Fot. Sutterstock

Podczas gdy Włochy i Niemcy będą mierzyć swe piłkarskie siły na stadionie w Warszawie, w Brukseli stoczy się gra o silnej dramaturgii, choć jeszcze bez ostatecznych rozstrzygnięć. Na szczycie Rady Europejskiej spotkali się szefowie państw i rządów, by położyć fundamenty pod decyzje, które będą kluczowe dla przyszłości i ustroju strefy euro.

REKLAMA
Ale spotkanie Rady Europejskiej to szczyt całej Unii Europejskiej, a nie wyłącznie państw unii monetarnej. Łatwo było o tym zapomnieć - w mediach, w wypowiedziach polityków europejskich Unia skurczyła się do "problematycznego" centrum, jakim jest 17 państw posługujących się walutą euro. A przecież nie do takiej Unii - podzielonej, dwu-torowej, dwu-poziomowej - Polska chciała przystąpić.
Oczywistym jest, że gdy dom się pali, należy gasić pożar. I należy to robić wspólnymi siłami. Szczyt podejmie kroki mające na celu pogłębienie integracji ekonomicznej i politycznej w strefie euro oraz ustabilizowanie sytuacji gospodarczej, przyjęto Pakt na Rzecz Wzrostu i Zatrudnienia, który ma na celu wdrożenie konkretnych działań pobudzających wzrost gospodarczy w Europie.
Spór o to, czy najpierw wprowadzać dyscyplinę finansową i odpowiedzialność budżetową kontrolowaną z poziomu Unii, czy zacząć od solidarności finansowej i uwspólnotowienia przynajmniej części zadłużenia, wobec palącej potrzeby znalezienia rozwiązań jest fałszywym dylematem. Nie ma czasu na to, by najpierw zaklejać budżetowe dziury w europejskim systemie naczyń połączonych, czego domagają się Niemcy i popierające je m.in. Austria, Finlandia, Szwecja i Holandia, tak zwana "północ", a potem dolewać strumień środków finansowych, czego chcą Francuzi, Włosi i Hiszpanie, czyli tzw. "południe". Trzeba robić jedno i drugie naraz. Rynkom finansowym może nie starczyć cierpliwości, a kryzys wymknie się zupełnie spod kontroli. Ucierpią na tym także kraje spoza strefy euro, takie jak Polska, bo tworzymy jeden współzależny organizm gospodarczy.
Przy gaszeniu pożaru w państwach dotkniętych kryzysem zadłużenia i bankowym, co leży w interesie wszystkich, coraz częściej zagrożona jest jednak spójność całej Unii i jej wartości, do których należą solidarność i równość traktowania krajów członkowskich. Zjawisko Europy dwóch prędkości, w której kraje spoza strefy euro traktuje się inaczej niż te, które posiadają wspólną walutę, nie tylko przybiera rosnące rozmiary, ale coraz częściej znajduje polityczne przyzwolenie. Biorąc pod uwagę to, że u podstaw kryzysu leży problem zadłużenia państw banków, a nie problem samej waluty euro, stosowanie takiego podziału w Unii jest nielogiczne i zagraża jej integralności, a krajom takim jak Polska grozi wypadnięciem z głównego nurtu integracji europejskiej. Niestety, dotychczasowi obrońcy jedności Unii przestają protestować.
Kryzys staje się też pretekstem dla "klubu skąpców", aby jeszcze bardziej redukować budżet unijny, tworzyć równoległy budżet tylko dla strefy euro i w większym stopniu skierować środki wyłącznie do państw strefy euro. Na fali walki o przetrwanie eurolandu, taki scenariusz staje się coraz bardziej realny.
Dla Polski, jak i dla całej Unii, taka dezintegracja i podziały to geopolityczna katastrofa. Uwzględniając skutki podejmowanych dzisiaj głównie z uwagi na kryzys gospodarczy i finansowy decyzji, Unia musi tworzyć rozwiązania służące wszystkim jej państwom członkowskim.
Czwartkowy szczyt nie przyniósł jeszcze ostatecznych odpowiedzi, dyskusja o konstrukcji Unii i strefy euro będzie nadal trwała, a my powinniśmy tak jak do tej pory pilnować swojego miejsca w tej debacie, zgodnie ze starą zasadą "nic o nas bez nas", a to jest przecież o nas dzisiaj i o nas jutro. Tak jak przy pakcie fiskalnym, gdzie walczyliśmy o miejsce przy stole, powinniśmy nie pozwolić na pęknięcie Unii, które mogłoby dla nas oznaczać ponowne znalezienie się w przedsionku.