
Miała własną wiewiórkę, uwielbiała zakupy, a na operację szyjki macicy wystroiła się "jak do teatru". Niechcianych amatorów własnej urody straszyła duchami, potrafiła wmówić ludziom, że jej siostra jest upośledzona, a o Polakach pisała "schłopiałe, ogłupiałe, rozpustne prostaki". Mimo zmienności, nie była neurotyczką. Najlepsze wiersze pisywała na kolanie, wśród gości, na byle serwetkach. Dla miłości gotowa była uciec z domu i odwrócić się na pięcie od wszystkich Kossaków. Była wrażliwą poetką i silną, odważną kobietą. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Lilką nazwała siebie sama.

Maria z Kisielnickich, matka Lilki, Magdy i Jerzego, odrzucała oświadczyny przystojnego Wojciecha Kossaka aż dwa razy. Pytana dlaczego, odpowiadała: ''Żeby mnie bardziej szanował i cenił''. Zarówno Magdalena, jak i Lilka uznawały to za wyrafinowanie. Podobnie jak przekonanie własnych rodziców o wyższości swoich pociech nad innymi. Cała trójka zwana była "cudownymi dziećmi" o cudownych umiejętnościach. Dlatego Maria dbała o bezbłędną kindersztubę dziewczynek, za to nigdy nie nauczyła ich nawet parzyć herbaty. Karol Estreicher wspominał, że ''obie siostry miały szczególne wykształcenie. Były ostatnimi przedstawicielkami pokolenia kształconego domowym sposobem przez guwernantki, nauczycielki, a potem na kursach przygotowawczych".

Pisząc o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej nie sposób nie opowiedzieć o jej siostrze – były ze sobą wyjątkowo zżyte. Sama Magdalena mawiała, że Lilka była miłością jej życia, choć kłóciły się wiecznie. "(...) o pończochy, o suknie, o drobiazgi – a potem wypominały sobie nawzajem grzechy. Byłem raz świadkiem takiej kłótni i uciekłem przerażony. Lilka z górnych schodów na Kossakówce oblała Madzię przed pójściem na zabawę brudami, aby zepsuć jej wieczór. Za godzinę zjawiły się w największej zgodzie na dancingu w Esplanadzie, wyglądając piękniej niż zwykle", opowiadał Karol Estreicher.

Sama pisze, że na emigracji spotyka ją kara za lekkie życie przed wojną. Jest samotna. Tęskni za bliskimi i martwi się ich losem. Żyje w męskim, szowinistycznym środowisku, w którym, jak twierdzi, kobieta sprowadzona jest do roli "materaca, erotycznej poduszki". Najgorzej znosi towarzystwo "Polactwa": "Rano o 10.30 obudził mnie polski głos, głos w moim małym radiu Lutin z Lyonu przywiezionym, które zapaliłam w nadziei usłyszenia czegoś ciekawego. (…) I chce mi się 'rzygać' i dziękuje naszemu radiu za wszystkie jego wysiłki i trudy. Więcej nie czytam polskich gazetek wstrętnych (patriotyczna odmiana dawnego 'Detektywa', tym gorsze, że codzienne). Nie słucham radia: 'Tu mówi Lą-dyn', i tak samo nie biorę do ręki 'Mośków' ["Wiadomości literackie" - przyp. red.] z ich lotniczymi impresjami i unikam rozmów z rodakami i rodaczkami”, pisze w 1942 roku. Czuje, że się starzeje.

"To" się wstrzymało, cerę mam piękną i ubieram się jak najładniej, aby nie być szarą osobą w poczekalni lekarza. Kładę suknię ceglastego koloru, kapelusz granatowy z wstążkami koloru sukni i woalkę rudą, artystycznie zawiązaną, nowe wysokie buty ciepłe, z lakierem, czarne jedwabne pończochy i nowe futro z oposów, miękkie jak puch.
