15. Festiwal Filmowy Millennium Docs Against Gravity
15. Festiwal Filmowy Millennium Docs Against Gravity Fot. materiały prasowe

Mads Brügger, dziennikarz, dokumentalista, radiowiec, spotka się z warszawską publicznością na 15. Festiwalu Filmowym Millennium Docs Against Gravity. Z mistrzem o dziennikarstwie najwyższej próby i planach na film o… generale Jaruzelskim rozmawia Bartek Sabela.

REKLAMA

W sobotę 12 maja odbędzie się spotkanie z Madsem Bruggerem w Kinotece po projekcji filmu "Wielka europejska zagadka papierosów" o godz. 15.

Spotkanie z reżyserem także 11 maja po pokazie filmu Ambasador w Kinotece, o godz. 20:15 .


Już w sobotę 15 maja o godz. 15. na 15. Festiwalu Filmowym Millennium Docs Against Gravity odbędzie się spotkanie z mistrzem Madsem Brüggerem, duński dziennikarzem, satyrykiem oraz gwiazdą telewizyjnego show, znanego z produkcji będących filmowymi prowokacjami, bezlitośnie obnażającymi światowe mechanizmy polityki i władzy. Jego wcześniejsze filmy „Ambasador” („The Ambassador”, 2011; po raz pierwszy pokazywany w Polsce podczas 9. edycji Festiwalu) i „Idioci w Korei” („Red Chapel”, 2009; polska premiera na 7. edy­cji Festiwalu), uhonorowany Nagrodą Jury jako najlepszy zagraniczny dokument na Festiwalu Filmowym w Sundance, pokochała warszawska publiczność.
Reżyser teraz powraca ze swoim najnowszym filmem „Wielka europejska zagadka papierosów” („The Great European Cigarette Mystery”). Brügger w rozmowie z Bartkiem Sabelem opowiada m.in. o metodach swojej pracy i inspiracją innym wielkim filmowcem - Barbetem Schroederem – spotkanie z tym twórcą i retrospektywa jego filmów także w tym roku na Millennium Docs Against Gravity, największym festiwalu filmów dokumentalnych w Polsce!
Spotkanie z Barbetem Schroederem odbędzie się 20 maja w warszawskiej Kinotece po projekcji jego najnowszego filmu„Wielebny W.” („The Venerable W.”).
Bartek Sabela: Budynek radia 24syv znajduje się na obrzeżach centrum Kopenhagi. Lobby wyłożone stalowymi płytami przypomina nieco scenografię do filmu science-fiction z lat siedemdziesiątych. Potem kręcona klatka schodowa, pierwsze piętro i niewielki gabinet. Na biurku trochę książek, notatki, stare przezrocza, rosyjska matrioszka, flaga palestyńskiego Hezbollahu i popielniczka z tlącym się niedopałkiem. Za biurkiem facet po czterdziestce. Wysoki, z charakterystyczną łysiną i rudą brodą: Mads Brügger, dziennikarz, dokumentalista, radiowiec. Za nim, na ścianie wisi wielki plakat z Mao Tse Tungiem. Ręka wodza wyciągnięta w geście pozdrowienia, w tle abstrakcyjne kształty, wichry historii. Na drugiej ścianie poster do filmu „Idi Amin – autoportret” (reż. Barbet Schroeder), z którego spogląda na nas krwawy ugandyjski dyktator. Na plakacie recenzja: „Jeśli to by była fabuła, to zostałaby uznana za komediowe arcydzieło. Ale to wszystko jest prawdą”.
Madse Brügger: Mao kupiłem w Pekinie - opowiada Brügger. - Napis na dole mówi: Partia nie zawdzięcza tobie nic, to ty wszystko zawdzięczasz Partii. A Idi – to jeden z moich ulubionych filmów. Barbet Schroeder, Francuz, pojechał do Ugandy i spytał Amina, czy może zrobić o nim film. Amin się zgodził ale pod jednym warunkiem – że to on będzie reżyserem. Trudno sobie wyobrazić lepszą sytuację. Dzięki temu powstał film, w którym Amin sam pokazuje, jakim jest szaleńcem. Schroeder zmontował dwie wersje dokumentu – jedną dla Amina, drugą dla reszty świata. Kłopot w tym, że na premierę filmu w Londynie przyjechali wysłannicy Amina. Gdy dyktator dowiedział się, że został oszukany, kazał zgromadzić wszystkich mieszkających w Kampali Francuzów i zamknąć w jednym z hoteli. Zagroził, że ich zabije, jeśli Schroeder nie zmieni filmu. Final cut należał do dyktatora. Na szczęście niedługo potem Amin został obalony i Schroeder mógł przywrócić oryginalną wersję filmu.
Wydaje mi się, że słowa na plakacie Idi Amin Dada mogłyby równie dobrze opisywać to, co robicie w radio wraz Mikaelem Bertelsenem?
Najbardziej popularnym programem naszego radia jest „krótki serwis informacyjny”. Gospodarzem programu jest mężczyzna odgrywający rolę kobiety. On sam w sobie jest już satyrą. W Danii mamy to pokolenie niezwykle popularnych i charyzmatycznych dziennikarek z pokolenia '68. Nikt nie odważy się zakwestionować tego, co mówią. Nasza bohaterka jest właśnie taką postacią, nazywa się Kirsten Birgit Schiotz Kretz Horsholm, jest alkoholiczką, nałogową palaczką, jest niezwykle niepoprawna politycznie, mówi to, co inni myślą, ale boją się powiedzieć na głos. Jej jednak uchodzi to na sucho. Druga postać to jej wydawca – absolutne przeciwieństwo: mieszkaniec Kopenhagi, facet, który nie szuka kłopotów, jest poprawny i ostrożny we wszystkim, co mówi. Siłą tej satyry jest zestawienie tych dwóch postaci.
Kirsten ciągle obraża swego wydawcę, naśmiewa się z niego, czasami poniża. Lecz oczywiście nie o to chodzi. Używamy tego programu, by mówić o wszelkich plotkach ze świata polityki, wiesz takich, co do których nikt nie ma wątpliwości, że to prawda, ale nie ma możliwości tego potwierdzić. Zatem Kirsten wydzwania do polityków, dziennikarzy. Nierzadko udaje jej się wyciągnąć okropnie soczyste informacje i puścić na antenie. A przez to, że jest to program satyryczny i z definicji wszystko w nim jest fikcją, gdy dostajemy telefony ze skargami możemy po prostu odpowiedzieć: ale proszę zrozumieć, to mówi facet przebrany za kobietę, nie można tego traktować poważnie, to nie jest dziennikarstwo przecież.
Sprytny sposób.
To najstarszy trik w podręczniku, jak robić komedię. I nadal działa świetnie.
To dlatego politycy duńskiej prawicy próbują zamknąć wasze radio?
Tak, uważam, że ma to związek z tym programem. Oni wszyscy zawsze podkreślają, jak to kochają polityczną satyrę, ale w rzeczywistości nasz program ich niezmiernie wkurza i często krzyżuje plany.
To, co robicie w „krótkim serwisie radiowym”, nieodparcie kojarzy mi się z Twoimi filmami. Wydaje się, że zawsze znajdujesz skuteczny sposób, by zerknąć za kurtynę. Do Korei Północnej pojechałeś z trupą komików, w ten tragikomiczny sposób w „Idiotach w Korei” pokazałeś horror życia w totalitarnym państwie. W „Ambasadorze” kupujesz dyplomatyczny paszport i stajesz się liberyjskim dyplomatą w Republice Środkowoafrykańskiej (RŚ), który wraz z Pigmejami chce otworzyć fabrykę zapałek. Obnażasz zakamarki świata normalnie niedostępnego dla dziennikarzy. Zatem nie mogę nie zadać tego pytania: często słychać, że żyjemy w czasach, w których dziennikarstwo przechodzi głęboki kryzys, co o tym sądzisz?
To paradoksalne. Z jednej strony... choćby ta wielka nienawiść do dziennikarzy ze strony światowych przywódców. Przykładem może być Donald Trump, który poniża i obraża dziennikarzy niemal w sposób przemysłowy. Ale ta pogarda i nieufność wobec mediów głównego nurtu widoczna jest również wśród zwykłych ludzi. A przecież te media robiły i nadal często robią dziennikarstwo najwyższej próby. Do tego w ostatnich latach zawalił się tradycyjny model biznesowy dziennikarstwa. Ale ja widzę poważniejszy problem: brak sprawczości. No bo to przecież jest fundamentalna wartość czwartej władzy, podstawowa idea za dziennikarstwem: jeśli ujawniamy korupcję, hipokryzję, przestępstwo to władze i społeczeństwo powinny coś z tym zrobić.
Tymczasem, żyjemy w świecie, w którym nasza praca często trafia w pustkę, nikt nie zostaje pociągnięty do odpowiedzialności. Mimo to ja wierzę w kryzys, lubię być w czasach kryzysu bowiem kryzys zmusza nas do kreatywności. To jest wyzwanie stojące przed współczesnym dziennikarstwem. Oglądałeś film Adama Curtisa „Hypernormalisation”? To chyba najbardziej wywrotowy, niebezpieczny akt krytyki... w zasadzie wszystkiego. A fakt, że ten film został wyprodukowany w ramach BBC, sprawia, że nadal wierzę w dziennikarstwo. Już sam tytuł tego filmu... to uczucie, gdy to, co oglądasz w telewizji staje się coraz bardziej i bardziej odległe od tego, co widzisz za oknem. Ten rozdźwięk to hypernormalizacja właśnie.
Niektórzy nazywają to, co robisz dziennikarstwem performatywnym lub radykalnym.
Albo kinem hybrydowym.
Gdy zaczynałem pracować w Danish Broadcasting Corporation mieszanie rzeczywistości z fikcją nazywaliśmy „fikta”, kilka lat później „fakti”, teraz mówią na to „kino hybrydowe”. Tak czy inaczej to nic nowego, to styl pracy, który jest w filmie od dawna. Choćby film Lionela Rogosina „On the Bowery”. To dokument o życiu w dzielnicy Bowery w Nowym Jorku, w którym oprócz mieszkańców – miejscowych pijaków, prostytutek – występują również aktorzy. Na tamte czasy niezwykle odważny pomysł, bo to film z 1956 roku. Jeśli to jednak porównać z tym, co ja robię, są pewne różnice. Przede wszystkim zamiast się przebierać i ukrywać ja się stroję i staram się być jak najbardziej widoczny. To również mój sposób na przeżycie. Bo jeśli starasz się wtopić w tłum, to jesteś podejrzany, a jeśli paradujesz jak paw to będą cię kochać.
Gdybym pojechał do RŚ jako normalny dziennikarz i powiedział, że chcę zrobić film o systemowej korupcji i współczesnym kolonializmie, prawdopodobnie byłbym w pierwszym samolocie opuszczającym Bangui. Z drugiej strony gdybym spytał kogoś na ulicy Kopenhagi, czy chce zobaczyć film o tym, jak źle jest w Afryce, to wątpię by był zainteresowany. Ale gdybym opowiedział mu scenariusz „Ambasadora” to pewnie, by się skusił. Oczywiście to nie jest recepta na każdy film, to było by koszmarem. Ale uważa się, że dziennikarstwo powinno być poważne, by mogło być uznane za dokumentację rzeczywistości. To jest coś z czym się nie zgadzam.
Ok, ale jeśli to kino hybrydowe, to gdzie przebiega granica między faktem a kreacją?
W Idiotach w Korei i Ambasadorze to jest klarownie określone: jedynym elementem fikcji jest postać którą gram ja. Poza tym wszystko i wszyscy są prawdziwi.
A jeśli dziennikarstwo performatywne to musisz być dobrym aktorem?
Tak, choć nic nie czyni się gotowym na przykład na spotkanie z hiperrzeczywistością Korei Północnej. Przed właściwymi zdjęciami pojechałem tam na dwa tygodnie przedstawić koreańskim władzom mój pomysł. Pierwszego dnia odbyło się przesłuchanie w ministerstwie kultury. W miarę jak upływały kolejne godziny na stole pojawiły się wódka, sake, piwo, koniak. Skończyło się imprezą. Pomyślałem, że to dobrze, jesteśmy kumplami. Ale następnego dnia wylądowałem w tym samym pokoju, usłyszałem te same pytania, a cały kapitał społeczny, który wydawało mi się, że zgromadziłem poprzedniego wieczoru, wyparował. I tak było każdego dnia, przez dwa tygodnie. Gdy wróciłem do Danii, otrzymałem krótki fax: projekt zatwierdzony.
Czy Koreańczycy wystosowali jakąś oficjalną reakcję na „Idiotów w Korei”?
Na szczęście w Danii Korea Północna nie ma ambasady. Ale ambasada w Sztokholmie przysłała list do telewizji mniej więcej tej treści: „Różnica między ludźmi a zwierzętami jest taka, że ludzie mają sumienie. On - czyli ja - sumienia nie ma, więc najwyraźniej jest psem. Przeklinam go”. Potraktowałem to jako najlepszą recenzję. Choć muszę przyznać, że byliśmy bardzo naiwni. Ale to było właśnie dobre. Wiedząc o Korei to, co wiem dzisiaj, chyba bym tam nie pojechał.
Trzmiel nie wie, że nie powinien latać?
Dokładnie. Ale do „Ambasadora” przygotowywałem się bardzo dokładnie i długo. Czytałem książki o dyplomatycznej etykiecie, studiowałem szczegóły ubioru i zachowania, chodziłem na przyjęcia w ambasadach w Kopenhadze. Ale w RŚ jedyną zasadą jest to że nie ma żadnych zasad. „Ambassador” to w dużej mierze film o fantazjach, które my europejczycy mamy na temat Afryki i które Afrykańczycy mają na temat Europy. Pomyślałem, że jeśli udałoby mi się zagrać uosobienie wyobrażenia jakie Afrykańczycy mają o białym dyplomacie to coś zaskakującego mogłoby się wydarzyć. Ciekawa rzecz wydarzyła się, gdy jeździłem z tym filmem po festiwalach. Wszędzie ludzie zadawali mi te same pytania: kwestie moralne, etyka, kolonializm. A potem pojechałem do Moskwy. Tam film został odebrany jako pozytywna opowieść o młodym przedsiębiorcy, który wybrał się do Afryki, by zarobić dużo pieniędzy. W Moskwie nie pytali o etykę tylko o to, gdzie i jak kupić diamenty i czy mógłbym podać niezbędne telefony.
To dużo mówi.
Dokładnie!
Ale wróćmy do sprawczości. To ważna sprawa w świetle Twojego ostatniego dokumentu. Porozmawiajmy zatem o „Wielkiej europejskiej zagadce papierosów”, który zobaczymy na 15. Festiwalu Filmowym Millennium Docs Against Gravity. To zupełnie inny film niż „Idioci w Korei” czy „Ambasador” – filmy także przypominane na Festiwalu.
50-60% prawa obowiązującego w Danii jest kontrolowane przez Unię Europejską a mimo to UE bardzo rzadko pojawia się w duńskich mediach. UE jest uważane za najnudniejszy temat. Z drugiej strony najbardziej popularne są zagadki kryminalne. Więc pomyśleliśmy, co by się stało gdyby połączyć najnudniejszy temat z najbardziej atrakcyjną stylistyką? Przypadkiem w 2008 wraz z Mikaelem Bertelsenem trafiliśmy na sprawę Antonio Quatraro...
Europejski komisarz zamieszany w korupcję, który w 1993 wypadł z okna w centrum Brukseli?
Tak. Kłopot w tym, że to była stara sprawa, a w międzyczasie Bruksela się zmieniła, temat się zdezaktualizował. Myśleliśmy więc jak zrobić film, który miałby znaczenie w dzisiejszym świecie. I wtedy pojawiła się sprawa Johna Dalliego, maltańskiego polityka, europejskiego komisarza ds. zdrowia. Dalli został zdymisjonowany przez José Manuela Barroso w świetle oskarżeń o przyjęcie łapówek od przemysłu tytoniowego. W wielu aspektach przypominało to sprawę Quatraro, z tą różnicą, że Dalli jeszcze żył, choć w sensie metaforycznym również został wyrzucony przez okno. Pojechaliśmy na Maltę, by się z nim spotkać. Z początku wydawał się bardzo przekonywający, uwierzyliśmy, że padł ofiarą manipulacji. W zamyśle chcieliśmy nawet połączyć wątki Quatraro i Dalliego. Niemniej przez miesiące sprawy stały w miejscu, a my traciliśmy nadzieję, że da się z tego zrobić film. Do momentu, gdy pojawił się pewien tajemniczy informator, Dimitri. W końcu mieliśmy coś, co działo się tu i teraz! Choć „Wielka zagadka” porównaniu z poprzednimi filmami to znacznie bardziej konwencjonalne dziennikarstwo, film ma momenty przepełnione absurdem i komedią. Jak ta scena, w której John Dalli koresponduje z informatorem, a jego córka gra na pianinie Sonatę Księżycową Beethovena.
Film nie daje jednak jasnej odpowiedzi, co się wydarzyło. Oglądając go zastanawiałem się, czemu nie ma wywiadu z José Manuelem Baroso?
Został niestety usunięty w wyniku porozumienia. Gdy pokazaliśmy film na Copenhagen Docs od razu zostaliśmy pozwani przez Johna Dalliego i José Manuela Baroso. Musieliśmy usunąć kilka kluczowych scen w tym również podróż do Brukseli. Oryginalnej wersji niestety nie możemy pokazywać. Nie jestem niestety zadowolony z tytułu filmu. Oryginalny brzmiał „Zagadka Johna Dalliego” ale z jakiegoś powodu BBC go zmieniła. To ciekawe no bo w zasadzie to nie jest film o papierosach.
Czy film miał jakieś konsekwencje dla głównych bohaterów?
Prokuratura powinna zająć się Johnem Dallim. Ten nieobliczalny człowiek był unijnym komisarzem odpowiedzialnym z zdrowie 800 milionów ludzi. Do tej pory jednak nie ma takiego śledztwa.
Czy robienie takich dokumentów w Europie jest choć trochę łatwiejsze niż w Afryce czy Korei?
W sensie praktycznym jest to oczywiście znacznie prostsze. Poza tym samo funkcjonowanie jako dziennikarz nie jest w Europie wielkim wyzwaniem. Ale jest też druga strona. Malta to w zasadzie państwo mafijne. To okropne, że jest krajem członkowskim UE. W październiku 2017 w wybuchu bomby samochodowej zginęła Dafne Caruana, maltańska dziennikarka. Do dziś nie schwytano sprawców zamachu, choć Malta to przecież mała wysepka. Prawdopodobnie byliśmy ostatnimi, którzy robili z nią wywiad.
Nie boisz się? W pewnym wywiadzie przeczytałem, że strach sprawia, że tracimy zdolność trzeźwej oceny sytuacji, co uniemożliwia jej dokumentowanie i opisywanie.
Nie. Wierzę, że w Danii jestem bezpieczny. Ale opowiem ci coś o strachu. Gdy pracowaliśmy nad „Ambasadorem”, zaraz obok naszego hotelu, mieszkał obłąkany biedak. Każdego wieczora stawał nad brzegiem rzeki rozdzielającej Republikę Środkowej Afryki od Konga i prosił rybaków po drugiej stronie, by go zabrali. Jeśli krzyczysz o pomoc do Konga to znaczy, że jesteś okropnie zdesperowany. Ja się z nim bardzo utożsamiałem, czułem to, co on. Wtedy uświadomiłem sobie, że wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji. I gdy zrozumiałem, że taki jest po prostu porządek dnia i nic z tym nie mogę zrobić, to odczułem ulgę. Gdy to dobrze przemyślisz, to pokrzepiająca świadomość.
Nadal pracujesz nad filmem o Dagu Hammarskjoldzie? [Przyp. autora: Hammarsjold był sekretarzem generalnym ONZ, który zginął w katastrofie lotniczej w 1961r., ale okoliczności jego śmierci nie są jasne, często mówi się o zamachu.]
Tak. I Cieszę się, że daliśmy sobie tak dużo czasu, ponieważ ostatnio mieliśmy kilka przełomowych momentów. Gdy zaczynałem pracować nad tym dokumentem raczej nie wierzyłem, że to był zamach. Ale teraz bardzo wiele na to wskazuje. Film będzie skończony w tym roku. Głównym bohaterem jest pewien szwedzki dyplomata, który poświęcił całe życie, by rozwikłać tę zagadkę.
Znalazłeś odpowiedź na pytanie, kto stał za zamachem?
Tak. Mniej więcej, tak.
Słyszałem, że chciałeś też zrobić dokument o generale Jaruzelskim?
Pamiętam, jak będąc dzieciakiem, oglądałem telewizję z moim rodzicami. Czasami pojawiał się w niej jakiś materiał pokazujący Jaruzelskiego w tych ciemnych grubych okularach, zawsze z papierosem. Myślałem wtedy, że to najbardziej wyluzowany gość, jakiego widziałem. Oczywiście był ewidentnie zły, ale miał wokół siebie aurę, która wyróżniała go od innych dygnitarzy. Fascynuje mnie ta postać i przede wszystkim to, jak w przeciwieństwie do wielu innych,\ udało mu się przetrwać upadek systemu. Wiesz, że przed śmiercią Jaruzelski wyprawił wielkie urodziny? Myślę, że to świetny punkt wyjścia dla tej historii.

Bartek Sabela (ur. 1982) – z wykształcenia architekt, a z zamiłowania podróżnik, fotograf, snowboardzista i przede wszystkim wspinacz. Jako pisarz debiutował w 2013 roku książką Może (morze) wróci. Opowieść o Uzbekistanie i ginącym Morzu Aralskim została nagrodzona Bursztynowym Motylem oraz Nagrodą Magellana. Obecnie związany jest z wydawnictwem Czarne, gdzie w październiku 2015 roku ukazała się jego druga książka Wszystkie ziarna piasku. Reportaż z terenów Sahary Zachodniej, ostatniej afrykańskiej kolonii, został nagrodzony przez fundację Afryka Inaczej Afrykasem 2015 i nominowany do nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej. Regularnie współpracuje z „Kontynentami”, publikował także w „Dużym Formacie” i „Gazecie Wyborczej”.