
To był jeden z najbardziej pamiętnych momentów EURO 2012. Po odpadnięciu polskiej reprezentacji, nasi piłkarze przyjechali do warszawskiej strefy kibica na Placu Defilad, by podziękować fanom za wsparcie podczas turnieju. Mimo wyniku znacznie poniżej oczekiwań (ostatnie miejsce w grupie), ponad 20 tysięcy najwierniejszych kibiców przywitało ich okrzykami: "dziękujemy", "Polska, biało-czerwoni". Zawodnicy nie kryli wzruszenia, zwłaszcza Kuba Błaszczykowski. – Zdaję sobie sprawę, że mogliśmy osiągnąć więcej. Dzięki za wielkie wsparcie, tak dużo pozytywnej energii. Wielkie, wielkie słowa podziękowania, że wierzycie w nas, niezależnie czy nam idzie, czy nie – mówił ze sceny ówczesny kapitan kadry.
Dlaczego na kibicowskiej scenie Polacy pod każdym względem - frekwencji, zaangażowania w doping czy pomysłowych opraw - mieszczą się w światowej czołówce? Skąd bierze się ta ich siła, z której słyną na piłkarskich trybunach? Z psychologicznego punktu widzenia można by postawić tezę, że ze spontanicznego poczucia jedności, której na co dzień mamy niestety spory deficyt. Innymi słowy, w codziennym życiu dzieli nas tak dużo, że wspólne kibicowanie na stadionie czy przed ekranem telewizora urasta do rangi tych nielicznych chwil, kiedy łączy nas jedna pasja.
W budowaniu kibicowskiej wspólnoty zawsze istotną rolę odgrywają barwy narodowe.
Biało-czerwony szalik i czapka z orzełkiem, flaga, charakterystyczne ubranie i fantazyjne gadżety to nasze znaki rozpoznawcze. Te ostatnie stają się swego rodzaju kibicowskimi talizmanami – przed tegorocznymi mistrzostwami uchodzą za nie chociażby chusty z podpisem trenera Adama Nawałki, które można wygrać w loterii piwa Warka. Wielu kibiców nosiło już je podczas towarzyskich meczów kadry z Nigerią i Koreą Południową, z pewnością nie zabraknie ich też podczas mistrzostw.
– Odwracanie się plecami, gdy jest źle, nie ma nic wspólnego z miłością do ukochanej drużyny. Takie coś nazywam pseudokibicowaniem, chociaż to i tak jest obraza i nadużycie słowa ''kibicowanie''. Analogicznie: czy miłością do żony nazwiemy sytuację, gdy kochamy ją tylko wtedy, gdy żyjemy jak w bajce? A gdy mamy swoje gorsze dni, to już poziom naszej miłości spada na łeb na szyję? Nie. Tak samo jest z miłością do piłki. Grają dobrze, to ich szanujemy i dopingujemy. Grają gorzej, to tym bardziej trzeba im pokazać, że się w nich wierzy, jest się z nimi na dobre i na złe, aby w następnym spotkaniu dali z siebie wszystko – przekonuje nasz rozmówca.
Artykuł powstał we współpracy z Warka
