
Mieszkańcy nie chcą już bezkrytycznie – i niekiedy wręcz bezradnie – przyglądać się poczynaniom zarządców spółdzielni mieszkaniowych, lecz aktywnie uczestniczyć w ich działalności i mieć realny wpływ na jej rozwój. Dotyczy to przede wszystkim młodych ludzi, którzy myślą o swoich potomkach.
REKLAMA
Niektóre spółdzielnie rozkwitają. Realizują mnóstwo inwestycji, dbają o swoich mieszkańców, ale przede wszystkim nie boją się krytyki. W Polsce to niestety ciągle nowość. Stoją za tym przede wszystkim młode rodziny. To one przeważnie biorą aktywny udział w życiu spółdzielni, stanowczą wyrażają własne zdanie lub po prostu walczą o swoje. Czynią to nie tylko dla siebie, ale również dla swoich dzieci.
– Bywam na zebraniach, jeśli tylko znajdę na nie czas. Udzielam się, bo chcę wiedzieć, na co przeznaczane są nasze pieniądze, jakie inwestycje u nas się planuje, czy w ogóle spółdzielnia dobrze prosperuje - powiedział nam 29-letni Paweł z Gdyni, który ma dwójkę dzieci.
Rosnące zainteresowanie spotkaniami spółdzielni to nie tylko puste słowa, ale fakt.
– Jak na spółdzielnie frekwencja była bardzo wysoka, bo wyniosła około 15-20 procent. Spółdzielcy, którzy uczestniczyli w zebraniach, zabierali głos i byli niezwykle aktywni - stwierdził rozmowie z portalem zarzadcy.com.pl Tadeusz Derenowski, prezes Zarządu Spółdzielni Mieszkaniowej w Bielawie.
– Jak na spółdzielnie frekwencja była bardzo wysoka, bo wyniosła około 15-20 procent. Spółdzielcy, którzy uczestniczyli w zebraniach, zabierali głos i byli niezwykle aktywni - stwierdził rozmowie z portalem zarzadcy.com.pl Tadeusz Derenowski, prezes Zarządu Spółdzielni Mieszkaniowej w Bielawie.
System już się zmienia – z większych przekształcają się w coraz mniejsze, co wychodzi im na dobre. Od dużych i ogromnych spółdzielni (jeszcze niedawno było 54 zrzeszających ponad 10 tysięcy członków) odchodzi się nie bez powodu – ani nie obniżało to kosztów eksploatacji i funkcjonowania, ani też nie usprawniło załatwiania spraw. Wręcz przeciwnie. W mniejszych koszty przeważnie są mniejsze, a spółdzielcy są lepiej zorganizowani i mają większy wpływ na decyzje.
Ale transformacja to długotrwały proces, nie dokonała się jeszcze wszędzie. Wciąż w Polsce większość spółdzielni działa wedle starych zasad, w które nikt nawet nie próbuje ingerować. Są do tego stopnia hermetyczne, że mówi się o "czerwonych spółdzielniach", a osobach zarządzających wręcz "leśne dziadki". Prezesi są nieuchwytni, nie chcą ujawnić swoich zarobków (w sądzie wielokrotnie toczyły się już sprawy w tym temacie), spółdzielnia podejmuje kontrowersyjne decyzje, pobiera wysokie opłaty. Mało tego, inwestycje można policzyć na palcach jednej ręki.
Naturalnie znalazły się również i takie, które ani nie wymagają specjalnej interwencji spółdzielców, ani też nie wychylają się przed szereg. Działają spokojnie, krok po kroku starają się nadążyć za nowoczesnymi metodami, lecz nie są na tyle prężne, by je dogonić.
– Nie biorę udziału w spotkaniach spółdzielni. Niemniej moja spółdzielnia radzi sobie całkiem przyzwoicie, a efektem są różnego rodzaju inwestycje: docieplenie budynków, likwidacja piecyków typu junkers – mówi mieszkanka SM "Kociewie" w Starogardzie Gd.
Spółdzielniami mieszkaniowymi zainteresował się niedawno również rząd. Platforma Obywatelska przygotowała nawet specjalny projekt, który spółdzielcom dałby większe prawa, a zarządców zmusił do odpowiedzialności za decyzje. Nowe przepisy miałyby wejść w życie jesienią bieżącego roku lub na początku następnego.
– Szeregowi członkowie nie mają wpływu na zarządzanie swoimi spółdzielniami oraz ich realną kontrolę, chociaż niejednokrotnie spółdzielnie dysponują budżetem porównywalnym do budżetów powiatowych miast. Chcemy to zmienić – zapowiedziała na łamach "Rzeczpospolitej" Lidia Staroń, posłanka PO.
Mieszkania należące do spółdzielni ma ponad jedna czwarta Polaków.