
Ta sytuacja potwierdza najgorsze stereotypy dotyczące znieczulicy dyspozytorów pogotowia ratunkowego. Kobieta podczas spaceru z córką w Krakowie poczuła się bardzo źle i wezwała pogotowie. Niestety, dyspozytorka poleciła jej iść pieszo do szpitala.
REKLAMA
Pani Magdalena chciała odwiedzić teściową wraz z 12-letnią córką. Podczas spaceru zasłabła. Próbowali pomóc jej przechodnie, których poinformowała, że cierpi na rzadki rodzaj choroby, który powoduje śmiertelnie niebezpieczne zakrzepy krwi. Przechodnie próbowali wezwać pogotowie, ale dyspozytorka miała powiedzieć, że skoro kobieta znajduje się blisko szpitala, to może dojść do niego pieszo.
Na kolejny telefon pogotowie także nie zareagowało, karetka została wysłana dopiero, gdy do szpitala zadzwonił jeden z policjantów. Szpital w Krakowie twierdzi jednak, że wysłał karetkę na minutę przed telefonem od policji.
Ratownicy mieli zlekceważyć informacje rodziny kobiety o jej rzadkiej chorobie. Twierdzili, że kobieta ma nerwicę i podali jej środki uspokajające. W medycznej dokumentacji można przeczytać, że miała dobrą wydolność krążeniową i oddechową. W karcie nie wspomniano o jej chorobie, ratownicy nie wykonali EKG. Ratownicy stwierdzili, że kobieta powinna wrócić z mężem (dotarł do niej szybciej niż pogotowie) do domu. Po jego naciskach lekarze stwierdzili, że zawiozą kobietę do szpitala. Udało się to zrobić dopiero półtorej godziny po jej zasłabnięciu.
W szpitalu jednak musiała poczekać na swoją kolejkę, bo ratownicy nie poinformowali o jej rzadkiej chorobie, a lekarz dostał informację, że kobieta ma nerwicę. Zajęto się nią dopiero wtedy, gdy przestała oddychać. Reanimowano ją pięciokrotnie, przez kolejne trzy dni walczyła o życie. Na szczęście udało się ją uratować. Lekarze mówią, że to cud.
Prokuratura wszczęła już śledztwo o nieumyślne narażenie na utratę życia lub spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Śledczy przez trzy lata gromadzili dokumentację medyczną oraz opinie biegłych. Proces sądowy rozpocznie się w połowie listopada.
źródło: "Gazeta Krakowska"
źródło: "Gazeta Krakowska"