Donald Trump przekonuje świat, że nie lubi Muzułmanów, ale ich pieniądze poznał bardzo dobrze.
Donald Trump przekonuje świat, że nie lubi Muzułmanów, ale ich pieniądze poznał bardzo dobrze. Fot. Za: facebook.com/DonaldTrump

Donald Trump zamknął granice dla obywateli siedmiu państw, tłumacząc to względami bezpieczeństwa i przeciwdziałaniem terroryzmowi. Co zdecydowało o tym, które kraje znalazły się na liście? Patrząc na statystyki zbrodni, bardziej niż o terroryzm chodzi o... umiejscowienie firm związanych z nowym amerykańskim prezydentem.

REKLAMA
Jednym dekretem Donalda Trumpa granicy USA nie przekroczą mieszkańcy Iranu, Iraku, Libii, Somalii, Sudanu, Syrii i Jemenu. Wcześniej prezydent obiecywał całkowity zakaz wjazdu muzułmanów do USA. Moglibyśmy uznać, że próbuje więc spełnić swoje obietnice w miarę możliwości, gdyby nie to, że szybka analiza listy krajów pokazuje pewną nielogiczność.
Alex Nowrasteh z konserwatywnego think tanku Cato Institute przedstawił w ubiegłorocznym raporcie "Terrorism and Immigration: A Risk Analysis" dane na temat narodowości terrorystów w USA. Osoby narodowości "zbanowanych" przez Trumpa od 1975 roku nie zamordowały na terenie USA żadnego Amerykanina.
Przez ten czas doszło tylko do kilku prób dokonania zamachów przez osoby o takim pochodzeniu. Skazano za to sześciu Irańczyków, sześciu Sudańczyków, dwóch Somalijczyków, tyle samo Irakijczyków i jednego Jemeńczyka. Na podstawie statystyk znacznie groźniejsze wydają się te państwa, które Trump pominął. Jak wynika z danych CIA, za zamachy 9 września 2001 roku w większości odpowiadali Saudyjczycy.
logo
Wielu terrorystów z 9/11 było Saudyjczykami. To Trumpowi nie przeszkadza. Fot. Fragment dokumentu CIA
Łącznie od 1975 do 2015 roku, z ręki obywateli Arabii Saudyjskiej na terenie USA zginęło 2369 obywateli amerykańskich. To dokładnie 78,3 proc. wszystkich morderstw tego typu. Poza Saudyjczykami, Amerykanów zabijali w tym okresie mieszkańcy Zjednoczonych Emiratów Arabskich (314 zabójstw, 10,4 proc.), Egiptu (162/5,4 proc.), Libanu (159/5,2 proc), Kuwejtu (6/0,2 proc), Pakistanu (3/0,1 proc), Kirgistanu (3/0,1 proc.), Kuby (3/0,1 proc.) i Palestyny (2/0,1 proc). Donald Trump jednak nie widzi zagrożenia ze strony tych państw. Czemu?
Jak zwykle sprawa rozbija się o pieniądze. W sierpniu 2015 roku Donald Trump zarejestrował w Arabii Saudyjskiej osiem firm. Odnajdziemy tam takie spółki. jak THC Jeddah Hotel, czy DT Jeddah Technical Services. Nazwa pochodzi od drugiego co do wielkości miasta w tym kraju. Trump nie robił tego w tajemnicy. Wszystkie inwestycje komentował bardzo optymistycznie. – Kupują ode mnie mieszkania. Wydają po 40 czy 50 milionów. Dlaczego mam ich nie lubić? – komentował.
Mało tego. Kiedy przyjrzymy się wcześniejszym wypowiedziom Trumpa, okaże się, że od dawna wiązał ogromne nadzieje z tym regionem. W rozmowie z Billem O'Reill'ym na antenie Fox News w maju ubiegłego roku Trump mówił, że Saudyjczycy nie przetrwają bez pomocy USA. –Pytanie brzmi, kiedy powinniśmy się zaangażować i ile Arabia Saudyjska zapłaci nam za ocalenie? – stwierdził.
Donald Trump dodał, że chciałby pomóc Arabii Saudyjskiej. – Chciałbym ją chronić, ale najpierw Arabia musi pomóc nam ekonomicznie. Zanim spadły ceny ropy, zarabiali miliard dolarów dziennie – podkreślał. Cały materiał możecie obejrzeć poniżej:
Marzenia o hotelach w Arabii Saudyjskiej zmarły w grudniu. To jednak nie zmniejszyło jego planów ekspansji na Bliskim Wschodzie. W Egipcie, którego mieszkańcy dokonali udanych zamachów na ponad 160 Amerykanów, w rękach Trumpa znajdują się dwie firmy. Trump Marks Egypt i Trump Marks Egypt LLC zajmują się nieruchomościami. Informacje o spółkach można znaleźć w rejestrach oraz bazach inwestorskich. Nie prowadzą otwartej kampanii.
Dużo bardziej widoczna działalność Trumpa jest w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Prezydent posiada pole golfowe w Dubaju i chce tam stawiać hotele. Zdjęcie Trumpa i jego córki Ivanki reklamowało zresztą tę działalność na bilbordzie z hasłem "The Beverly Hills of Dubai".
Mimo dobrych stosunków z bliskowschodnim bogactwem, podczas kampanii Donald Trump wielokrotnie oskarżał Hillary Clinton o przejmowanie od Saudyjczyków datków na Clindon Foundation. O imigrantach z tego rejonu mówił natomiast: "Nie chcemy ich tu". Patrząc na mapę finansowych wpływów nowego prezydenta, wygląda na to, że jego dekret służy nie tyle dobru obywateli USA, co jednego, konkretnego Amerykanina.

Napisz do autora: mateusz.albin@natemat.pl