Fot. naTemat

Dla niewtajemniczonych, warszawskie biznesowe zagłębia bywają problematyczne, zwłaszcza, jeśli zbłąkany, pozbawiony karty wejściowej do jednej z mieszczących się tam korporacji wędrowiec jest głodny, jak wilk. Prawdopodobieństwo, że “na czuja” trafi do knajpy, którą będzie mógł opisać przymiotnikiem dłuższym, niż dwuliterowy i bardziej pochlebnym niż “ok” nie jest aż tak wysokie. Dlatego tym bardziej należy wychwalać chlubne wyjątki, a taki udało nam się namierzyć.

REKLAMA
Shoku to knajpka dla wtajemniczonych. Niepozornie wkomponowana w ciąg nowo powstałych na Woli budynków mieszkalnych i biur, oddzielona od ruchliwej alei szklanymi fasadami nowoczesnych wieżowców. Jednym słowem: jeśli nie mieszkacie albo nie pracujecie w okolicy, raczej o niej nie wiecie (co biorąc pod uwagę, że w gastro-światku moda na działalność skrzętnie ukrytą kwitnie, nieoczekiwanie staje się zaletą).
logo
Fot. naTemat
Jeśli mielibyście więc oceniać Shoku na pierwszy rzut oka, stwierdzicie, że to kolejna korpo-lunchownia. Na drugi, rzucony tym razem w kierunku menu - też, bo słuszną część jej karty zajmuje nasze narodowe danie z-wyższej-ale-nie-za-wysokiej półki, czyli sushi. Jednak wchodząc do środka, bardzo szybko przekonacie się o prawdziwości powiedzenia: “Nie sądź książki po okładce”.
logo
Fot. naTemat
Nie samym sushi człowiek (pracy) żyje
Idąc do Shoku w porze lunchowej nie będziecie mieć wątpliwości, że trafiliście dobrze. Żeby znaleźć pusty stolik trzeba się chwilę porozglądać, co zawsze jest dobrą rekomendacją. Z drugiej strony, zaczniecie się zastanawiać, skąd w sushi-knajpce takie tłumy. Możliwe odpowiedzi są dwie: albo ich sushi jest sakramencko dobre, albo w karcie czai się coś więcej. Poprawna odpowiedź brzmi: i to, i to.
logo
Fot. naTemat
Właściciele Shoku kreatywnie poradzili sobie z odwiecznym problemem większości około-japońsko knajp, w których ryż z rybą króluje niepodzielnie, a innego rodzaju proteiny, jeśli w ogóle obecne, zepchnięte są gdzieś na szary koniec karty. Tutaj – wręcz przeciwnie. Macie ochotę na kaczkę? Proszę bardzo. Burgery z szarpanej wołowiny w orientalnej marynacie? Jak najbardziej. Esencjonalny ramen? Nie ma problemu. A na przystawkę, uwaga, uwaga – tapasy. Jesteście w szoku? Prawidłowo - w końcu nazwa zobowiązuje.
logo
Fot. naTemat
– W Japonii bardzo popularne są bary z małymi przekąskami. A że w Polsce nazwa tapas dobrze się przyjęła, też postanowiliśmy jej używać – tłumaczy założyciel Shoku – Adam Antoszkiewicz. – Nie chcieliśmy otwierać kolejnej knajpy tylko z sushi. Zdecydowaliśmy się na “Asian fusion” i tak właśnie chcemy określać naszą kuchnię. Łączymy azjatyckie smaki w zaskakujący sposób – dodaje.
logo
Fot. naTemat
Element zaskoczenia – to coś na czym Shoku bazuje. I nie chodzi tu o wykreowany na siłę efekt “wow” – niespodziankę, która szybko się nudzi. Chodzi raczej o subtelności. Przede wszystkim jest wygodnie: miękkie kanapy, spore stoliki, na których spokojnie można rozłożyć na sekundę laptopa, albo dostawić krzesło kiedy niespodziewanie zdecyduje się dołączyć do na ktoś znajomy. Muzyka, która leci w tle wcale nie jest nastrojowo-egzotyczna, ale rytmiczna, żywa, podkreślająca tempo panujące w restauracji i jej zawadiacki charakter.
logo
Fot. naTemat
Dodatkowo, cały lokal skąpany jest w naturalnym świetle, co zdaniem Antoszkiewicza, jest jednym z wyznaczników miejsca, do którego chce się wracać: – Szukając lokalizacji szczególnie zależało nam, żeby pomieszczenie było jasne. Jedzenie za dnia w świetle jarzeniówek jest średnio przyjemne – komentuje.
logo
Fot. naTemat
Możliwość wyrwania się na chwilę z klaustrofobicznych kubików do pomieszczenia skąpanego w świetle sprawia, sprawia że w porze lunchowej Shoku pęka w szwach, co, umówmy się, w takiej lokalizacji nie jest wyczynem. Trudniejszym zadaniem jest zapełnić miejsca również po godzinach pracy korporacji. I tę sztukę ekipa Shoku również opanowała. – Ludzie wracają do nas z rodzinami, z przyjaciółmi – na wieczorne posiadówy, na weekendowe spotkania. Dlaczego? Nie pytamy, po prostu podajemy dobre jedzenie i robimy wszystko, żeby dobrze się u nas czuli – tłumaczy Antoszkiewicz, jakby prowadzenie dobrze prosperującej restauracji było najprostszą rzeczą na świecie.
logo
Fot. naTemat
Jedyne do czego w Shoku można się przyczepić, to stojący zaraz przy wejściu, solidnie zaopatrzony bar. Można się domyślać, że popołudniowi i wieczorni goście przychodzą tu właśnie dla niesztampowych drinków. Ale. Widząc takie cudo na barze o 13 i nie móc go spróbować (bo praca wzywa), można się zdenerwować:
logo
Fot. natemat

Dziękujemy restauracji Shoku za zaproszenie.