Ogórkiem na Open'era, cz.2

Fot. Witek Orski
Masaż na kaca. Diabelski młyn. Owoce w czekoladzie. Kałuże błota. Teatr Warlikowskiego. Sceny we wszystkich rozmiarach. Open'er to metropolia, wesołe miasteczko, cyrk, ghost town i bazar jednocześnie.


Open'er to labirynt. Mapka, którą dostaje się wraz z opaską, a która ma prowadzić po terenie festiwalu, nie przydaje się kompletnie do niczego – wygląda, jakby ktoś rysował ją w lustrzanym odbiciu, a odległości są myląco zaznaczone. To, co uderza od razu, to mnogość punktów i różnorodność oznaczeń, która sprawia, że przypomina dawną zeszytową grę w kropki.

Open'er to już miasteczko – z rynkiem, infrastrukturą, dzielnicami o swoistym charakterze, korkami, placami, skwerami, małymi kafejkami i wielkimi klubami, a nawet teatrem. Sceny organizują przestrzeń miasteczka i skupiają jego dźwięki. Miasteczko to ma również w sobie coś z cyrku. Scena namiotowa przypomina cyrkowy namiot, kolorowe budki z łakociami kuszą słodkimi barwami spragnionych ekscesów festiwalowiczów, którzy zamieniają się w dzieci i fascynują się absolutnie wszystkim, co słodkie, kolorowe i niezdrowe. Na tle nieba odcina się diabelski młyn – sponsoruje go Lucky Strike, który sprzedaje bilety na przejażdżkę za paczki papierosów. Z góry można obejrzeć cały teren festiwalu, który wygląda z wysoka jak skrzyżowanie przedmieścia z targami EXPO.

Z bliska za to wszystko wydaje się wręcz barokowe. Muzyka wydaje się zaledwie dodatkiem do rozlicznych przybytków konsumpcji wszelakiej, które tłoczą się na terenie festiwalu, a każde zachęca innym sloganem, obietnicą innej przygody, innej pamiątki, innego przysmaku. Jest nawet masaż na kaca. Są owoce w czekoladzie, które w tym roku zrobiły prawdziwą furorę. Jest sushi. Jest tajskie. Jest indyjskie. Są wszystkie polskie regionalne dania. Są ciuchy w ilościach porównywalnych z niemałym bazarem, a wszystkie kuszą, czy to ulubionym zespołem wydrukowanym na bawełnie, czy to ekologiczną produkcją, czy to niepowtarzalnym wzorem. Jest coś dla każdej subkultury, dla każdego hipstera, a szczególnie dla takiego, który nie lubi się do tego przyznawać. Na Fashion Stage odbywają się pokazy mody, a przed namiotem ludzie wcinają kebaby. Kawałek dalej ktoś elegancko skupie sashimi.


Tłum zjada, pije, patrzy, ocenia, kłębi się bez ładu i składu, czasem tylko, przed koncertem i po, poruszy się w jedną stronę, jak fala, porzucając w pędzie niedojedzone przysmaki i niedopite piwa. Uliczki Open'era usłane są śmieciami, które wysypują się z worków, wyglądających raczej jak surrealna dekoracja, niż przedmioty obdarzone jakąś funkcją.


Usiadłyśmy z koleżanką przy słupie ogłoszeniowym na jednym ze skwerków i czekając na koncert The Kills postanowiłyśmy zrobić eksperyment – nastawiłyśmy stoper na 5 minut i liczyłyśmy, ilu ładnych mężczyzn i ile ładnych kobiet zobaczymy przez ten czas. Wyszło nam 3 chłopaków i 8 dziewczyn – średnia krajowa. Co cieszy – większość była na dodatek świetnie ubrana.


W tym sezonie nie trzeba było się na Open'era stroić – osób, które przesadziły z poziomem glamouru było naprawdę niewiele, nie było też dużo festiwalowych freaków, którzy przebierają się w spódnice baletnic, zakładają maski zwierząt, futrzane uszka i malują sobie twarze. Jedyne dziwactwo, które się wczoraj odbywało, to masowe odrywanie naklejek z toalet i naklejanie napisu TOI TOI na wszelakie części garderoby. Trend tego roku to kolorowe włosy – począwszy od sceny, aż po kolejkę po frytki. Różowe końcówki miała Allison Mossheart z The Kills, wszelkie odcienie różu miały na głowach dziewczyny w wieku od nastu do 40 lat. W tym roku nie było piór we włosach, wróciły rave’owe kolory i nonszalancki wdzięk. Styl a la Dita von Teese na Glastonbury zdecydowanie w odwrocie.

Allison Mossheart zresztą mogłaby służyć za wzór tegorocznej mody festiwalowej: mocne skórzane buty, czarne lajkry, lekka sukienka, na szyi ciężki wisior, z ramion spływa miękka błyszcząca marynarka. Jeśli ktoś ma wątpliwości, jak powinna wyglądać, poruszać się i patrzeć gwiazda rocka, polecam obejrzenie jej zdjęć z koncertu. The Kills to wręcz rock’n’rollowa pornografia. Wszystko u nich jest ikoniczne, idealnie w konwencji, od czubka głowy, aż po palce stóp. Wyreżyserowany, a jednak wciąż spontaniczny spektakl, świeży, chociaż praktykowany już od dekady. Perfekcyjnie trafiający z przekazem do serca i między nogi.

Po ostatnim koncercie teren Open'era zaczyna powoli pustoszeć i wtedy z metropolii pełnej atrakcji, przemienia się powoli w coraz bardziej opustoszałe miasto duchów albo opuszczone wesołe miasteczko. Słychać nieskoordynowane śpiewy tańczących na silent disco. Po trawie czołga się mgła i zjada po kolei wszystkie elementy openerowej architektury. Widać tylko ciemne sylwetki ludzi śpieszące do autobusu, na tle mlecznej zawiesiny otulonej światłem latarni. Kolorowa rzeźba-totem Maurycego Gomulickiego majaczy na pustej przestrzeni, wynurza się z mgły niczym prezent od jakiejś pozaziemskiej cywilizacji albo jedna z instalacji na amerykańskim festiwalu Burning Man. Wracamy do naszego samochodu i zaczynamy przedzierać się przez mgłę. Nie jest łatwo. Zakopujemy się w błocie i tylko dzięki pomocy obsługi parkingu udaje nam się wytoczyć go w błotnej kąpieli. Mamy całe spodnie w błocie – wyglądają jak dżinsy ze Stadionu, kupione w latach 90, jest na nich bardzo dekoracyjna skorupa, która wygląda jak pseudo miedziane czy złote wzory z tamtej epoki. Jedziemy lasem z powrotem do Gdańska, gdzie mieszkamy, patrząc, jak świta. Jesteśmy zmęczeni, pijani i absolutnie szczęśliwi. W końcu kilka godzin temu słyszeliśmy na żywo „Love will tear us apart”.