Kiedy u niektórych budzi się troll-cebulak, merytoryka spada i nawet dobry pomysł staje się dobrym celem hejtu...
Kiedy u niektórych budzi się troll-cebulak, merytoryka spada i nawet dobry pomysł staje się dobrym celem hejtu... Fot. maxpixel.net / CC0

"A miało być tak pięknie" – tak można podsumować ostatnią inicjatywę znanej grupy facebookowej "Praca w mediach". Padł pomysł, który poparli jej członkowie, by pracodawcy wraz z ofertami pracy zawsze zamieszczali konkretne widełki cenowe. Niestety administratorzy bardzo szybko pożałowali tej zmiany i... wycofali się z pomysłu. To, co działo się w komentarzach, pokazało, że w Polsce wciąż mamy problem z pieniędzmi. A zwłaszcza z rozmawianiem o nich.

REKLAMA
Starasz się człowieku, robisz grupę, zamieszczasz ogłoszenia, ale nikomu nie dogodzisz. Facebook może być wykorzystywany w różny sposób. Jednym z lepszych pomysłów są tworzone specjalne grupy, takie jak "Praca w mediach", gdzie znaleźć można oferty pracy z szeroko pojętego świata mediów. Nic więc dziwnego, że członkowie grupy, chcieli ją udoskonalić. Jak?
Pojawiła się propozycja, żeby wraz z ofertami pracy, pracodawcy zamieszczali widełki płacowe. Członkowie "Pracy w mediach", potencjalni poszukujący pracy, chcieli dzięki temu zaoszczędzić swój czas na aplikowaniu na ogłoszenia, gdzie nie dostaliby tyle kasy, ile by chcieli. Wyniki głosowania nad tym pomysłem były więcej niż jednoznaczne. Na blisko 800 głosujących zaledwie 17 osób było przeciw. Właściciele grupy agencja brandingowa Nipo.pl, przyznali, że mają w związku z tym mieszane uczucia, ale taka wola ludu. No i poszło.
– Warunek tego był taki, że jeżeli będą znane widełki, to na ogłoszenia będą aplikować i komentować tylko osoby zainteresowane – mówi naTemat Tomasz Banasik, administrator grupy.
To były pobożne nadzieje, bo sielanka skończyła się szybciej niż się zaczęła. – Tymczasem zrobiło się tak, że wszyscy komentowali wszystko i zrobiło się straszne trollowanie każdego posta. Wiele osób wypowiadało się w sposób wysoce niekulturalny. Rzeczywiście, pomysł wprowadzenia widełek płacowych był praktyczny, poza faktem, że bardzo zmniejszyła się ilość ofert pracy, bo pracodawcy niekoniecznie chcieli się do tego dostosować. A ci, którzy się już do tego dostosowali, często byli po prostu obrzucani błotem. Powiem tak, poziom moderacji wzrósł nam wtedy pięciokrotnie, a liczba ofert zmalała czterokrotnie – opisuje nasz rozmówca.
Tomasz Banasik przyznaje, że pojawiła się wtedy opcja, żeby banować wszystkich, którzy zachowują się mało kulturalnie, ale... – To też jest takie rozwiązanie, które prowadzi do kolejnego konfliktu. Tak źle i tak niedobrze – stwierdza administrator grupy. Rzeczywiście, pod postami pojawiały się kwiatki typu "ja pier**** hahaha 1000-1500 zł, normalnie atrakcyjne wynagrodzenie", "kwota w euro? Bo jak w złotówkach, to może w Chinach lub Indiach kogoś znajdziecie".
logo
Niektóre z komentarzy były na tyle agresywne, że pracodawcy zdecydowali się wyłączyć możliwość komentowania... Zrzuty ekranu z Facebook.pl / Praca w mediach

Lud zdecydował
Po jakimś czasie obowiązek umieszczania widełek płacowych zniknął z regulaminu "Pracy w mediach". Nie zniknął jednak hejt, bo ten przeniósł się pod posta, w którym administratorzy poinformowali o swojej decyzji. "Nie jesteśmy zainteresowani czytaniem o nas, że "tniemy w ...uja", że pracodawcy to "kombinatorzy i cwaniaki", że "regresu z progresem nie odróżniamy" itp (przypominając tylko lżejsze inwektywy, które na nas i na pracodawców przez ostatni miesiąc spadały). Zmiana - z naszej perspektywy - przyniosła o wiele więcej strat niż korzyści. Dlatego podawanie widełek wynagrodzenia nie jest już obowiązkowe" – napisali w ogłoszeniu do członków.
Niezależnie ktoś założył konkurencyjną grupę "Praca w mediach (z widełkami)", która została stworzona: "dla oferujących i szukających pracy w mediach i medialnej okolicy. Każda oferta powinna zawierać widełki ze stawkami. Z szacunku dla czasu własnego i zainteresowanych".
– Nawet my sami ją podpromowaliśmy trochę, bo jak najbardziej sama idea jest dobra i bardzo fajnie, jak to im wypali. Tu nie chodzi o to, żeby komuś robić na złość, tylko żeby były jakieś proporcje – stwierdza Tomasz Banasik. Na razie nie ma tam zbyt wielu ofert pracy, ale może to kwestia krótkiego istnienia w social mediach.
Widełki niezgody
Według badań, zleconych przez firmę Goldenline, najczęstszym powodem odrzucenia przez kandydata finalnej oferty zatrudnienia są zbyt niskie oferowane zarobki. Z taką sytuacją spotkało się 65 proc. rekruterów. Brak informacji o widełkach wynagrodzeń na początku rekrutacji sprawia, że w procesie biorą często udział osoby, które i tak nie przyjmą finalnej oferty. 
I właśnie dlatego zdecydowano się podać je na „Praca w mediach”. Ale skoro jednym zależy, żeby poznać kwotę, którą mogą zarobić, i zgadza się z nimi większość, to dlaczego inni hejtują uzyskane informacje? Dlaczego widełki płacowe, które przecież za Zachodzie są normą, budzą tyle różnych emocji? Przecież dla jednego dana pensja może być niska, dla kogoś innego zadowalająca, a dla jeszcze kogoś innego będzie szczytem marzeń.
– Zamiana rynku pracodawcy na rynek pracownika, ubywanie specjalistów, których setki tysięcy wyjeżdżają za granicę, powoduje, że rośnie w Polsce popyt na pracę zwłaszcza specjalistów. Specjalista to obecnie nie tylko ktoś, kto zaprojektuje alternatywę dla SAP-a dla firmy. Specjalistą może być brygadzista, który dobrze rozumie nowe technologie, wykorzystywane przy obsługiwanej przez niego taśmie produkcyjnej. W związku z tym cena pracy, co nie zawsze idzie w parze z wartością, w Polsce rośnie. I to jest klimat jakoś z tym (emocjami odnośnie widełek płacowych – red.) związany – stwierdza ekspert.
Santorski oparł swoje wnioski na najnowszych badaniach, z których wynika, że... – W tej chwili specjaliści różnych szczebli, tak długo wędrują między firmami, aż znajdą satysfakcjonujące ich wynagrodzenie i ta wędrówka się skraca z wielu miesięcy do kilku tygodni. Powiedziałbym więc, że taki klimat może u osób bardziej dojrzałych, odpowiedzialnych i społecznie wrażliwych wywoływać atmosferę satysfakcji, przywracania interesujących reguł gry. Z kolei u osób o nastawieniu bardziej roszczeniowym, może być to powód, żeby atakować te widełki, zwłaszcza jeżeli ograniczają ofertę z punktu widzenia oczekiwań albo podają raniąco niskie wynagrodzenia.
Jacek Santorski, psycholog biznesu

Każdy, kto porusza się na rynku pracy, zdaje sobie sprawę, że jeśli pracodawca z poszukującym pracę dogadają się, to można przecież poza te widełki wyjść. To zachowanie (hejtowania widełek płacowych – przyp. red.) jest wyrazem pewnej niedojrzałości na rynku pracy, wynikającej po pierwsze z historii, po drugie trochę na własne życzenie. Nie ważne co będzie napisane w ogłoszeniu, jakie są widełki, zawsze istnieje opcja dogadania się pracodawcy i pracownika. I jest to coraz bardziej powszechne. Widełki będą pokazywać jakiego rzędu wchodzi tu wynagrodzenie, czy np. jest to do 4 tysięcy, pow. 6 tysięcy, 8, czy 10 tysięcy. Dają jakąś ogólną orientację natomiast ludzie na ogół znają wartość rynkową swojej pracy.

Kasa jest najważniejsza?
Trzeba też szczerze przyznać, że wielu Polaków dąży do tego, żeby jak najmniej się narobić, a najwięcej zarobić. Potwierdzają to badania firm zajmujących się pośrednictwem pracy. Wg „Pracuj.pl” zmiana pracy niezmiennie podyktowana jest w gruncie rzeczy chęcią uzyskiwania wyższych zarobków. Druga w kolejności jest lokalizacja miejsca pracy, ale z tym nie do końca zgadza się nasz ekspert.
– Spotykam dziesiątki ludzi, którzy wolą podjąć pracę w bardzo dobrym miejscu, w firmie, która ma świetne świadczenia, pozycję, której marka przetrwa dłużej niż 3, 5 czy 7 lat. Jest wielu pracowników, którzy są gotowi dogadać się na niższe wynagrodzenie początkowe, kosztem ustalenia już na starcie dynamiki swojej kariery w danej firmie i swojego awansu i rozwoju w niej – uważa Jacek Santorski.
Jego zdaniem chęć zarabiania 5000 zł za nie robienie niczego to mit, ale zawsze można znaleźć osoby, które ten mit materializują.
Co z tym hejtem?
Wychodzi więc na to, że nie ma o co kopii kruszyć, bo kasa nie zawsze jest nie do ruszenia, a wszelkiego rodzaju hejty to tak naprawdę strata czasu. – Jeśli ktoś się tym zajmuje, to mogę mu pogratulować, że ma tyle energii, żeby hejtować, zamiast podnosić własne kwalifikacje i poszukać ciekawej pracy – podsumowuje Jacek Santorski.
Podobnego zdania jest administrator grupy "Praca w mediach". Zwraca jednak także uwagę na jeszcze jeden aspekt. – Niestety jest tak, że internet nie jest anonimowy, ale niektórzy czują się w nim jak na swoim podwórku i pozwalają sobie na wiele rzeczy, których nie zrobiliby, czy też nie powiedzieliby osobiście człowiekowi, który potencjalnie może im dać pracę. I ta sytuacja pokazała, że rzeczywiście jeszcze nie wszyscy dorośli do takiego rozwiązania – dodaje Tomasz Banasik.
I na koniec pozostaje też pytanie, czy osoby, które tak chętnie hejtowały, tak naprawdę same byłyby atrakcyjne dla tego lub konkurencyjnego pracodawcy. Na to jednak każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.