
Skarpetki to mały, niepozorny dodatek, który tak naprawdę potrafi "zrobić" całą stylizację. Teraz znowu wracają do łask i na ulicach nie sposób nie zauważyć szalonej skarpetki nieśmiało wyglądającej z wielu par męskich butów. Czy to fajny dodatek, dodający strojowi charakteru czy raczej lekki obciach poziomem dorównujący koszulkom ze śmiesznymi napisami? Okazuje się, że ten mały dodatek ma sporą historię
Historia noszenia kolorowych skarpetek, choć brzmi to dość zabawnie, sięga aż XVI wieku. – Już wtedy tzw. funkcjonowanie koloru na nogach było modne, a męskie pończochy pojawiły się wraz z zaistnieniem krótszych spodni – tłumaczy Zuzanna Żubka-Chmielewska, historyk mody, związany ze szkołą Via Moda. – Łydki musiały być zakryte, ponieważ gołe nogi były uważane za nieeleganckie. Pojawiały się pończochy czerwone, niebieskie, czy żółte, o czym w "Kolacji trzech króli" wspominał sam Szekspir. Druga połowa XVIII wieku to czas uspokojenia się, wytonowania, natomiast w XIX wieku moda odrobinę się ujednoliciła, ale inne kolorowe dodatki zyskały popularność - choćby słynne żółte rękawiczki Słowackiego. Lata 20-ste i 30-ste XX wieku to natomiast moment łączenia skarpet ze spodniami typu pumpy.
Lata 50-te XX wieku to wielki renesans kolorowych skarpetek. Wszystko zaczęło się oczywiście w USA, w których właśnie wtedy narodziła się kultura beatników, będących przedstawicielami ruchu literacko-kulturowego głoszącego m.in. idee swobody twórczej i indywidualizmu. Ich ubiór stawał w opozycji do elegancji i panującego wszędzie konsumpcjonizmu - beatnicy stawiali na luz, a jednym z elementów ich awangardowych stylizacji były właśnie kolorowe skarpetki.
Właśnie młodzież jest najżarliwiej "ciuchowa", skarpetki w kolorowe paski są wśród niej manifestem i uniformem. O takie skarpetki toczą się heroiczne boje z komunistyczną szkołą, z komunistycznymi organizacjami młodzieżowymi, z systemem. Już przed paru laty skarpetki stały się zarzewiem świętej wojny o prawo do własnego smaku, jaką młodzież polska stoczyła z reżymem i którą wygrała. Były to zmagania o sylwetkę znaną na Zachodzie jako jitterbug albo zazou – wąziutkie spodnie, spiętrzona fryzura, tzw.plereza, buty na fantastycznie grubej gumie, tzw. słoninie, kolorowe, bardzo widoczne spod krótkich nogawek skarpety, straszliwie wysoki kołnierzyk koszuli. W Warszawie nazywano chłopców tak ustylizowanych "bikiniarzami", w Krakowie "dżollerami". "Bikiniarz" pochodził od krawatów, na których wyobrażony był wybuch bomby atomowej na atolu Bikini w 1946 roku.
W przeszłości do kolorowych skarpet można było dodać niemałą filozofię. Czy dziś też można nadać im "głębszy sens"? Aktualnie trudno jest przypisać ten barwny dodatek do konkretnej subkultury - wzorzyste skarpety noszą zarówno ludzie, którzy na co dzień nie przykładają wielkiej wagi do ubioru, jak i hipsterzy czy nawet biznesmeni. Oczywiście nie mówimy o skarpetach w sandałach, które od dawna są uważane za obciach, ale o kolorowych i wzorzystych skarpetkach, które wystają np. spod modnych, podwiniętych do kostki spodni lub garnituru.

– Myślę, że kolorowe skarpetki są już w modzie męskiej popularne od dłuższego czasu i wybierane są nawet przez mężczyzn o bardzo konserwatywnym stylu ubierania się – mówi naTemat Kamil Pawelski, autor bloga Ekskluzywny Menel. – Jeżeli chodzi o stroje z kolorowymi skarpetami to najważniejszy jest umiar. Gdy stylizacja jest krzykliwa, lepiej nie dodawać do niej barwnych, wzorzystych skarpet. Jeżeli góra ubrania jest spokojna - jak najbardziej. Skarpetki mogą być tu fajnym kontrapunktem. Czasem im wzór jest dziwniejszy, tym ciekawszy.
