
"A miało być tak pięknie" – tak można podsumować ostatnią inicjatywę znanej grupy facebookowej "Praca w mediach". Padł pomysł, który poparli jej członkowie, by pracodawcy wraz z ofertami pracy zawsze zamieszczali konkretne widełki cenowe. Niestety administratorzy bardzo szybko pożałowali tej zmiany i... wycofali się z pomysłu. To, co działo się w komentarzach, pokazało, że w Polsce wciąż mamy problem z pieniędzmi. A zwłaszcza z rozmawianiem o nich.
Lud zdecydował
Po jakimś czasie obowiązek umieszczania widełek płacowych zniknął z regulaminu "Pracy w mediach". Nie zniknął jednak hejt, bo ten przeniósł się pod posta, w którym administratorzy poinformowali o swojej decyzji. "Nie jesteśmy zainteresowani czytaniem o nas, że "tniemy w ...uja", że pracodawcy to "kombinatorzy i cwaniaki", że "regresu z progresem nie odróżniamy" itp (przypominając tylko lżejsze inwektywy, które na nas i na pracodawców przez ostatni miesiąc spadały). Zmiana - z naszej perspektywy - przyniosła o wiele więcej strat niż korzyści. Dlatego podawanie widełek wynagrodzenia nie jest już obowiązkowe" – napisali w ogłoszeniu do członków.
Według badań, zleconych przez firmę Goldenline, najczęstszym powodem odrzucenia przez kandydata finalnej oferty zatrudnienia są zbyt niskie oferowane zarobki. Z taką sytuacją spotkało się 65 proc. rekruterów. Brak informacji o widełkach wynagrodzeń na początku rekrutacji sprawia, że w procesie biorą często udział osoby, które i tak nie przyjmą finalnej oferty.
Każdy, kto porusza się na rynku pracy, zdaje sobie sprawę, że jeśli pracodawca z poszukującym pracę dogadają się, to można przecież poza te widełki wyjść. To zachowanie (hejtowania widełek płacowych – przyp. red.) jest wyrazem pewnej niedojrzałości na rynku pracy, wynikającej po pierwsze z historii, po drugie trochę na własne życzenie. Nie ważne co będzie napisane w ogłoszeniu, jakie są widełki, zawsze istnieje opcja dogadania się pracodawcy i pracownika. I jest to coraz bardziej powszechne. Widełki będą pokazywać jakiego rzędu wchodzi tu wynagrodzenie, czy np. jest to do 4 tysięcy, pow. 6 tysięcy, 8, czy 10 tysięcy. Dają jakąś ogólną orientację natomiast ludzie na ogół znają wartość rynkową swojej pracy.
Trzeba też szczerze przyznać, że wielu Polaków dąży do tego, żeby jak najmniej się narobić, a najwięcej zarobić. Potwierdzają to badania firm zajmujących się pośrednictwem pracy. Wg „Pracuj.pl” zmiana pracy niezmiennie podyktowana jest w gruncie rzeczy chęcią uzyskiwania wyższych zarobków. Druga w kolejności jest lokalizacja miejsca pracy, ale z tym nie do końca zgadza się nasz ekspert.
Wychodzi więc na to, że nie ma o co kopii kruszyć, bo kasa nie zawsze jest nie do ruszenia, a wszelkiego rodzaju hejty to tak naprawdę strata czasu. – Jeśli ktoś się tym zajmuje, to mogę mu pogratulować, że ma tyle energii, żeby hejtować, zamiast podnosić własne kwalifikacje i poszukać ciekawej pracy – podsumowuje Jacek Santorski.
