
Wszyscy znamy tę historię. 29-latek pracujący dla amerykańskiego rządu, gryziony wyrzutami sumienia, kradnie ściśle tajne informacje, by przestrzec przed masową inwigilacją. Co go do tego doprowadziło? Na to pytanie próbuje opowiedzieć Oliver Stone. Wyszło przeciętnie i bardzo "hollywoodzko".
REKLAMA
Snowdena poznajemy jako zapuszczonego faceta z kostką Rubika w dłoni. Takiego poznają go też dokumentalistka Laura Poitars (autorka oscarowego "Citizenfour") i dziennikarz Glenn Greenwald. Cała trójka spotyka się w centrum handlowym w Hong Kongu. Potem miejscem ich rozmów, do których włączy się jeszcze Ewen MacAskill, będzie hotelowy pokój. Stamtąd reżyser przeniesie nas w czasie i przestrzeni, byśmy zrozumieli jak to się stało, że wielki patriota, zaciekle broniący administracji George'a Busha, kończy jako wróg publiczny.
Mamy niby zgrabnie prowadzoną historię - niby, bo prowadzoną pozornie. Bo co po rekonstrukcji ścieżki kariery Snowdena, jeśli brak przy tym emocji, wyjaśnień? Pobudki głównego bohatera są ledwo zasygnalizowane, metamorfoza jaką przechodzi w CIA na dobrą sprawę sprowadza się do zbliżeń na twarz wygiętą w zdziwieniu lub szoku. Dobrze jednak, że chociaż je widać. To zasługa Josepha Gordona-Levitta, który Snowdena momentami godnie uczłowiecza.
Te momenty są bardziej interesujące, niż kolejne sekundy przed komputerem. Levitt uwydatnia cechy osoby z jednej strony oddanej pracy, z drugiej sfrustrowanej nią i w depresji. W duecie z Shailene Woodley, grającą jego wierną dziewczynę – Lindsay Mills, takiego chce się go nawet bardziej oglądać.
Generalnie relacje Snowdena z ważnymi dla niego ludźmi stanowią w filmie "mięso". Np. z szefem i mentorem, fascynującym, opiekuńczym początkowo, wreszcie niemal demonicznym ( sceną w sali konferencyjnej, podczas rozmowy wideo Rhys Ifans przeszedł samego siebie). Ale nie o to tylko chyba chodziło. Głównym paliwem winny być pobudki młodego "hakera", jak ochrzcił Amerykanina Barack Obama.
Problemem "Snowdena" jest spłycenie fascynującej osobowości, wspaniałej historii, której był centrum. Brakuje odpowiedzi na pytanie: jak Edward przeszedł z punktu A do Z. Naprawdę, nie po łebkach. Gordon-Levitt starał się jak mógł, ale z pustego, tu bardziej pół pełnego, i Salomon nie naleje.
Stone postawił na kino wzniosłe, mówiące, co jest dobre, a co złe, nie dając myśleć odbiorcy. Mamy więc odpowiednią muzykę, powiewającą na wietrze flagę, okropny rząd i jedynego sprawiedliwego, który otoczony "swoimi" zgrywa na kartę pamięci najbardziej tajne informacje, a potem za przyzwoleniem kumpla chowa ją do kostki Rubika.
Można było wycisnąć z tego wszystkiego o wiele więcej. Życie napisało genialny scenariusz, wystarczyło tylko (lub aż) zrobić z tego fascynujący obraz. Ostatnie sceny robią "hollywoodzką" papkę . Z kina wychodzi się z poczuciem, że Stone zmarnował szansę i że zmarnowało się czas.
