałam na umowę na pracę – wyznaje.
Po powrocie odkładała ponowną wizytę w banku. Podróż po Indiach zmieniła jej patrzenie na świat, ale też podejście do pracy. Nie widziała się za bankowym biurkiem. – Przez całe życie zawodowe może rok przepracowałam na umowę na pracę – wyznaje.
Wówczas przez przypadek dostała email organizacji promującej przedsiębiorczość społeczną. Wysłała swoją aplikację. Tę „cefałkę” wciąż trzyma w szufladzie. Pamięta też strój, w którym poszła na rozmowę kwalifikacyjną. Spódnice i beżowy rozpinany sweterek. – Z Ryszardem Praszkierem, szefem Ashoki w Polsce spotkaliśmy się w kawiarni Bliklego na Nowym Świecie. Wyglądał jak Jerzy Hoffman. Miał przy sobie dziwne urządzenie. Sądząc po profesji Ryszarda i siwych włosach przypuszczałam, że to może być respirator. Po rozmowie rozłożył srebrne urządzenie i odjechał. To była hulajnoga! Chyba jedna z pierwszych wtedy w Warszawie – śmieje się.
Tak zaczęła pracę w Ashoce. Kupiła też małe mieszkanie na warszawskiej Pradze. Przy okazji jednego z wyjazdów w 2004 roku poznała Roberta. – Miłość i te sprawy. Jakoś szybko się to potoczyło. I to on pokazał mi Mniszków – opowiada.
Chatka z babcią
Aby dojechać do gospodarstwa Ewy w Mniszkowie, trzeba zjechać z głównej drogi. Przed wjazdem warto na chwilę wyjść z auta. Z drogi widok roztacza się na Rudawy. Za wzniesieniami gór zaczyna się Kotlina Jeleniogórska. Do domu droga prowadzi przez chwilę w dół.
Aby dojechać do gospodarstwa Ewy w Mniszkowie, trzeba zjechać z głównej drogi. Przed wjazdem warto na chwilę wyjść z auta. Z drogi widok roztacza się na Rudawy. Za wzniesieniami gór zaczyna się Kotlina Jeleniogórska. Do domu droga prowadzi przez chwilę w dół.
Z lewej strony mija się źródełko. Z niego w pierwszych latach nabierali wodę. Obok drewnianej stodoły, stała chatka z popękanymi ścianami, dziurami w dachu, w którym mieszkała staruszka. – Moi rodzice nam pomogli i kupiliśmy to zarośnięte chaszczami gospodarstwo z babcią. Ech, ta młodość – dodaje żartem.
Pomysł w chaszczach
Mniszków miał swoje atuty. To mekka dla wspinaczy skałkowych – tu pierwsze kroki w skałach stawiała Wanda Rutkiewicz. Granitowe skały Rudaw są wyzwaniem, a ludzi – na szczęście – wciąż niewiele. – Góry mi towarzyszyły. Moim sąsiadem w Tychach był Krzysztof Wielicki, zdobywca wszystkich ośmiotysięczników. Kiedyś połykałam wszystkie książki górskie. A mój Robert wspinał się. Znał Rudawy jak własną kieszeń – opowiada Ewa.
Mniszków miał swoje atuty. To mekka dla wspinaczy skałkowych – tu pierwsze kroki w skałach stawiała Wanda Rutkiewicz. Granitowe skały Rudaw są wyzwaniem, a ludzi – na szczęście – wciąż niewiele. – Góry mi towarzyszyły. Moim sąsiadem w Tychach był Krzysztof Wielicki, zdobywca wszystkich ośmiotysięczników. Kiedyś połykałam wszystkie książki górskie. A mój Robert wspinał się. Znał Rudawy jak własną kieszeń – opowiada Ewa.
Wtrąca się do rozmowy: – Ale ja już wtedy na szczycie wzniesienia za naszym domem widziałem też stajnie.
To Robert miał wizję stworzenia miejsca, gdzie osoby z różnymi trudnościami mogą rehabilitować się poprzez wspinaczkę i góry. Ewa wiedziała, jak pomysł przekuć w rzeczywistość. Napisała projekty na rozpoczęcie działalności, a dzięki zdobytym środkom Robert zaczął adaptować drewnianą stodołę dla gości. I wtedy doszło do wypadku. – Robert nie zauważył leżącej w trawie kosy, a że nie miał butów... Nawet chirurdzy zadziwieni byli idealnym cięciem ścięgna Achillesa. Teraz z tego się śmieje, ale wtedy zostałam z rozpoczętym pracami na głowie i pracą dla Warszawy – wspomina.
Babcia wolała źródełko
Robert uparł się i kuśtykając o kulach dokończył remont. W klimatycznej stodole powstała siedziba fundacji Czarodziejska Góra. Robert był głównym instruktorem, a Ewa pozyskiwała fundusze. Nie rezygnowała z pracy w Ashoce. 2-3 razy w miesiącu przyjeżdżała do Warszawy. – Kręcą mnie zmiany. Zwłaszcza, gdy mam na nie wpływ. Wspieranie przedsiębiorców społecznych w ich działaniach już wtedy wychodziło mi najlepiej – tłumaczy.
Robert uparł się i kuśtykając o kulach dokończył remont. W klimatycznej stodole powstała siedziba fundacji Czarodziejska Góra. Robert był głównym instruktorem, a Ewa pozyskiwała fundusze. Nie rezygnowała z pracy w Ashoce. 2-3 razy w miesiącu przyjeżdżała do Warszawy. – Kręcą mnie zmiany. Zwłaszcza, gdy mam na nie wpływ. Wspieranie przedsiębiorców społecznych w ich działaniach już wtedy wychodziło mi najlepiej – tłumaczy.
W Mniszkowie nie tylko adoptowali stodołę, wyremontowali część chałupy babci, doprowadzili wodę. Przestali już biegać do źródełka z wiaderkiem. Natomiast babcia do końca nie mogła odzwyczaić się od czerpania wody ze źródła. – W 2008 roku z Robertem wyjechaliśmy do Nepalu. Szkoliliśmy nepalskie dziewczyny z terenów wiejskich do roli przewodników wysokogórskich. Wspinałam się na wysokości ponad 6 tysięcy metrów. To było pierwsze zimowe wejście na Tent Peak. Po powrocie do Polski okazało się, że babcia zmarła. Co więcej, byłam w ciąży. Jarema nim się urodził, był himalaistą – żartuje.
Pierwszy w kolejce na Czarodziejską Górę
Do listy obowiązków Ewy doszło zajmowanie się dzieckiem. Jarema nieraz w nosidełku pokonywał kolejną skałę. Wieczorami siedział przy ognisku w otoczeniu licznych wujków i cioć. – Latem mieliśmy tabuny gości. Nie było ani chwili na wytchnienie – przyznaje Konczal.
Do listy obowiązków Ewy doszło zajmowanie się dzieckiem. Jarema nieraz w nosidełku pokonywał kolejną skałę. Wieczorami siedział przy ognisku w otoczeniu licznych wujków i cioć. – Latem mieliśmy tabuny gości. Nie było ani chwili na wytchnienie – przyznaje Konczal.
Wtrąca się Robert: – Spośród naszych uczestników największe wrażenie zrobił ma mnie Dominik Wroniszewski, chłopak z autyzmem, podopieczny fundacji Synapsis. Nie tylko z tego powodu, że odwiedza nas od ponad 10 lat. Trzeba widzieć jego zachwyt na twarzy podczas wspinania. Dla niego tych kilka dni w roku to jest niezwykłe przeżycie. On czeka na to cały rok – opowiada Robert.
Ucieczka do stolicy, aby... odpocząć
W 2011 roku na świat przyszła Pola. Narodziny córki zamknął pewien etap w życiu Ewy. – Nastąpiło zmęczenie materiału – przyznaje. Musiała odpocząć, poszukać nowych pomysłów i... uciekła do stolicy. – Wreszcie miałam wolne wieczory i weekendy. No chyba że przyjeżdżaliśmy do Mniszkowa – śmieje się.
W 2011 roku na świat przyszła Pola. Narodziny córki zamknął pewien etap w życiu Ewy. – Nastąpiło zmęczenie materiału – przyznaje. Musiała odpocząć, poszukać nowych pomysłów i... uciekła do stolicy. – Wreszcie miałam wolne wieczory i weekendy. No chyba że przyjeżdżaliśmy do Mniszkowa – śmieje się.
W Warszawie rozpoczęła pracę w nowych organizacjach. Robert mocniej zaangażował się w himalaizm. Nie trwało to jednak długo. Po kolejnej już wyprawie doszedł do wniosku, że czas zejść z gór. – Regeneracja organizmu zajmowała mu więcej czasu niż innym uczestnikom wyprawy. Pojawiły się kłopoty z trawieniem specyficznego (musi być odporne na mróz) wysokogórskiego jedzenia. Po prostu chodził głodny – śmieje się Ewa. On zaś dodaje jeszcze jeden powód: – Rodzina.
I tak pojawiły się konie. Nowy projekt nazwali „4konie”. – No bo miały być cztery konie, ale Robert, jak zwykle angażuje się na maksa. Teraz mamy 9 swoich i 6 w pensjonacie – dodaje.
Jak Indianie, albo husarz
Konie trzymane są niczym dzikie wierzchowce. Przebywają ciągle na pastwisku. Jeździ się na nich bez wędzideł, nie mają podków. Naturalne jeździectwo i dużo zwykłego przebywania z końmi. – Mają tu jak w raju, taka jest filozofia naszej stajni – przekonuje Ewa.
Konie trzymane są niczym dzikie wierzchowce. Przebywają ciągle na pastwisku. Jeździ się na nich bez wędzideł, nie mają podków. Naturalne jeździectwo i dużo zwykłego przebywania z końmi. – Mają tu jak w raju, taka jest filozofia naszej stajni – przekonuje Ewa.
Dla Roberta wierzchowce to powrót do pasji z młodości, gdy trenował jeździectwo. Przyznaje, że ich konie wymagały dużo pracy. – Trafiły do nas z różnych rąk. Musieliśmy je „prostować”, odbudować zaufanie do ludzi. To trochę zabawa w zaklinaczy koni, jak Indianie, czy może nasza husaria. Teraz przygotowuję nasze araby do rajdu długodystansowego. To nowość w Polsce – gdy Robert mówi o koniach, wyraźnie czuć emocje.
To między innymi konie spowodowały, że Ewa znów wróciła do Mniszkowa. Rok temu podjęła decyzje o przeprowadzce ze stolicy na wieś. – Staram się jeździ konno przynajmniej dwa, trzy razy w tygodni, ale czasem brakuje mi czasu – wyznaje.
Zamiast chochli używa laptopa
Wstaje o o piątej, aby wyrwać się na basen do Jeleniej, a potem na śniadanie z dziećmi. O 8.30 odpala laptopa. Musi spieszyć się, bo o 16 wracają dzieci. Po obiedzie znów włącza komputer. – Paradoksalnie teraz mam mniej czasu dla dzieci niż w Warszawie – trochę narzeka. Często też znika z domu na kilka dni. Wyjaśnienie czym się zajmuje zawodowo nie jest proste. Pracuje między innymi w Brukseli dla stowarzyszenia EVPA. I dla pierwszego polskiego funduszu inwestycji społecznych w Warszawie.
Wstaje o o piątej, aby wyrwać się na basen do Jeleniej, a potem na śniadanie z dziećmi. O 8.30 odpala laptopa. Musi spieszyć się, bo o 16 wracają dzieci. Po obiedzie znów włącza komputer. – Paradoksalnie teraz mam mniej czasu dla dzieci niż w Warszawie – trochę narzeka. Często też znika z domu na kilka dni. Wyjaśnienie czym się zajmuje zawodowo nie jest proste. Pracuje między innymi w Brukseli dla stowarzyszenia EVPA. I dla pierwszego polskiego funduszu inwestycji społecznych w Warszawie.
– Organizacje społeczne w początkowym okresie rozwijają się na skrzydłach innowacyjności, dużego entuzjazmu założycieli. No ale z czasem tracą impet, bo mają trudności z utrzymaniem ciągłości swoich działań. My pomagamy tworzyć długofalową strategię organizacji. I wspieramy ją – wyjaśnia.
Niedawno wróciła z Paryża, gdzie współorganizowała konferencję. Za parę dni rusza do Brukseli, a potem Serbii.
Ewa Konczal tłumaczy: – Ja nie jestem gospodynią, która w wolnym czasie robi przetwory domowe. Choć bardzo lubię gotować dla przyjaciół. Jest coś wyjątkowego w tym, że wiele moich działań przenika się nawzajem, że mogę budować tak wiele nowych połączeń między bardzo różnymi ludźmi. Mieszkamy na wsi, a czasem jest u nas jak na Marszałkowskiej. Nie znam stanu nudy. Jestem szczęśliwa, gdy mogę wyjść z domu, pobyć wśród koni i gór.
Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl
