
Na czołówkach światowych mediów, króluje wczorajszy finał Euro 2012. Polska prasa zachwyca się grą reprezentacji Hiszpanii i podsumowuje zorganizowane w Polsce i na Ukrainie mistrzostwa. Włoscy dziennikarze żartują przez łzy, że ich drużyna przeszła do historii, bo jeszcze nikt w finale nie przegrał tak wysoko. Hiszpańskie media tryumfują: "Jesteśmy trzykrotnymi mistrzami!".
Największy skok cywilizacyjny dokonał się w głowach Polaków. Przestali czuć się jak ubodzy krewni Zachodu, pokazali swój kraj i pokazali, jak potrafią być z niego dumni - na wesoło. A po tym, jak zachowali się wobec gości, mogą jechać za granicę na wakacje i wymagać w rewanżu tego samego. CZYTAJ WIĘCEJ
Włoski koszmar
Zdaniem włoskich dziennikarzy Hiszpanie w finale Euro 2012 byli poza zasięgiem i Włosi nie mieli z nimi szans. "Włoski sen zmienił się w koszmar" - pisze "La Stampa. "Przeszliśmy do historii! Jeszcze nigdy w finale dużego turnieju żadna drużyna nie przegrała tak wysoko" - wtóruje "Corriere dello Sport". Dziennik ten pisze, że hiszpańska drużyna kontrolowała przebieg meczu od pierwszej do ostatniej minuty, a w miarę upływu czasu Włosi grali coraz gorzej.
21 dni temu w pierwszym meczu Euro zremisowaliśmy z mistrzami 1:1. Od tego czasu rywale nie stracili gola. Wygrali trzeci turniej z rzędu i przeszli do historii. Z kolei Włosi - po fatalnym turnieju w RPA odnaleźli godność, choć tak wysoka porażka będzie jedną z najczarniejszych kart w dziejach.
"Dziękujemy!"
Hiszpańska prasa zachwyca się grą mistrzów Europy. "Dziękujemy, dziękujemy, dziękujemy!" - tytułuje swój artykuł "Marca". Dziennik pisze, że Włosi pewnie nigdy nie zapomną pierwszych 15. minut finałowego meczu w Kijowie. "El Pais" opisując drogę Hiszpanii do mistrzostwa zwraca uwagę na rolę Xaviego, rozgrywającego drużyny Vicente del Bosque. "Xavi po raz kolejny jak satelita pomiędzy Iniestą i Fabregasem kilkukrotnie umieszczał piłkę na orbicie pomiędzy defensywą Squadra Azzurra" - czytamy.
Ogromna dojrzałość zawodników, Casillas i Xavi jako liderzy i doświadczenie profesora czyli Vicente del Bosque.

