
Od wieków ubiór stanowi widomy znak pozycji społecznej i ekonomicznej. Od zawsze członkowie frakcji politycznych sygnalizowali swoje poglądy poprzez uniformy i akcesoria. W XX wieku odzież stała się nośnikiem licznych haseł i sloganów. A jak jest z nowoczesną modą? Czy ma ona jeszcze coś do zamanifestowania?
REKLAMA
Liczni komentatorzy rozpisują się z lubością na temat kreacji pierwszych dam. Przy okazji ostatních wyborów prezydenckich we Francji, styl żon kandydatów na najwyższe stanowisko w państwie, stał się niemal sprawą rangi narodowej.
Podobnie w Stanach drobiazgowo analizowane są stroje zarówno Michelle Obamy, jak i jej małżonka. Zresztą środowisko modowe wyraziło swoje poparcie dla przedstawiciela Partii Demokratycznej już podczas wyborów. Za sprawą akcji „Runway to win“, koordynowanej przez samą Annę Wintour, najlepsi amerykańscy projektanci stworzyli gadżety wyborcze dla Obamy. Dochód z ich
sprzedaży zasilił konta sztabu wyborczego pierwszego czarnoskórego prezydenta USA.
sprzedaży zasilił konta sztabu wyborczego pierwszego czarnoskórego prezydenta USA.
Slogany na koszulkach mogą wspierać polityków, mogą jednak być również wyrazem sprzeciwu wobec władzy. Przez cały XX wiek wszystkie kontrkultury zaznaczały swój opór wobec powszechnie obowiązujących reguł właśnie poprzez prowokacyjny dresscode. Szczególnym miejscem był pod tym względem Londyn. To tam rodziły się kolejne subkultury, a co za tym idzie, kolejne trendy. To tam, pod adresem 430 Kings Road, w 1971 roku Vivienne Westwood i Malcolm McLaren otworzyli swój pierwszy butik. Sprzedawali w nim m.in. t-shirty z prowokacyjnymi nadrukami, które kontestowały zastany porządek społeczny, stając się tym samym swoistymi politycznymi deklaracjami.
Moda lubi zataczać koło. W 2012 roku, również w Londynie, który ponownie jest motorem zmian w światowej modzie, pokazana została kolekcja dyplomowa Tigrana Avetisyana, absolwenta studiów licencjackich na Central Saint Martins College of Art and Design. Zaprezentował on sześć sylwetek inspirowanych ochronną odzieżą robotniczą. Za duże płaszcze i kurtki zostały pokryte czarną farbą, na której, niczym kredą na tablicy, zapisane zostały slogany nawiązujące do obecnej sytuacji studentów w Wielkiej Brytanii. Estetyka ta przypomina twórczość Cy’a Twombly’ego. Hasła, które można odczytać na ubraniach, to „NO JOBS“, „graduate 2012 - nothing more to say“ czy “so much pressure”.
Jest to komentarz do ciężkiej doli współczesnej młodzieży – braku pracy po studiach, oraz wzrastającego wskaźnika bezrobocia wśród dwudziestolatków. Kolekcja jest nawiązaniem do nastrojów społecznych panujących wśród młodych wyspiarzy. Wystarczy wspomnieć gwałtowne manifestacje i zamieszki wywołane przez decyzje rządu o podwyżkach czesnego na wyższych uczelniach. Opłaty za studia poszybowały bowiem z pułapu 3 tys. do zawrotnej kwoty 9 tys. funtów rocznie. Tym samym, liczba aplikujących na uniwersytety spadła średnio o 7,7%, a na University for Creative Arts nawet o 29,2%. Trudno się dziwić, w końcu kto chciałby tyle płacić, żeby zostać bezrobotnym? Na całe szczęście akurat Tigranowi Avetisyanowi to raczej nie grozi. Jego kolekcja została uznana za jedną z najlepszych wród tegorocznych absolwentów londyńskich szkół projektowania ubioru. Otrzymał on również stypendium od potentata rynku dóbr luksusowych – koncernu LVMH (Moët Hennessy Louis Vuitton). Ironia losu? Raczej świetny przykład na to, że we współczesnej modzie wielkie zaangażowanie łączy się z wielkim biznesem.
Tigran Avetisyan