Fot. Pexels.com / CC0

Włączasz pierwszy lepszy serial – nie masz problemu z tym, że główni bohaterowie znikają w niewyjaśnionych, często brutalnych, okolicznościach. Potem oglądasz wiadomości – specjalnie nie rusza cię dyskusja na temat ofiar kolejnych konfliktów zbrojnych. Śmierć jest dzisiaj na wyciągnięcie ręki, na kliknięcie myszką. Niby oswojona. Ale co powiesz, kiedy wpatrzone w ekran dziecko zapyta: „Czy ja też kiedyś umrę?”.

REKLAMA
Możesz kłamać, że „Nigdy w życiu” i odkładać dyskusję o sprawach ważnych na nieokreślone potem. Tylko że „potem” pojawia się zwykle wtedy, kiedy dziecku ze śmiercią przychodzi się zmierzyć z bardzo bliska. Jak wtedy rozmawiać? Jak pomóc dziecku przejść przez okres żałoby?
Z tymi i wieloma innymi pytaniami dotyczącymi przeżywania żałoby przez dzieci zmierzyła się dr Zuzanna Toeplitz, psycholog rozwojowy z Uniwersytetu Warszawskiego. Punktem wyjścia do naszej rozmowy była współpraca z Centrum Weterana Działań poza Granicami Państwa oraz Fundacją Dorastaj z Nami, otaczającą opieką dzieci osób, które zginęły, pełniąc służbę publiczną – żołnierzy, strażaków, policjantów, ratowników. Fundacja pomaga osieroconym dzieciom m.in. w zdobyciu wykształcenia, oferuje też wparcie psychologiczne, pomagając im uporać się z traumą po stracie rodzica. W tym celu powstał też poradnik „Porozmawiajmy o… Rozmowy o stracie”, podejmujący bardzo trudny temat dziecięcej żałoby.
„Rozmowy o stracie” to tytuł miniporadnika dla osób, które mają w swoim otoczeniu dzieci w żałobie. Dlaczego zajęła się pani tym tematem?
„Rozmowy o stracie” to publikacja która powstała dzięki współpracy Fundacji Dorastaj z Nami oraz Centrum Weterana Działań poza Granicami Państwa, gdzie pracowała moja była studentka. W Centrum szukali kogoś, kto porozmawiałby z jego członkami o żałobie i stracie. Miały to być żony, mężowie, ale również rodzice, teściowie, dziadkowie.
Do tej pory odbyły się dwa spotkania. Jedno spotkanie dotyczyło żałoby, drugie tego, jak przeżywają ją dzieci. Sprawa jest o tyle ważna, że psychologów pracujących z ludźmi z żałobą jest mało. Do pracy z traumą nie każdy psycholog się nadaje. To muszą być ludzie przeszkoleni i to w kierunku rozmowy z dziećmi, co jest bardzo trudne. Jeśli dzieci nie przyzwyczai się do wsparcia już na pierwszym etapie żałoby, one sobie jakoś same radzą i później nie chcą już tego rozgrzebywać.
logo
Czasem nie trzeba nic mówić – wystarczy przytulić Fot. Pexels.com / CC0
Psycholog powinien więc pojawić się bezpośrednio po stracie?
Zdecydowanie.
W każdym przypadku?
Każdym. Każde dziecko, które kogoś utraciło, powinno pomoc psychologiczną otrzymać. To powinien być psycholog towarzyszący rodzinie. Nie ktoś, kto przychodzi i mówi im, co mają robić czy jak przeżywać. Właśnie dlatego potrzeba tu dużych kompetencji.
Rodzina po stracie znajduje się w otoczeniu cierpiących. Może wtedy dochodzić do niezdrowej rywalizacji na zasadzie: „Kto bardziej cierpi”. Mogą się pojawić wymagania w stosunku, na przykład, do żony, jak powinna okazywać żałobę. Wtedy potrzebny jest ktoś z zewnątrz, kto będzie stanowił źródło pomocy, ale nie będzie zaangażowany emocjonalnie w całą sytuację.
Psycholog jest taką odskocznią?
Jest kompetentnym wsparciem. To jest osoba, z którą można porozmawiać, przy której można się „rozłożyć”, rozpłakać. Osoba, która wie, jak rozmawiać z dziećmi. Ludziom wydaje się, że pomocy psychologa potrzebują ci, którzy rozpaczają. A tak naprawdę pomocy potrzebują ci, którzy pozornie bardzo dobrze się trzymają. Takie osoby nie odreagowują, duszą emocje w sobie. Prędzej czy później tą rozpaczą eksplodują. To do nich trzeba umieć dotrzeć. Osobą towarzyszącą jest ktoś, przy kim bezpiecznie jest się rozpaść.
Rodzice boją się, że jeśli rozpadną się przy dzieciach to dziecko będzie się martwić. Dzieci martwią się z kolei, że jeśli będą okazywać smutek to mamie czy tacie będzie smutno.
Tak, pojawia nam się tu problem czegoś, co nazywa się parentyfikacją, czyli przejmowaniem przez dzieci funkcji zmarłego rodzica, co głównie grozi chłopcom, bo to właśnie oni najczęściej słyszą: „Teraz to ty jesteś mężczyzną w tym domu”. Psycholog to ta osoba, która wtedy powie: „Masz prawo czegoś nie umieć, robić błędy. Masz prawo, żeby rozpaczać. Masz prawo do tego, żeby nie chcieć nikogo widzieć”. Osobie z zewnątrz przychodzi to łatwiej. Niestety, w naszej kulturze nie bardzo uczymy, jak się zachowywać w stosunku do osób, które kogoś straciły.
Ciekawe, zwłaszcza, że przecież śmierć to najbardziej powszechne zjawisko na świecie. To skąd ten ciągły strach?
Tak, mówi się przecież, że pewne są tylko podatki i śmierć. Nie wiem, skąd bierze się strach. Jest tyle różnych wątpliwości, o których nie umiemy rozmawiać. Dzieciom opowiadamy z reguły nieprawdę. Prawie każde dziecko pyta w pewnym momencie: „A ty umrzesz?”, na co większość rodziców odpowiada: „Nie”, co jest oczywistą nieprawdą.
Kolejna niedobra rzecz w naszej tradycji jest taka, że jeśli ktoś umrze, to przestaje się o nim mówić. Osoba, którą strata boli, sama nie zaczyna tematu, w związku z czym wszyscy dookoła też starają się postać zmarłego omijać. Nie jest to dobre ani dla osoby, która kogoś straciła, ani dla dzieci. Jeśli się o kimś nie mówi, to wcale nie znaczy, że się o nim nie myśli. Dzieci z kolei tracą możliwość poznania osoby, która odeszła.
To jest kwestia kulturowa?
Tak. Zwróćmy uwagę, że ludzie w Polsce nie piszą testamentów. A że o sprawach śmierci się nie rozmawia, później mamy na tym tle wielkie rodzinne kłótnie o to, jak zmarły chciał być pochowany itp. Na początku nie chcemy o śmierci myśleć, bo jest ona daleko, a jak już jest blisko, to też wolimy jej nie nazywać.
Z dziećmi nie chcemy rozmawiać o śmierci, bo wydaje nam się, że jej nie rozumieją. Tu należy się zastanowić, czy ktokolwiek w ogóle rozumie śmierć? To nie jest do pojęcia dla nikogo. Dlatego trzeba ją zacząć traktować jak coś oczywistego, coś do czego trzeba się przygotować.
logo
Każde dziecko przeżywa żałobę na swój sposób – dokładnie tak, jak dorosły Fot. Pexel.com / CC0
A czy to nie jest paradkos, że my jako dość religijny naród boimy się o tej śmierci rozmawiać? Przecież życie wieczne mamy zagwarantowane.
Myślę, że jesteśmy dość powierzchownie religijni. To nie jest głęboka wiara, tylko bardziej obrzędowa. Z psychologicznego punktu widzenia wynika tylko tyle, że śmierci boimy się tym mniej, im bardziej jesteśmy zadowoleni ze swojego życia. Co jest dość oczywiste, jeśli się nad tym zastanowić. Bo jeśli jesteśmy z życia niezadowoleni, to im bliżej nam do śmierci, tym głębiej sobie uzmysławiamy, że już nic nie możemy zmienić: nic nie osiągnęliśmy, nic po nas nie zostanie. Osoby, które uważają, że miały dobre życie, nie boją się śmierci.
Kolejny psychologiczny paradoks: wszyscy chcą żyć długo, ale nie chcą być starzy. Boimy się uzależnić od innych, boimy się zależności, samotności. Panuje przekonanie, że kiedyś starszych się bardziej szanowało, co jest nieprawdą. Jesteśmy społeczeństwem chłopskim. W dawnych czasach starych gospodarzy przenosiło się do komórki – nikt ich nie trzymał do śmierci na piedestale. To wszystko składa się na tę naszą wrodzoną obrzędowość, konieczność na przykład dekorowania grobów przed 1 listopada.
Jasne, trzeba pokazać, że się pamięta.
Właśnie. Ale jeśli ktoś ze swoimi zmarłymi nie rozmawia przez cały rok, to co zmieni 1 listopada? Dlatego mówię, że to nasze obcowanie ze śmiercią jest bardziej obrzędowe, ukierunkowane na innych niż w głąb siebie. Pewnie stąd bierze się lęk i, co za tym idzie, brak specjalistów w tej dziedzinie. O tym, jak jesteśmy w tej kwestii „zacofani”, świadczyć może fakt, że w Wielkiej Brytanii są nawet specjaliści, którzy zajmują się tymi, którzy stracili zwierzę towarzyszące, psa czy kota.
Rzeczywiście, na Wyspach „konsultanta od żałoby” dostaje się niemal z przydziału.
Tak, kto chce, ten ma taką możliwość, a u nas nie ma jej nawet w sytuacjach najbardziej dramatycznych. Pomocy trzeba udzielić na samym początku, wtedy jest ona najbardziej skuteczna.
Jak rozmawiać z dziećmi o zmarłym?
Przede wszystkim nie okłamywać. To się mści. Rodzice często kłamią, bo nie chcą dziecka zranić, czy wchodzić w długie dyskusje. Nie rozumieją, że dziecko może zadać pytanie i wcale nie oczekiwać długiego rozwinięcia. Zaspokajają ciekawość na pewnym poziomie i to im wystarczy.
Rodzic też jest człowiekiem. Nie może się po stracie kompletnie rozpaść, to jasne, bo dziecko potrzebuje opieki i ta zamiana ról, o której mówiłyśmy, nie wchodzi w grę. Ale może się rozpadać okazjonalnie. Nie ma nic złego w tym, że matka czasem płacze. Owszem, dzieci często mówią: „Mamo, tylko nie płacz”, bo czują się bezradne. Tak jak my wszyscy, kiedy ktoś rozpacza. Nie ma u nas społecznego przyzwolenia na to, żeby powiedzieć: „Popłacz sobie”. Albo po prostu pomilczeć. Mamy za to na takie okazje zestaw bezsensownych powiedzonek typu: „Jutro będzie lepiej”…
logo
Na smutek po stracie kogoś bliskiego trzeba sobie pozwolić Fot. Pexels.com / CC0
„Czas leczy rany”…
Albo „Trzymaj się”. Zdarzyło mi się tak powiedzieć na pogrzebie koleżance, której umarł mąż. Zaraz się zreflektowałam, że to było nie na miejscu, ale to są rzeczy, które w takich sytuacjach mówimy.
Co więc innego powiedzieć?
Nic. Ewentualnie: „Rozumiem, że ci ciężko”, chociaż to też nie jest najlepszy komunikat, bo każdemu jest „ciężko” w inny sposób.
Powiedzenie: „Wiem, co czujesz” automatycznie wywołuje odpowiedź: „A niby skąd masz wiedzieć”.
Mogę sobie najwyżej „wyobrazić, co czujesz”, chociaż jeśli rzeczywiście czegoś takiego nie przeżyliśmy, to też nie mamy o tym pojęcia. Wystarczy przytulić i powiedzieć: „Współczuję ci bardzo”. Powiedzieć coś, co nie niesie ze sobą komunikatu, że wiemy lepiej, co ktoś ma ze sobą zrobić.
W „Rozmowach o stracie” piszę również o tym, że jeśli dziecko straciło jednego z rodziców, to przesadne współczucie nie jest najlepszym wyjściem. Idąc tym tropem, często chce się dziecku coś wynagrodzić, traktować je ulgowo. W ten sposób jednak tylko zwiększamy traumę, stale przypominając mu, że „jest biedne”, bo kogoś straciło. Owszem, tak jest, ale jest też wiele dzieci, które tracą rodziców w inny sposób: rodzice znikają, porzucają. Te dzieci, paradoksalnie, są „biedniejsze”.
Nie mają zamknięcia?
Czują się odrzucone. Rodzić ich nie chciał. Kiedy rodzić ginie, nie ma tego odczucia.
Ale poczucie winy i tak się pojawia.
Dziecko zwykle ma poczucie winy, o czym często zapominamy, ale jeśli doświadczyło straty, tak samo jak cała rodzina, po prostu musi żyć dalej. Argumentem, który do dzieci często trafia, jest to, że rodzić, którego straciły, nie chciałby, żeby były nieszczęśliwe.
Rodzice często wyobrażają sobie, że dzieci są do nich bardzo podobne. Tymczasem dziecko to inny człowiek i będzie przeżywało żałobę na swój sposób, być może zupełnie inaczej niż rodzić. Dlatego tak ważna jest rozmowa. Dziecko nie powinno mieć poczucia, że jeśli powie coś na temat zmarłego, to mamie czy tacie, który został, sprawi ból.
Jakie są symptomy mówiące o tym, że dziecko nie radzi sobie z żałobą?
Przede wszystkim raptowne i długotrwałe zmiany w zachowaniu dziecka: przestaje rozmawiać, jeść, radykalnie zmieniają się jego stosunki z rówieśnikami. Lub inaczej: dziecko zaczyna przesadnie wesołkować.
Dzieci na ogół nie mówią, co się z nimi dzieje. Powinny nas jednak zaalarmować dolegliwości bólowe. U dzieci, jak u każdego z nas, kłopoty psychologiczne mogą objawiać się większą podatnością na choroby. Dawniej mówiło się, że istnieją choroby psychosomatyczne. Dzisiaj wiemy, że właściwie wszystkie choroby mają takie podłoże. Obniżona odporność psychiczna przekłada się na obniżoną odporność fizyczną. Zwracajmy więc uwagę na podatność dziecka na choroby, kłopoty ze snem oraz odsunięcie się od świata.
Jeśli dziecko nie chce iść do szkoły, tylko zostać i nas pocieszać, bo jesteśmy smutni, powinniśmy przekonać je do wyjścia czy pozwolić zostać?
Pytanie o konkretną receptę jest o tyle niedobre, że takich recept nie ma. Wszystko zależy od tego, co się konkretnie dzieje w szkole – trzeba o to zapytać, porozmawiać z nauczycielką czy szkolnym psychologiem. Poprosić, żeby porozmawiali z klasą. Może zorganizować lekcję o żałobie.
logo
Towarzyszyć w żałobie – to zadanie zarówno psychologa, jak i rodzica Fot. Pexels.com / CC0
Może powinniśmy zaczynać otwarcie rozmawiać o śmierci, jeszcze zanim ona nadejdzie, a nie dopiero kiedy się wydarzy?
Trudno odpowiedzieć wprost. Śmierć nie jest tematem, którego należy unikać. Z drugiej strony, nie jest też tematem, na który rozmawia się przy stole, bez okazji. Ale już kiedy na przykład umiera ktoś znany albo znajomy, taka okazja się pojawia. Wtedy możemy tę śmierć trochę odczarować. Pomyślmy na przykład o śmierci Andrzeja Wajdy. Dla mnie jest to wzór: przeżył życie aktywnie, zrobił masę ważnych rzeczy, umarł w podeszłym wieku. Można na tym przykładzie pokazać, że dobrze przeżyte życie kończy się śmiercią i że wszystkich nas to spotka.
Ludzie radzą sobie z lękiem przed śmiercią dwojako: jedni go odrzucają, co nie jest najlepszą metodą, a drudzy – oswajają: opowiadają na ten temat dowcipy, mają do śmierci stosunek, powiedzmy, względnie rozrywkowy. Dzieciom powinniśmy więc pokazywać nasze własne sposoby na radzenie sobie z tym lękiem. Koniec końców, one i tak odnajdą swoją własną drogę. A to, że się boimy, jest nieuniknione – nikt przecież nie wie, co będzie po śmierci.