
W USA narasta sprzeciw wobec liberalnego podejścia do kwestii posiadania broni. W całym kraju odbyły się setki marszów protestacyjnych przeciwko przemocy z użyciem broni w szkołach. W samym tylko Waszyngtonie przemaszerowało 800 tysięcy ludzi.
Marsz został zorganizowany przez licealistów z Parkland na Florydzie, gdzie w lutym zginęło w szkole 17 osób. Zabójcą okazał się niezrównoważony 19-latek, który strzelał do swoich ofiar z półautomatycznego karabinku szturmowego AR-15.
W wielu stanach USA osobie poniżej 21 roku życia łatwiej jest kupić broń, niż papierosy czy alkohol. Prawo do posiadania broni to jedna z pierwszych poprawek do konstytucji USA, jednak przeciwnicy tych zapisów wskazują na to, że prawo to w XXI wieku jest już anachronizmem. Gdy założyciele USA pisali poprawkę, mieli na myśli muszkiety i pistolety ładowane od strony lufy, z których można było wystrzelić maksymalnie 2-3 razy na minutę. Dziś jeden nastolatek w krótkim czasie może urządzić w szkole masakrę.
Właśnie za ograniczeniem dostępności do broni opowiadali się wczoraj demonstranci, którzy wyszli na ulice amerykańskich miast. Tylko w Waszyngtonie w proteście przeciwko przemocy wzięło udział 800 tysięcy osób, ale podobne manifestacje odbyły się w wielu innych miejscach. Brały w nich udział nie tylko osoby dorosłe, ale też dzieci. Niektóre miały odwagę stanąć na mównicy i wykrzyczeć swój żal po stracie przyjaciół zastrzelonych przez szaleńców. Prezydent Donald Trump, który tego typu wydarzenia zazwyczaj błyskawicznie komentuje na Twitterze, tym razem od wielu godzin nie zabrał głosu.
