
John Paton jest właścicielem spółki Digital First Media działającej w USA. W jej skład wchodzi 800 cyfrowych i drukowanych tytułów, które docierają każdego miesiąca do 57 milionów czytelników. 16 lutego 2012 wygłosił na konferencji dla kanadyjskich dziennikarzy pełne emocji przemówienie, którym chce uchronić prasę przed nadchodzącą jego zdaniem klęską. Prezentujemy je w całości przetłumaczone, gdyż porusza witalne kwestie związane z przyszłością prasy drukowanej.
REKLAMA
Dobry wieczór.
Nazywam się Stare Media.
Mam za sobą 36 lat jako facet z gazety – przepraszam – 36 lat jako członek kadry kierowniczej w wieloplatformowych mediach informacyjnych.
Zaczynałem jako asystent w redakcji na tej samej ulicy, około tuzina przecznic stąd na wschód.
Zatrudniono mnie, abym zrobił zdjęcie tancerki brzucha wygłupiającej się z pijanym felietonistą. Dostałem pracę po facecie, który dopiero co został zwolniony za pijaństwo. Swój pierwszy dzień w pracy zakończyłem odprowadzając do domu – zalanego w trupa – kolesia, który mnie zatrudnił.
W całej mojej karierze jedyna reprymenda, jaką otrzymałem – jeśli nie liczyć zdarzających się od czasu do czasu zawieszeń za niesubordynację – dotyczyła wydatków, a konkretnie tych na alkohol. Brzmiała ona: Nie masz już prawa zamawiać do posiłku armaniaku, digestifu i jakichkolwiek innych napojów alkoholowych, które są starsze od ciebie.
Ten okres powszechnie nazywany jest Złotą Erą dziennikarstwa.
A teraz, jak wielu z Was, mozolnie dokładam starań, aby nauczyć samego siebie - starego burka - nowych sztuczek.
Dokładam starań, aby zaakceptować fakt, że tak wiele z tego, co wiemy, nie ma już żadnego znaczenia.
Próbuję dojść do ładu z faktem, że kiepscy naczelni gazet są większym zagrożeniem dla przyszłości dziennikarstwa niż jakiekolwiek zmiany wywołane przez internet.
Wszyscy musieliśmy znosić doroczne spektakle, podczas których grupa wydawców prasy drukowanej zbierała się na dyskusjach panelowych (Dough Knight, nasz moderator tego wieczoru, podczas kilku z nich pełnił obowiązki gospodarza), aby zadeklarować, że jeszcze istnieją.
To żenujące przedstawienie odgrywane jest raz po raz na konferencjach, podczas których wiodący przedstawiciele branży zachowują się jak podstarzałe aktoreczki na festiwalu szekspirowskim, deklarujące, że wciąż mogą zagrać Julię. I nikt nie ma serca powiedzieć im, że już nie mogą.
Albo jeszcze gorzej. Mierni dziennikarze stroją się w piórka "dziennikarstwa długiej formy", aby drwić z wartości mediów społecznościowych jako narzędzia reporterskiego. Narzędzia, którego nie rozumieją i nie próbują zrozumieć.
A potem musimy patrzeć, jak wykorzystują tę ignorancję, aby zbywać wzruszeniem ramion fenomen dziennikarstwa obywatelskiego.
Kiedy słyszę, jak ci pismacy wykrzykują, że ich pracy nie można wtłoczyć w ramy 140 znaków, myślę sobie – oby tylko! – i tęsknię za czasem, którego bym nie stracił, gdyby nie ich wodolejstwo.
A gdy rozgrywa się ten spektakl fałszywych, niczego nie dowodzących argumentów, Rzym płonie.
W Stanach Zjednoczonych Ameryki, gdzie pracuję, ten pożar rozprzestrzenia się szybciej i gwałtowniej niż kiedykolwiek przedtem.
Od 2005 roku przemysł gazetowy w USA stracił ponad 60% przychodów z reklam i tak wiele stanowisk, że nikt nie jest ich w stanie dokładnie ich podliczyć.
I chociaż Kanady to jeszcze nie dotyczy, powiedziałbym, że jedyna różnica pomiędzy nami to czas.
To nie jest tak, że do twojego miasta internet nie zawita.
The Journal Register Company – firma, którą przejąłem dwa lata temu – i od niedawna również MediaNews Group – obie obecnie prowadzone przez nas pod wspólnym szyldem Digital First Media – mogłyby być przykładem przyczyn, z powodu których choruje cały przemysł gazetowy w USA.
Liczymy swoje produkty w setkach.
Naszych pracowników w tysiącach – dziesięć tysięcy, jeśli o to chodzi.
Naszych odbiorców w milionach – konkretnie 57 milionów.
A nasze przychody idą w miliardy.
I to przynosi zyski. Uzyskujemy wyższe marże zysku niż przeciętna firma z indeksu Dow Jones.
Mamy tytuły sprzed rewolucji amerykańskiej i możemy wywieść swój rodowód od przynajmniej jednego tytułu, którego współzałożycielem był Benjamin Franklin. No dobra - powiedzmy, że możemy, na upartego.
Jeden z tytułów działał już, gdy trzeba było opublikować nekrolog George’a Washingtona.
A nasza główna misja zawarta jest w Konstytucji naszego kraju.
Ale nic z tego nie uratuje nas ani firm nam podobnych – o ile my i nasza branża dogłębnie nie zmienimy sposobu, w jaki prowadzimy interesy.
Niczego nie da się naprawić, dopóki nie przyznamy, że jest zepsute.
Więc zacznijmy od tego: druk powraca.
Podnieście ręce jeśli zgadzacie się, że to prawda; i uwaga, proszę państwa, bo to podchwytliwe pytanie.
W Ameryce od 1985 do 2005 roku – w okresie, gdy przychody z reklam w gazetach osiągnęły szczytowy poziom – średni roczny wzrost wynosił 2,7%. Pamiętajcie – to była Złota Era.
A dla tych z was, którzy opakowują codzienne wydanie gazety w błyszczący papier powlekany, stawiając na powrót do Złotej Ery, pamiętajcie: przy tamtej stopie wzrostu potrzebowalibyśmy ponad ćwierć wieku, aby powrócić do poziomu z roku 2005.
Ale do tego i tak nie dojdzie, gdyż marketingowcy przeznaczają coraz mniej pieniędzy na reklamy w druku.
Ponadto nowsze i bardziej atrakcyjne platformy trafiają do swoich docelowych odbiorców z tak przerażającą precyzją, że my, kolesie od druku, faktycznie walczymy nożem w bitwie na broń palną.
Przewiduje się, że w 2012 roku w USA więcej reklam pojawi się w sieci niż w druku i według wszelkich ocen więcej Amerykanów poznaje najświeższe wiadomości w sieci, niż z gazet.
Przewiduje się, że w 2012 roku w USA więcej reklam pojawi się w sieci niż w druku i według wszelkich ocen więcej Amerykanów poznaje najświeższe wiadomości w sieci, niż z gazet.
Klienci przemówili.
Ale czy my słuchamy?
Obstawiam, że niezbyt uważnie.
Zażarta debata koncentruje się na pytaniu, gdzie rodzą się "newsy" (głównie w druku), zamiast: gdzie ludzie je znajdują (głównie w sieci) i jak można je zablokować.
I dlatego przez pewien czas raczono nas spektaklami w wykonaniu firm zajmujących się egzekwowaniem praw autorskich w sieci, takich jak RightHaven, które ścigały blogerów-domatorów z obsesją na punkcie swoich kotów, bo zdarzyło im się wykorzystać we wpisach jakieś materiały prasowe z internetu. RightHaven umarło zasłużoną śmiercią.
Teraz obserwujemy, jak Accociated Press eksperymentuje z NewsRight – słowo Right (poprawny – przyp. tłumacza) jest często używane przez ludzi prasy. Tym razem, jak nam powiedziano, NewsRight działa po to, aby nakrywać firmy, które nie są blogerami – podobno – i zbierać dane o tym, jak nasza treść jest wykorzystywana. Okej. Zobaczymy.
A gdzie w międzyczasie podziały się wysiłki branży mające na celu zrozumienie i dostosowanie się do formy, w jakiej "newsy" są aktualnie tworzone i konsumowane?
Gdzie są wysiłki branży mające na celu zrozumienie, jak profesjonalni dziennikarze mogą sprzymierzyć się z ludźmi, których zwykliśmy nazywać publiką i którzy, uzbrojeni w laptopy i dostęp do sieci, działają na tym samym polu co my?
Nie żartowałem, mówiąc wcześniej o mozolnych staraniach.
Sieć nie jest moim domem. Jestem człowiekiem prasy. Mój ojciec był asystentem fotoreportera, później drukarzem. Pierwsze ręce, które mnie trzymały, miały tusz pod paznokciami.
Już wystarczająco ciężko jest borykać się z koncepcjami takimi jak otwarta publicystyka i dziennikarstwo obywatelskie, oraz oddać kontrolę nad tworzeniem materiałów prasowych, którą do tej pory sprawowaliśmy, bez dodatkowych przeszkód ze strony jaskiniowców druku, którzy nie chcą nawet przyznać, że powinniśmy się zmienić.
A zmienić się musimy.
A jeśli mamy się zmienić, musimy również przyznać, że druk jako model biznesowy jest skończony.
Nie wierzysz mi? Przeczytaj jakikolwiek wniosek o ogłoszenie upadłości firmy wydającej gazety w USA, albo jakiś tekst Claya Shirky'ego.
Nie wierzysz mi? Przeczytaj jakikolwiek wniosek o ogłoszenie upadłości firmy wydającej gazety w USA, albo jakiś tekst Claya Shirky'ego.
Jeśli nie czytałeś eseju Shirkiego „Gazety i myślenie nie do pomyślenia”, a pracujesz w biznesie prasowym, to muszę ci powiedzieć, brachu, że nie jesteś wystarczająco uważny.
Jego przesłanie jest proste:
"Jeśli stary model jest skończony, co sprawdzi się zamiast niego? Odpowiedź brzmi: nic. Nic się nie sprawdzi. Nie ma żadnego ogólnego modelu dla gazet, który mógłby zastąpić to, co internet właśnie zepsuł."
Jego przesłanie jest też jasne:
Nie ma co majstrować przy zepsutym modelu. Trzeba zacząć od nowa. Dodałbym też: budując na istniejących fundamentach.
Aby to zrobić, musimy zrezygnować z przekonań, które kiedyś uznawaliśmy za prawdę. Przykładowo:
- Jesteśmy selekcjonerami informacji
- Jesteśmy liderami opinii i decydujemy, która wiadomość jest "newsem", a która nie
- Pilnujemy, aby świat zewnętrzny pozostał na zewnątrz i wpuszczamy do środka tylko wybranych – ludzi takich jak my
Tak więc jeśli przyznamy, że model druku się skończył, co jeszcze musimy uznać za niedziałające?
Myślę, że to:
Jako zawodowi dziennikarze wkroczyliśmy w nową erę, w której to, co wiemy i to, co tradycyjnie robimy w końcu odnalazło swoją wartość na rynku - a wartość ta równa się zeru.
Nasze tradycyjne modele dziennikarstwa i dziennikarskie wysiłki okazują się nieefektywne i niewystarczające w zderzeniu z odbiorcami uzbrojonymi w urządzenia przenośne podłączone do sieci.
Dotychczasowe reakcje całej naszej branży były równie nieefektywne, a w wielu przypadkach zbyt emocjonalne.
"Będziecie za nami tęsknić, gdy nas zabraknie" - to niezbyt dobry model biznesowy.
Francuski filozof Roland Barthes twierdzi, że gdy kultura staje się naturą stajemy w obliczu mitu.
Butnie się usprawiedliwiając stworzyliśmy sobie mit własnej wartości. Nigdy nie określiwszy swojej wartości ekonomicznej twierdziliśmy, że nasza wartość jako dziennikarzy i samego dziennikarstwa jest oczywista i bezsporna.
Dla mnie były to najbardziej bolesne zmagania, jakie kiedykolwiek musiałem podjąć, ponieważ dziennikarstwo oczywiście nie jest pozbawione wartości. Jednak w takiej formie, w jakiej jest najczęściej praktykowane obecnie - szczególnie według schematu „co ktoś tam powiedział zeszłego wieczora” - okazuje się rzeczywiście prawie bezwartościowe.
Współczesne firmy mediów informacyjnych, które nie przyjmują do wiadomości tego, jak "newsy" są obecnie tworzone i konsumowane – najpierw w formie cyfrowej, a dopiero potem drukowanej – ignorują nie tylko sposób, w jaki ich klienci chcą te "newsy" odbierać, ale i to, jak je rozumieją.
Ta ślepota grozi nam zniszczeniem naszych biznesów; a co gorsza, ignorujemy to, chociaż rozwiązanie naszych problemów mamy tuż pod samym nosem – siła naszych marek. Gdybyśmy tylko zerwali z przeszłością i zaakceptowali przyszłość!
Profesor Celia Lury z London University twierdzi w swoim eseju “Marka jako nowy obiekt medialny”, że marka sama w sobie jest platformą do zamieszczania treści.
Doktor Melissa Aronczyk z Carleton University i Davon Powers, współautorzy pracy “Wysadzając markę w powietrze” uważają, że: "związek pomiędzy konsumentami a markami stał się mniej zależny od konsumpcji produktu, a bardziej - od relacji społecznych, doświadczeń i stylu życia, które ta konsumpcja umożliwia".
Myślę, że w branży kurczowo uczepionej swego procesu produkcji – druku – ale równie wiernej przekonaniu o znaczeniu swoich marek argumenty tych naukowców wskazują ścieżkę, którą firmy prasowe mogą podążać jako przedstawiciele mediów informacyjnych.
Podobnie jak prasa drukarska, która oddzieliła czytelnika od pisarza z piórem w dłoni, i stworzyła cały nowy świat skalowalnych grup odbiorców i technik komunikacji, nowe cyfrowe platformy wymagają od dziennikarzy, aby wykorzystywali je w sposób, który pozwoli czerpać z nich maksymalne korzyści.
Pierwszym krokiem na drodze tej zmiany była nasza strategia „Najpierw Cyfrowo”, ale ewidentnie równie ważna jest strategia „Cyfrowo Poprawnie” – tj. korzystanie z odpowiednich platform w odpowiedni sposób i w odpowiednim momencie. I nie polega to tylko na prostym przerzucaniu treści z jednej platformy na drugą w kolejności pierwszeństwa.
Obecnie te artykuły w sieci, które nie linkują dalej są przez internautów uważane za gorsze. Firmy mediów informacyjnych, jako marki, same się dewaluują i niszczą, jeśli nie umożliwiają tych interakcji społecznych, których społeczeństwo dziś wymaga od zestawu nowych narzędzi cyfrowych.
Marshall McLuhan wiedział o tym, gdy powiedział, że "medium jest przekazem".
Jako przedstawiciele mediów informacyjnych, szczególnie tych "starej generacji", do których należy prasa, przestaniemy być posłańcem wiadomości, jeśli tego nie rozumiemy i nie skorzystamy z potencjału medium.
A właśnie z tą rolą posłańca związaliśmy naszą koncepcję wartości naszych marek. Takich jak:
A właśnie z tą rolą posłańca związaliśmy naszą koncepcję wartości naszych marek. Takich jak:
- Bycie posłańcem, któremu społeczność może ufać
- Bycie posłańcem znanym ze swojej dokładności, solidności, itp.
Ale co znaczy bycie posłańcem wiadomości w obecnym, nowym systemie mediów informacyjnych, gdzie ludzie, których zwykliśmy nazywać odbiorcami są teraz w równym stopniu uczestnikami, konkurentami, kolegami, sędziami i źródłami?
W naszej firmie Digital First Media zaczęliśmy odpowiadać na to pytanie, najpierw poprzez otwarcie naszych marek i wprowadzenie naszej treści w ten nowy system, aby dzielić się nią ze wszystkimi. A w jego obrębie my z kolei dokonujemy agregacji treści dostarczonych przez naszych czytelników, i zarządzamy nimi pod naszymi markami.
Odbiorcy treści dostarczanych przez naszą firmę Journal Register Company odpowiedzieli na tę inicjatywę: ich liczba podwoiła się w jeden rok.
Bardzo trudno jest zrezygnować z kontroli. A dopuszczenie do głosu czytelników, czy też „tych z zewnątrz”, jest jeszcze trudniejsze.
Często, gdy mówię o włączeniu czytelników do dyskusji nad "newsami" wspomniane wcześniej starzejące się aktoreczki reagują ostro, przypominając mi, że:
- "Zawsze byliśmy w kontakcie z naszymi społecznościami". Czytaj: listy do redakcji i gazeciarze na ulicach.
- "Nasi czytelnicy zawsze wpływali na nasz rozwój". Czytaj: badania opinii i odbiorcy jako członkowie kolegium redakcyjnego.
- "Słuchamy ich skarg i reagujemy na nie". Czytaj: ten wieczny nieudacznik, rzecznik prasowy.
Gdy pracowałem w Toronto Sun, zarówno jako reporter, jak i redaktor, mówiliśmy dokładnie to samo, zazwyczaj ubierając tę myśl w takie zgrabne sformułowanie:
"Tworzymy gazetę dla ludzi, którzy jeżdżą po mieście tramwajem".
A ja dawałem się na to nabrać, mimo że jako koleś, który sam jeździł do pracy tramwajem, wiedziałem, że około połowa pasażerów - mężczyźni i kobiety o ciemnej skórze, i ludzie nie mówiący po angielsku, z trudnością odnajdujący swoją drogę w największym mieście Kanady - wyglądają zupełnie inaczej niż ci zadowoleni z siebie biali - ze mną włącznie - którzy siedzieli dookoła, i decydowali, co jest "newsem".
Sieć gwarantuje, że takie rzeczy nie mają już miejsca. Albo przynajmniej – nie mają miejsca na dłuższą metę w przypadku firmy mediów informacyjnych, która stara się przetrwać.
Rozwijając argument profesor Lury, według której marki są platformami, w Digital First Media podjęliśmy inicjatywę, aby pójść o krok dalej w odblokowywaniu naszych marek i udostępnianiu naszych treści.
W Torrington w stanie Connecticut dosłownie rozszerzyliśmy swoją markę, gazetę “Register Citizen”, wykorzystując redakcję informacyjną jako platformę.
W „Register Citizen” stworzyliśmy otwarty dla czytelników pokój redakcji informacyjnej, w którym wszyscy są mile widziani.
Są mile widziani przy stanowiskach blogerskich ustawionych w samym pokoju redakcji. Mogą korzystać z sal konferencyjnych i nie mamy nic przeciwko temu, aby osobiście uczestniczyli w spotkaniach redakcyjnych. Ci, którym nie uda się dotrzeć na miejsce, mogą je oglądać jako transmisję na żywo w internecie.
W Torrington próbowaliśmy wprowadzić w życie podstawowe wartości sieci – przejrzystość, integrację i interaktywność.
Umieszczenie przy każdym artykule online okienek formularza do weryfikacji faktów to bezpośrednia prośba o pomoc w poprawianiu błędów, które ewentualnie mogliśmy popełnić. Wierzę, że jest to akt przejrzystości, który wiąże nas mocniej z czytelnikami.
Żeby było jasne: zaakceptowaliśmy, że nie jesteśmy już staromodnymi liderami opinii czy selekcjonerami informacji dla naszych czytelników. Oczywiste jest, że czytelnicy wiedzą, czego chcą i potrafią się organizować wokół problemów i aktywności, które ich dotyczą.
Tym, co możemy zrobić korzystając z siły naszych marek, nadal budzących zaufanie, jest pomoc w uporządkowaniu istotnych informacji wyłowionych z wartkiego nurtu treści, do którego każda społeczność ma obecnie dostęp.
Vint Cerf, Naczelny Ewangelista w Google, nazywany przez niektórych Ojcem Internetu, ma tutaj bardzo jasne zdanie:
"Zaufanie ludzi do dziennikarstwa zawsze opierało się na marce".
A gdy społeczność stała się nawet fizycznie częścią redakcji informacyjnej zaczęliśmy nawiązywać z nią lepsze stosunki, niż kiedykolwiek przedtem.
W Torrington społeczność zareagowała pięciokrotnym zwiększeniem liczby odbiorców treści cyfrowej w porównaniu do treści drukowanej, dzięki czemu gazeta „Register Citizen”, wcześniej przynosząca straty, zaczęła dawać zyski.
Obok Laboratoriów Mediów Społecznościowych, które funkcjonują we wszystkich dziennikach należących do Journal Register Company, a obecnie są też wprowadzane w Media News Group, otwarta dla czytelników redakcja informacyjna z Torrington staje się nowym modelem angażowania społeczności, który się sprawdza i podnosi wartość marki danego tytułu.
W ten sposób wartość marki jest budowana przez samą społeczność, gdyż to ona określa, czym zajmują się lokalne firmy mediów informacyjnych i pomaga w ustanowieniu kluczowych wartości normujących jej własne zaangażowanie.
Drzwi są obecnie zawsze otwarte. Nie pilnuje ich selekcjoner informacji społecznościowych. Społeczności będą teraz doceniać te platformy, które – jak Twitter – podtrzymują przepływ wiadomości i które - jak my - dodają kontekst i odzwierciedlają wartości ustanowione bezpośrednio przez daną społeczność.
Dodawanie wartości do nowego, swobodnego przepływu informacji to zadanie dla nowej firmy mediów informacyjnych.
Nasze dziennikarstwo wsparte siłą dziennikarstwa obywatelskiego to według mnie kombinacja nie do pobicia, gdyż w ten sposób pomagamy społecznościom nadawać sens nurtowi informacji w sieci.
W New Haven w stanie Connecticut stworzyliśmy coś w rodzaju lokalnej redakcji informacyjnej, która tworzy wartość dodaną.
Składa się ona z czterech kluczowych działów: Wiadomości z ostatniej chwili; Dziennikarstwo Śledcze; Kącik czytelnika i Widżety.
Kącik czytelnika i Widżety to obecnie rzeczy oczywiste. Redakcje informacyjne muszą udostępniać treść oraz angażować swoich odbiorców, gdyż wymagają tego nowe narzędzia cyfrowe, które napędzają media społecznościowe.
Nie ma powiązań z mediami społecznościowymi – nie ma firmy mediów informacyjnych.
Chociaż internauci mogą być równie szybcy lub szybsi, gdy w grę wchodzą wiadomości z ostatniej chwili, to dodawanie do nich kontekstu, który posiadamy dzięki naszym związkom ze społecznością i profesjonalnym redakcjom informacyjnym ma kluczowe znaczenie - a jednocześnie wzmacnia wartość naszej marki.
Jednakże to odrodzenie dziennikarstwa śledczego – które dawno temu padło ofiarą cięć w redakcjach informacyjnych – może przynieść nam największą korzyść.
I wreszcie, raz jeszcze, przy użyciu nowego zestawu narzędzi cyfrowych zadajemy pytania, których nie zadają inni.
Koło sukcesu zamyka się, gdy zaangażowani odbiorcy firmy mediów informacyjnych podchwytują te pytania i żądają odpowiedzi.
Z biznesowego punktu widzenia zbliżamy się do Świętego Graala, jakim jest identyfikacja z wartościami naszej społeczności.
Wierzcie mi, że to wszystko łatwiej powiedzieć, niż zrobić, oraz że wymaga to poświęcenia od całej firmy. Jeśli nie jesteś w pełni oddany sprawie, społeczność wyczuje to w mgnieniu oka.
A wtedy koniec z wami, ponieważ na posiadaną wartość trzeba pracować - i to bez ustanku. Mocno wierzę, że udostępnianie treści przyniesie w przyszłości więcej dobrego, niż złego.
Jedną z przyczyn, dla których jestem tak zdecydowanie przeciwny płatnej treści jest moje głębokie przekonanie, że w przyszłości to treść będzie szła do społeczności, a nie na odwrót.
Inteligentna, oryginalna treść powiązana przez znaczniki z reklamami nabierze wartości dzięki temu, że będzie dalej udostępniana w sieciach.
Udostępnianie treści przekłada się na wpływ.
A wpływ w tym nowym systemie przekłada się na zaangażowanie.
A zaangażowanie przekłada się na wartość dla reklamodawców i innych osób próbujących dotrzeć do tej zaangażowanej społeczności.
Podczas gdy młode sieciowe biznesy mediów informacyjnych tutaj, w Toronto - na przykład OpenFile - wyczuwają to intuicyjnie, zbyt wielu wydawców gazet tego nie rozumie.
I dlatego brną dalej tnąc wydatki na redakcję, zbieranie informacji, marketing, a nawet sprzedaż – kluczowe obszary naszej działalności – po to, aby sprostać założeniom budżetowym.
Nawiasem mówiąc, gazety otrzymują wsparcie od takich inwestorów, na jakich sobie zasłużą.
W USA, gdzie wiele gazet jest w upadłości, wychodzi z niej lub nią straszy, menedżerowie gazet ze swoimi pomysłami na udobruchanie inwestorów poprzez cięcie kosztów i podkręcanie zysków krótkoterminowych okazują się, w sferze rozwiązań, takimi samym bankrutami.
A inwestorzy, którzy nie są głupi i widzą, że menedżerowie gazet nie mają żadnych planów na gruntowne przekształcenie swojego biznesu, robią po prostu to, co do nich należy, zmuszając ich do skupiania się na uzyskiwaniu tych krótkoterminowych zysków.
Inwestorzy nie inwestują w mity. Oni inwestują w matematykę.
Jeśli chcecie, aby inwestorzy zaczęli postrzegać naszą branżę lub nasze firmy w perspektywie długoterminowej to po prostu przedstawcie im długoterminowy plan, który działa. Przedstawcie im plan, który wesprą.
Dodałbym tutaj również, że powinien być to plan budowany na piętrze redakcyjnym, bo tam zlokalizowana jest podstawa naszej działalności.
Dalsza część transformacji to czysta mechanika.
Jeśli cos nie należy do twojej podstawowej działalności gospodarczej – a dla gazety podstawą są treść i sprzedaż – trzeba to ograniczyć, zakończyć, sprzedać lub zlecić na zewnątrz.
I na litość boską przestańcie słuchać ludzi od gazet. Mieliśmy czas od połowy lat 90-tych, aby to zrobić dobrze i najwyraźniej kiepsko sobie z tym radzimy.
Oddajcie władzę cyfrowym ludziom - władzę nad wszystkim.
Oni mogą przejąć to, co zbudowaliśmy i sprawić, że stanie się jeszcze lepsze.
Oni mogą przejąć to, co zbudowaliśmy i sprawić, że stanie się jeszcze lepsze.
Udana realizacja tego zadania to rzecz bardzo ważna – nie tylko dla branży i inwestorów – ale i dla naszych społeczności.
"Gazeta to miejsce, gdzie kształtują się społeczności", pisze wykładowca z New York University dr. Aurora Wallace w swojej książce ‘Gazety i powstawanie nowoczesnej Ameryki’. I dalej: "Gazety są (...) motorem budowy i utrzymania silnych społeczności (...) gdy one zaczynają słabnąć, musimy zapytać, co jeszcze wskutek tego ucierpi."
Jesteśmy to winni naszym społecznościom, które nie po to nas utrzymywały, abyśmy teraz słabli, tylko dlatego, że boimy się zmian.
Na koniec, poradziłbym naczelnym gazet, aby nauczyli się odpuszczać i pokochali sieć.
Jestem tutaj, aby wam powiedzieć, że starego burka można nauczyć nowych sztuczek.
Mówiąc obrazowo, ja nadal ganiam za autami i szczekam na rowerzystów, ale teraz lepiej wybieram cele, i chociaż stare ze mnie psisko, zaczynam nawet niektórych z nich łapać.
Mówiąc obrazowo, ja nadal ganiam za autami i szczekam na rowerzystów, ale teraz lepiej wybieram cele, i chociaż stare ze mnie psisko, zaczynam nawet niektórych z nich łapać.
Dzięki.