Lata lecą, moda mija, a oni dalej się wyróżniają. Wśród nas jest wiele osób, które nie wyrosły z subkultur muzycznych

Subkultury młodzieżowe, jak sama nazwa mówi, dotyczą osób młodych osób. Niektórzy jednak nie zamierzają zmieniać stylu ubierania się.
Subkultury młodzieżowe, jak sama nazwa mówi, dotyczą osób młodych osób. Niektórzy jednak nie zamierzają zmieniać stylu ubierania się. Fot. Tomasz Fritz / Agencja Gazeta / Pixabay
Subkultury nieodłącznie wiążą się z muzyką... i młodością. Z wiekiem bunt i potrzeba przynależności do pewnej grupy, ustępuje miejsca dorosłej codzienności - "bo tak nie wypada". Skórzane kurtki z ćwiekami wieszamy na kołku, a z szafy wyciągamy marynarkę. Deskorolkę odkładamy na półkę, a w rękach trzymamy uchwyt wózka dziecięcego. Są jednak osoby, które na przekór wszystkiemu, łączą te dwa światy.


Nie tak łatwo jest znaleźć "wiekową" osobę związaną z popularną subkulturą. U większości to przechodzi z czasem - zwłaszcza wtedy, gdy się ma już trójkę z przodu. Czasem też po prostu trend przemija - tak było w przypadku niezwykle popularnej kilka lat temu mody emo. Niemniej jednak, nadal na ulicy możemy spotkać wiele osób, które wyróżniają się z tłumu. To nie są osoby, które przebierają się od święta tj. na imprezę, ale po prostu mają taki styl cały rok. Od razu nasuwa się pytanie: dlaczego?
Depeszowiec
Robert, 41 lat, prowadzi własną działalność

"Stało się to w styczniu lub lutym 1991 roku na zimowisku w górach. Już od jakichś dwóch lat zwracałem uwagę na muzykę Depeche Mode, ale na obozie był starszy ode mnie maniak tego zespołu, popuszczał trochę kaset i kupił na wycieczce VHS-y z koncertami i odpłynąłem... Po powrocie wykupiłem wszystkie kasety i słuchałem ich chronologicznie: od pierwszej wydanej po najnowszą - co mi dużo pomogło zrozumieć ich historię zespołu i nagrań."

Depeszowcy to subkultura wyjątkowa, bo przypomina... kiboli-pacyfistów. Jest związana tylko z jednym zespołem: Depeche Mode i jest bardzo liczna w naszym kraju. Co się stanie jak się rozpadnie? – Będziemy jeszcze bardziej "oddani" sprawie – śmieje się Robert.


– Dlaczego nie wyrosłem? To dobre pytanie. Po prostu podoba mi się taki styl bycia, a nawet życia. Według mnie członkowie Depeche Mode mają świetny gust co do ubioru, a kiedyś co do fryzur. Zawsze mi imponował ich wygląd oraz styl uprawianej muzyki. Do tego dochodzi ciągły kontakt z miłośnikami zespołu i robienie dla nich imprez, nie wypada najnormalniej w świecie wyglądać "normalnie" przy nich – tłumaczy.


Depeszowca czasem trudno odróżnić od np. metalowca, który słucha zupełnie innej muzyki. Ogólnie panuje moda na ubieranie się na czarno i style się zacierają. Depesze wyróżniają się przede wszystkim krótką, nażelowaną fryzurą. – Noszę na ogół czarne stroje i fryzurę "na kwadrat", ale w obecnych czasach nie trzeba być depeszowcem żeby też tak wyglądać. Również samo bycie zagorzałym fanem Depeche Mode w niczym mnie, ani moim bliskim nie przeszkadza – zapewnia Robert.
EMO
Iza, 23 lata, graphic designer

"Zainteresowałam się tą subkulturą, gdy byłam nastolatką. Ukształtowała mój charakter i osobowość - dlatego nie wyrosłam. Dzięki temu dziś jestem tu, gdzie jestem i mam wielu przyjaciół.
Teraz też interesuję się odradzającym się klimatem rave (podziemne imprezy z muzyką elektroniczną - red.) choć te dwie subkultury są skrajnie różne, często spotykam ludzi, którzy przeszli podobną drogę co ja - od smutnego emo czy metalowca do euforycznego wixapolowicza kochającego życie."

Prawdziwych emo już nie ma - bardzo szybko skończyła się moda. Prędzej zauważymy na ulicy hippisa niż kogoś z czarną grzywką, w rurkach i trampach w szachownicę. – W okolicach 2008 roku wizerunek emo, choć mroczny, był bardzo krzykliwy. Natapirowane czarne włosy, grzywki, czarna kredka na powiece, mroczne ubrania z ćwiekami i czaszkami. Do tego jeszcze koniecznie kolczyk w wardze. Dziś taki wygląd by już raczej nie przeszedł i ludzie (w tym ja) zostają po prostu przy czarnych ubraniach i tatuażach – mówi Iza. To bardzo młoda i krótko "żyjąca" subkultura, która raczej już nie powróci pod względem ubioru. Jednak smutni ludzie byli, są i będą.


Iza zaczęła się ubierać jak emo mając zaledwie 13 lat. – Przechodziłam w życiu bardzo trudny okres - brak akceptacji rówieśników w szkole, dzieciaki były wredne, więc uciekłam do Internetu i tak odkryłam coś, z czym mogłam się identyfikować. Za tym poszło odkrywanie muzyki screamo, stylu ubierania się, poznawanie nowych ludzi. Dodało mi to pewności siebie, poczułam, że gdzieś jednak pasuję – dodaje.

– Przynależność do subkultury nie utrudnia mi życia między innymi dlatego, że branża kreatywna, w której pracuję jest szczególnie otwarta na ludzi o wyróżniającym się wyglądzie i charakterze – mówi Iza. Dużo członków subkultur pozostaje indywidualistami i zakłada własną firmę.
Gotka
Magdalena, 27 lat, weryfikator treści w międzynarodowej korporacji

"Zaczęło się od fascynacji cięższym brzmieniem - miałam wtedy ok. 12 lat. Jednak był to etap, w którym obwieszałam się tonami żelastwa: w imię zasady "im więcej tym lepiej"). Po jakimś czasie zaczęło docierać do mnie, że "w sumie to jestem kobietą i nie głupio by było zacząć się tak ubierać".
Wtedy z kolei przyszedł czas na spódnice i sukienki, falbanki, koronki, gorsety i buty na wysokich platformach. Na przestrzeni tych wszystkich lat zarówno miłość do muzyki jak i sposób w jaki się ubieram ewoluował znacznie.
Ubrania w stylu gotyckim zaczęły być łatwiej dostępne, więc i prościej było rozwijać swój styl w tym kierunku. I tak już zwyczajnie zostało."

Goci groźnie wyglądają, są kojarzeni z satanizmem i pożeraniem kotów, ale to tylko zmyślone stereotypy. – Styl gotycki ma tyle odłamów, że wrzucenie tego wszystkiego do jednego wora, byłoby po prostu niesprawiedliwe. Dla jednych charakterystyczny będzie blady makijaż i wiktoriańskie suknie. Dla kogo innego kolorowe cyber-loki i gorset z lateksu. Jeszcze inny może powiedzieć, że pastelowa falbaniasta sukienka i wielka kokarda we włosach. Nie da się tego jednoznacznie określić – wylicza Magda.

Mroczni fani stylu gotyckiego a la filmy Tima Burtona czy zespołu The Cure wyróżniają się z tłumu. Od metali różnią się większą frywolnością w ubiorze. – Ludzie reagują różnie - jedni potrafią być zafascynowani butami na wysokiej platformie, inni z kolei rzucają krzywe spojrzenia i niemiłe komentarze widząc "obrożę" na szyi. Wszystko zależy od tego na kogo się natrafi – mówi 27-latka. – Nie potrafię z tego wyrosnąć - jest to część mnie. Identyfikuję się z tym ubiorem i nie potrafię z niego zrezygnować "bo tak", albo "bo komuś się nie podoba". Myślę, że gdybym nagle przestała ubierać się jak dotychczas, to nie tylko ja poczułabym się niekomfortowo, ale również ludzie którzy do tego przywykli.
Hiphopowiec
Tymek, 27 lat, copywriter

"Widzisz, ja sam siebie nie odbieram za członka subkultury. Na przestrzeni ostatnich lat, częściej słyszałem, że jestem pospolitym... hipsterem. Słyszałem w życiu kilka razy pozdrowienia w stylu "joł, elo" i machanie łapą od znajomych, którzy z hip-hopem niewiele mieli do czynienia. Albo "no weź, zarapuj coś". Nie jestem raperem, nie jestem Małpą.
Ale patrząc też z drugiej strony - ludzie dorośli, na których trafiam czy na imprezach, czy poznaję zawodowo, bardzo mocno szanują, może nie przynależność, ale bliskość jakiejś subkultury w tym wieku, bo wiedzą, że to swojego rodzaju pasja. A wiadomo, łobuz i pasjonat kocha mocniej."

Tymek nie przyznaje się otwarcie do bycia hiphopowcem. Zresztą czy można nim być nie rapując, czy nie malując graffiti? Ubiór się zgadza - z nieodłączną czapką z daszkiem na czele (a raczej czole). – Z mojej perspektywy wyrosłem z hip-hopu. Już nie sprawdzam wszystkiego, chociaż jakoś trzymam rękę na pulsie, bo znajomi, bo ciekawość. Na koncerty zdarza mi się chodzić, ale raczej znajomych albo zagranicznych artystów. Poza tym, jak mając 27 lat nadal miałbym być „stereotypowym hiphopowcem? O to można spytać Tedego i Hirka Wronę – żartuje mój rozmówca. W sklepach króluje moda hip-hopowa, bo i cała subkultura wciąż ma się dobrze i nawet na chwilę nie została zapomniana. Ba! Już dawno weszła na salony.

Wejście do danej subkultury jest naturalne. To jak z ziarnem rzucanym na pewien grunt. – Wydaje mi się, że to się wiąże z tym, jakiej muzyki słuchasz najwięcej w tak zwanym okresie dojrzewania. To może wynikać z własnych poszukiwań albo tego co podsuną ci ziomeczki. Słuchasz sobie dużo rapu, chodzisz na koncerty, poznajesz ludzi, spędzasz z nimi czas - naturalnie kolej rzeczy. W szczególności, że w tym tak zwanym okresie dojrzewania, szukasz jakiejś akceptacji, szukasz grup, które dzielą z tobą podobne pasje – wyjaśnia. – Moja historia nie była specjalnie różna, chociaż u mnie to już się działo w okresie łatwiejszego dostępu internetu, więc też jakoś się kontaktowałem z dzieciakami współdzielącymi moje zajawki.
Metalowiec
Remigiusz, 37 lat, przedsiębiorca

"Kiedyś ludzie, którzy mnie nie znali, uważali, że jestem niedojrzały czy infantylny - było to na etapie, kiedy sami porzucali młodzieńcze ideały i mieli straszne parcie na udowadnianie wszystkim wkoło swojej dorosłości. Miałem jednak w życiu na tyle silną pozycję, że nie musiałem się tym w ogóle przejmować.
Zdarza się to już coraz rzadziej, bo społeczeństwo oswoiło się z różnymi modami - nie robią na nich aż takiego wrażenia. W chwili obecnej jestem traktowany raczej jako ekscentryk.
Inaczej było w czasach młodości, w latach 90-tych - wówczas naprawdę spotykałem się z murem wrogości, w szkole, na ulicy, a nawet w domu. Na osiedlu było nas trzech. Wyjście po bułki do sklepu to zawsze były zaczepki, pyskówki, czasami mordobicie. Nie były to lekkie czasy dla odmieńców."

Wielbiciela ciężkich brzmień przestawiać nie trzeba. To subkultura, która się nie starzeje i wciąż jest żywa w naszym społeczeństwie - wystarczy przejechać się na festiwal Woodstock, by zobaczyć tam prawdziwe dinozaury metalu. – Wyrosłem z wielu innych rzeczy, z wiekiem nabrałem doświadczenia i uświadomiłem sobie, że świat jest bardziej skomplikowany, niż mi się wydawało... ale to nie powód, żebym porzucał swoje ideały czy przestawał słuchać muzyki, którą lubię – przyznaje 37-latek, który wsiąkł w subkulturę w ramach buntu w latach 90-tych.

– Podoba mi się ten styl, mam wiele wspomnień, a skoro nie muszę go zmieniać, to po co miałbym to robić? Dawniej ludzie, którzy dali się zaszczuć i ulegli presji otoczenia - najgłośniej się odcinali. Odnosiłem (i wciąż odnoszę) wrażenie, że było im po prostu wstyd, że stchórzyli i się zaprzedali. Teraz dla młodych to oznacza zupełnie co innego, to przestało być stylem życia, a stało się trendem młodzieżowym. rozstanie przychodzi dużo łatwiej – mówi Remigiusz, który przywiązał się do bycia metalem, również ze względu na to, że ciągle walczył o swoją "odmienność".
Punk
Wiktor, 46 lat, muzyk i promotor

"Bycie punkiem to nie żadne "członkostwo" (śmiech). Kiedyś był taki punkowy żart, podchodziło się do początkującego załoganta:
- Jesteś punkiem? To pokaż legitymację!
Ok, jestem punkiem i od samego początku, zdawałem sobie sprawę że nie będzie mi to ułatwiało życia. Uzmysławiano mi to non stop, od uprzejmych "rozmów uświadamiających" do częstych prób "fizycznego upomnienia".
Jestem jaki jestem, nigdy nie udawałem nikogo innego. Być może na egzaminach na studiach musiałem być lepszy, gdzie indziej także starałem się bardziej niż inni. Nie zrobiło mi to źle. Nie poddawałem się pomimo przeciwności. Dostawałem kopy, ale nigdy bym tego nie zmienił."

– Gdy miałem 10-11 lat, na początku lat 80., niemal każdy młody człowiek, choć trochę otwarty, otarł się o punk i nową estetykę tego typu. To był błysk! Energia! Bunt! Super muzyka, wygląd i power! Tego szuka, w sumie każdy dzieciak. Ja znalazłem w tym więcej, własną auto ekspresję, pokrewną mojemu charakterowi. Tysiące inspiracji, bogactwo nurtów, obrazy, dźwięki, projekty, akcje. Setki sposobów na aktywne życie, twórczość – tłumaczy Wiktor.

Wiktor to jeden z najstarszych, aktywnie działających punkowców w Polsce. – Nie mógłbym wyrosnąć z punku, bo nie modę wyrosnąć z siebie. Punk to nie zestaw skostniałych schematów, tak więc to wszystko zmieniało się wraz ze mną. Zawsze sam sobie wymyślałem swój punk, ni e musiałem się trzymać żadnego "dekalogu". Wraz z przyjaciółmi robiliśmy to po swojemu. Od zawsze słyszę, że punk is dead. Punk ewoluuje, nigdy nie był taki sam jak wczoraj – tłumaczy 46-latek, który nadal organizuje punkowe wydarzenia oraz śpiewa w punkowym zespole Jude.
Rastamanka
Magdalena, 33 lata, dietetyk

"Społeczeństwo ma problem z innością - oczywiście że jest mi trudniej. Chociażby wchodząc na zebranie szkolne do swoich dzieci. Ludzie patrzą przez pryzmat wyglądu i często muszę udowadniać zachowaniem, że jestem odpowiedzialna i dorosła mimo dredów i kolorów rasta. Łatwiej jest w pracy, szczególnie tej w której wymaga się kreatywności. Na rozmowie kwalifikacyjnej mam plus na wejściu."

Umiłowanie do całego świata, zwierząt, ludzi, roślin, oraz muzyki reggae. No i oczywiście dredy. Bycie rastamanem nie wiąże się tylko z samym wyglądem, ale całą filozofią - to tacy współcześni hippisi. – Myślę że w dzisiejszych czasach nie ma już jednoznaczności w tym że ktoś ma dredy to na bank jest rasta. W wyglądzie staram się zachować umiar i nie pozwalam sobie na wyuzdany strój z szacunku do siebie i swojego męża – mówi Magda.

Mąż, dzieci, praca. Nie przeszkadza to jednak w byciu rasta. – Nie wyrosłam, bo nie chciałam. Wręcz z roku na rok umacniam się w przekonaniu, że to słuszna i jedyna droga dla mnie i mojego wewnętrznego rozwoju. Zarówno wyglądem jak i świadectwem swojego życia sprzeciwiam się ślepej drodze konsumpcji i braku poszanowania dla życia jako daru danego nam od Jah (skrót od Jahwe, boga rastafarian - red.) – dodaje.

A wszystko zaczęło się oczywiście od muzyki. Magda poznała reggae dzięki rodzeństwu. – Kiedy moi rówieśnicy słuchali pierwszych popowych hitów, ja słuchałam Daabu, Bakszyszu, Boba Marleya, Alpha Blondy. Mało tego - byłam z nich przepytywana. Musiałam rozumieć oraz przemyśleć teksty. Inaczej dostawałam od sióstr po głowie – śmieje się obecnie 33-letnia rastamanka i pozdrawia hasłem: one love!
Skejt
Michał, 34 lata, informatyk
Skejci różnią się od hiphopowców praktycznie tylko słuchaną muzyką i tym, że jedni uprawiają sporty ekstremalne, a drudzy rapują pod blokiem. Oba style ubierania są wciąż na topie w Polsce. – Problemy przez stylówkę to miałem w młodości, gdy ganiali nas skini i wyzywali od "brudasów". Szerokie spodnie były też krytykowane przez osoby starsze. Mówili, że "ziemniaki można tam nosić" – wspomina ze śmiechem Michał. – Teraz każdy ma wszystko gdzieś. Teraz też tak chodzę ubrany do pracy, ale przez to, że jest dobry w tym co robię, to nikt się nie czepia. Jednak jak trzeba, to też się umiem elegancko ubrać, w garnitur i te sprawy. Trzeba zachować zdrowy rozsądek.

– Ubieram się tak jak jest mi wygodnie. Nie lubię chodzić po sklepach i wybierać modnych obecnie ciuchów, a ten styl zawsze mi pasował – mówi. – Pierwsze lenary kupiłem w podstawówce. Były oczywiście bordowe. Szerokie spodnie są wygodne, ale miały też zastosowanie przy jeździe na desce czy rolkach, bo pierwsze była większa swoboda w przegubach, a po drugie: jak się upadało na rurkę, to zawsze można było naciągnąć kolana i to amortyzowało przed ciosem w krocze (śmiech) – Michał dodaje na koniec, że za skejtami nie stała żadna większa ideologia, ale praktyczność ubioru. Dlatego swego luźnego pewnie długo nie porzuci.