
Świat tych, którzy twierdzą, że Polacy nie muszą przejmować się unijnymi karami, dzieli się na dwie grupy. Jedni są przekonani, iż Unia Europejska może Polsce nadmuchać, bo sparaliżuje ją Viktor Orban. Ci, którzy Węgra znają trochę lepiej wiedzą, że może on zafundować PiS kolejne 27:1, ale podkreślają, iż stawką w całej tej grze jest "tylko" utrata głosu w Radzie Europejskiej. Czy rzeczywiście zwykli Polacy mogą więc spać spokojnie?
REKLAMA
Sankcje, czyli co?
O tym, że w środę Komisja Europejska uruchomiła wobec Polski mechanizm z art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej mówi się już naprawdę na całym świecie. Mówi się o tym, iż to decyzja bezprecedensowa w historii UE i że Polaków czekają kłopoty. W większości doniesień na ten temat próżno jednak szukać konkretnej odpowiedzi na pytanie o to, jak za decyzje "dobrej zmiany" Polska miałaby zostać ukarana.
O tym, że w środę Komisja Europejska uruchomiła wobec Polski mechanizm z art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej mówi się już naprawdę na całym świecie. Mówi się o tym, iż to decyzja bezprecedensowa w historii UE i że Polaków czekają kłopoty. W większości doniesień na ten temat próżno jednak szukać konkretnej odpowiedzi na pytanie o to, jak za decyzje "dobrej zmiany" Polska miałaby zostać ukarana.
Co zatem o konkretach mówi słynny art. 7 TUE? Jedyną wprost wymienioną karą dla państwa, w którym stwierdzono poważne i stałe naruszenie podstawowych wartości UE (są to: poszanowanie godności osoby ludzkiej, wolność, demokracja, równość, państwo prawne, poszanowanie praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości, pluralizm, niedyskryminacja, tolerancja, sprawiedliwość, solidarność oraz równość kobiet i mężczyzn) jest zawieszenie prawa do głosowania przedstawiciela rządu w Radzie Europejskiej.
Dlatego wielu twierdzi, że Polacy nie mają się czym przejmować. Przekonują, że jeśli nawet RE jednomyślnie zagłosuje za stwierdzeniem naruszenia unijnych wartości nad Wisłą, to rzuci się z motyką na Słońce. Wszakże, jakie wrażenie na rządzie Prawa i Sprawiedliwości zrobi utrata głosu w Radzie? Właściwie jeden kłopot mniej dla Mateusza Morawieckiego, któremu szczyty w Brukseli już nie będą kolidowały ze spotkaniami opłatkowymi na Nowogrodzkiej.
A co ma z tym wspólnego zwykły Kowalski, który trzyma się z dala od "szaleństwa brukselskich elit"? Dla zwykłego rolnika ważne jest tylko tylko, by dopłaty były na czas. Dla zwykłego przedsiębiorcy ważne, by szybko rozliczano unijne projekty. Dla zwykłego pracownika ważne, by mógł swobodnie osiedlić się na Zachodzie, gdy w ojczyźnie nie ma pracy lub płacy dla ludzi z jego wykształceniem. W obozie "dobrej zmiany" twierdzą więc, że w interesy wszystkich tych zwykłych Polaków nic nie uderzy. Jednak w ten sposób zaklinają rzeczywistość, a może po prostu kłamią.
Przeczytaj dobrze artykuł 7
Owszem, w art. 7 TUE wprost wymieniono tylko karę w postaci utraty głosu na unijnych szczytach, ale wcześniej artykuł ten wspomina o czymś ważniejszym. "Rada (...) może zdecydować o zawieszeniu niektórych praw wynikających ze stosowania Traktatów" – czytamy. Już rozumiecie? Tak, de facto unijni przywódcy mogą ukarać Polskę znacznie dotkliwiej niż zawieszeniem prawa do głosu w RE. I do tego nie potrzeba będzie już nawet jednomyślności, bo o wymiarze kary decyduje się już większością kwalifikowaną. Mówiąc wprost, wszystko może zależeć od widzimisię Angeli Merkel, Emmenuela Macrona i kilku ich wiernych sojuszników z tzw. starej UE.
Owszem, w art. 7 TUE wprost wymieniono tylko karę w postaci utraty głosu na unijnych szczytach, ale wcześniej artykuł ten wspomina o czymś ważniejszym. "Rada (...) może zdecydować o zawieszeniu niektórych praw wynikających ze stosowania Traktatów" – czytamy. Już rozumiecie? Tak, de facto unijni przywódcy mogą ukarać Polskę znacznie dotkliwiej niż zawieszeniem prawa do głosu w RE. I do tego nie potrzeba będzie już nawet jednomyślności, bo o wymiarze kary decyduje się już większością kwalifikowaną. Mówiąc wprost, wszystko może zależeć od widzimisię Angeli Merkel, Emmenuela Macrona i kilku ich wiernych sojuszników z tzw. starej UE.
Z niemieckich i francuskich mediów między słowami można już wyczytać, o czym myśli Zachód. W kontekście kłopotów z praworządnością w Polsce coraz częściej zaczyna się wymieniać hasło "jednolity rynek". "Komisja Europejska wyraźnie zaznaczyła, że zagrożone jest również członkostwo Polski w jednolitym rynku europejskim. Bo nawet to działa tylko w państwie praworządnym" – alarmował w środę niemiecki publicysta Bernd Riegert. A jednolity rynek – choć brzmi na pojęcie interesujące tylko przedsiębiorców – jest tak naprawdę wszystkim tym, co Polakom w UE podoba się najbardziej.
Jednolity rynek UE to swobodny przepływ ludzi, towarów, usług i pieniędzy. Jeżeli "zawieszenie niektórych praw wynikających ze stosowania Traktatów" będzie dotyczyło także tej kwestii, odczuje to absolutnie każdy Polak. W kłopotach swojej firmy, w zwolnieniach z tych kłopotów wynikających, czy w drastycznych podwyżkach cen będących następstwem powrotu reguł handlowej gry sprzed 2004 roku. Ograniczenie Polsce prawa do swobodnego przepływu osób pod znakiem zapytania postawiłoby też sytuację polskich imigrantów w państwach UE. I mogłoby pokrzyżować plany tym Polakom, którzy doszliby do wniosku, że jednak wolą żyć w jakimś państwie korzystającym z pełni europejskich praw.
Kwestia czasu
Na pocieszenie trzeba jednak podkreślić, iż tych konsekwencji w Polsce nie da się odczuć szybko. Co najmniej kilka miesięcy minie do czasu, aż sprawa praworządności w Polsce stanie na Radzie Europejskiej. Sporo czasu unijne instytucje muszą dać sobie jeszcze na dialog z Warszawą. A jeśli ostatecznie dojdzie do stwierdzenia poważnego i stałego naruszenie podstawowych unijnych wartości, nie wszystkie kłopoty zwalą się Polakom na głowy z dnia na dzień. Nieprawdą jest jednak, że żadnych obaw mieć nie trzeba. Jeśli rząd konsekwentnie będzie dążył do pogłębienia konfliktu z UE, zwykłym Polakom w końcu przyjdzie za to zapłacić.
Na pocieszenie trzeba jednak podkreślić, iż tych konsekwencji w Polsce nie da się odczuć szybko. Co najmniej kilka miesięcy minie do czasu, aż sprawa praworządności w Polsce stanie na Radzie Europejskiej. Sporo czasu unijne instytucje muszą dać sobie jeszcze na dialog z Warszawą. A jeśli ostatecznie dojdzie do stwierdzenia poważnego i stałego naruszenie podstawowych unijnych wartości, nie wszystkie kłopoty zwalą się Polakom na głowy z dnia na dzień. Nieprawdą jest jednak, że żadnych obaw mieć nie trzeba. Jeśli rząd konsekwentnie będzie dążył do pogłębienia konfliktu z UE, zwykłym Polakom w końcu przyjdzie za to zapłacić.
A tyle tylko o tym, jak Polskę ukarać można bezpośrednio "sankcjami". Znacznie łatwiej UE przyjdzie jednak zastosowanie mniej formalnych form nacisku. Takich jak negocjacje w sprawie kolejnej perspektywy budżetowej UE, czy statusu pracowników delegowanych, w których najważniejsi unijni gracze w prosty sposób doprowadzą do przyjęcia rozstrzygnięć, na których Polacy wyjdą najgorzej.
