''Walka wciąż trwa''. Wywiad z Robinem Campillo, twórcą nagrodzonego w Cannes filmu ''120 uderzeń serca''

Robin Campillo to reżyser filmu ''120 uderzeń serca'', który opowiada o walce z AIDS, związkach homoseksualnych i ruchu Act Up
Robin Campillo to reżyser filmu ''120 uderzeń serca'', który opowiada o walce z AIDS, związkach homoseksualnych i ruchu Act Up Fot. BT / Wikimedia Commons
''Walka wciąż trwa'' - mówi w wywiadzie dla Gutek Film reżyser Robin Campillo, twórca nagrodzonego w Cannes filmu ''120 uderzeń serca''. Obraz opowiada o życiu osób zakażonych wirusem HIV i walce, jaką musieli stoczyć w obronie swojej godności.

''120 uderzeń serca'' opowiada o prawdziwych wydarzeniach sprzed 25 lat. W filmie pada jednak zdanie, że pamięć ludzka jest zawodna – płata figle, bardziej też niż do faktów przywiązujemy się do emocji... Ciekawi mnie, na czym zatem zbudowałeś historię inspirowaną działalnością kolektywu Act Up, do którego sam należałeś – na faktach czy na uczuciach?

Dobre pytanie, dzisiaj chyba już sam nie wiem. Nie potrafiłbym rozdzielić emocji od faktów, jedno napędzało i wciąż napędza drugie w moim życiu. Czasami nie pamiętam co jadłem dwa dni wcześniej na śniadanie, a przy okazji realizacji ''120 uderzeń serca'' trzeba było odwołać się do najważniejszych wydarzeń mojego życia tyle, że sprzed ćwierć wieku. Ale wiesz co? Może dzięki temu, że ładunek emocji był tak wielki, łatwiej było przywołać konkretne wspomnienia: zdarzenia, ludzi, ich słowa, czyny.

Na szczęście ''120 uderzeń serca'' nie jest filmem historycznym. Odwołuje się do pewnego etapu w moim życiu. To był wielobarwny, złożony czas. Na fundamencie trudnych doświadczeń budowałem coś wspaniałego, czystego, trwałego.

Możesz o tym opowiedzieć?

Oczywiście. Na początku lat 80. przyjechałem na studia do Paryża. Urodziłem się w Maroku, zderzenie z Europą było więc spore: nowy świat, znajomi, zwyczaje, możliwości. Wewnętrznie byłem już zadeklarowanym gejem – ale wciąż szukałem sprzyjających dla siebie okoliczności, by móc żyć w zgodzie ze sobą. Wkroczyłem w kolorowy paryski świat z wielkimi nadziejami. Miałem swoje wyobrażenia o mieście, które jak sądziłem jest liberalne, wolne i tolerancyjne. I takie po części było, ale lata 80. to również rosnące poczucie strachu?


Wobec?

AIDS i właśnie homoseksualistów. I we mnie rosły lęki. Mimo imprez, rozmów do rana, beztroskich szaleństw i głupot w rodzaju nie zawsze bezpiecznego seksu, zaczęło do mnie dochodzić, że to czas przełomu.
Bałeś się choroby?

Pewnie. Dlaczego ludzie mimo zagrożenia uprawiają seks bez zabezpieczeń? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Racjonalizuję – a dlaczego skaczą na główkę z klifów, przedłużają moment otwarcia spadochronu, czy nurkują z rekinami? Ludzka natura pozostanie dla mnie tajemnicą. Myślę że nie jest to ani kwestia wyłącznie głupoty, ani zamiłowania do ryzyka. Znam wiele osób, które zabezpieczały się i zaraziły się wirusem, znam takie, które igrały z losem i żyją do dziś ciesząc się zdrowiem. Co można powiedzieć? Przypadek? Los? Przeznaczenie?

W latach 80. byłem młodym chłopakiem, który szukał swojego miejsca w życiu i chyba tu w Paryżu po raz pierwszy poczułem, że je znalazłem. Wiadomo – młodość. Człowiek pragnie spontaniczności, eksperymentuje, myśli że tak będzie wiecznie. Nam taką swoistą sielankę zburzyła epidemia AIDS, która w latach 80. inicjowała czy wręcz podgrzewała homofobiczne nastroje w zdawać by się mogło libertyńskim Paryżu.

To był czas niepokoju i braku stabilizacji? Może młodość właśnie taka ma być?

Chyba nie do końca. Na początku lat 90. zetknąłem się z określeniem „społeczność AIDS”. Należeli do niej nie tylko chorzy. Poprzez stygmatyzację, wykluczenie, czy agresję znaleźli się w niej – prócz nosicieli i narkomanów – bliscy chorych, ich rodziny, pracownicy służby zdrowia i pewnych stowarzyszeń działających na rzecz walki z epidemią, jak również geje, aktywiści i działacze LGBT. Tylko kto w latach 80. czy 90. słyszał o LGBT? Niewielu z nas. Dzisiaj to wszystko tak ładnie się nazywa.

Właśnie na początku lat 90. postanowiłem przyłączyć się do organizacji Act Up. Międzynarodowa grupa walczyła ze społeczną nietolerancją, organizowała akcje edukacyjne, prowokowała producentów lekarstw do wydawania darmowych próbek albo zniesienia zaporowych cen. Ale nie chodziło tylko o to, że miałem pomagać innym. Mogłem pomóc sobie – kolektyw porządkował moje myślenie o AIDS, śmierci, tolerancji, homoseksualizmie i polityce korporacji. Przywrócił mi życie. Nie byłem chory, ale mnie uzdrowił.
Jak bardzo oddałeś realia z działań grupy?

Jeden do jednego. Nie próbowałem jednak opowiedzieć o konkretnych ludziach, raczej właśnie o pewnej inicjatywie, prowokacjach czy idei, która towarzyszyła Act Up i która była połączeniem wielu życiorysów i osobowości. Byliśmy nietuzinkowym zespołem. Gdy byliśmy razem czułem, że jesteśmy niezniszczalni. Kogo tu nie było?! Mój film to oddaje. Nie jest hołdem dla jednostek – jest portretem czasów, kroniką wydarzeń, zapisem emocji. Nie wzorowałem się na jednej osobie, nie chciałem nikogo gloryfikować. To nie byłoby w porządku. Siła tkwiła w naszej zbiorowości, choć każdy pozostawał sobą, mógł być wreszcie tym kim chciał. Właśnie ta różnorodność nas napędzała.

Pytasz na ile to wszystko w filmie jest realne? Spotkania i dyskusje, podczas których omawialiśmy naszą działalność i plany oddałem bardzo wiernie. Nasze cotygodniowe rozmowy właśnie tak wyglądały. Dużo energii, pytań, walki, także tej wewnętrznej. Fuzja uczuć: niepewność, ale i ciekawość względem grupy i tego, jak przełożą się nasze spontaniczne w gruncie rzeczy ruchy i decyzje na działania stowarzyszenia. Każdy przynosił swój bagaż wewnętrzny, nie mieliśmy nic innego. Liczyła się pomysłowość, odwaga, empatia. W filmie zdecydowaliśmy się ukazać tę świeżość, spontaniczność, ideowość. Często aktorzy wykraczali poza scenariusz. Ja nie wyłączałem kamery, rejestrowałem wymianę między nimi – słów, energii, gestów.

I znów, także w tym aspekcie, życie z kinem stworzyło niezwykły miks. Moja ekipa wyglądała podobnie do tej stworzonej w Act Up. W obsadzie ''120 uderzeń serca'' znaleźli się profesjonalni i nieprofesjonalni aktorzy – w większości nieznani – ale też prawdziwi działacze, aktywiści, tancerze, choreografowie, cyrkowcy, geje, lesbijki, przedstawiciele ruchów LGBT... Szukałem oczywiście też poza Francją, w zasadzie w całej Europie, bo przecież osoby, które należały do Act Up również pochodziły z różnych krajów.

Dlaczego to było tak ważne?

Tylko w ten sposób mogłem oddać nieszablonowość myślenia. Poza tym zawsze robiło na mnie wrażenie, że ludzie tak różniący się od siebie – niemal wszystkim – mogli, mimo żywiołowych dyskusji, znaleźć porozumienie i działać razem w takiej organizacji jak Act Up.

Członkowie mojej ekipy mimo wielu różnic w podejściu do pracy, tematu, życia znaleźli wspólny język. Stworzyli mikrospołeczność, co pokazuje że porozumienie ponad granicami jest możliwe. Nikt nie zarabiał kokosów, a to o czym tu mówię, to nie bajer na potrzeby promocji. Czy wiesz, że po mimo ukończenia zdjęć wciąż spotykamy się ze sobą? Ludzie, którzy zrobili ten film organizują wspólne wieczory: słuchamy muzyki, tańczymy, pijemy, rozmawiamy. Chcemy wspólnie coś wciąż przeżywać.

A może to nostalgia? Tęsknota właśnie za czasem młodości, gdy człowiek mógł budować przyjaźnie i bezkarnie trwonić czas?

Może. Ale ja się cieszę, że w czasach, gdy żyje się szybko i bezboleśnie, udało mi się zatrzymać i zbudować trwałe więzi z ludźmi tak innymi niż ja. To po pierwsze, po drugie – nawet nie sądziłem, że mój film okaże się tak aktualny. Dzisiaj znowu powrócił strach. Wszyscy się czegoś boimy, ale czuć też te niebezpieczne nastroje. Przypomina mi się to, co przeżywałem w latach 80. Zamknięte, syte demokracje wszędzie widzą dla siebie zagrożenie – w prawie do aborcji, w wolności kobiet, w obecności emigrantów, w osobach z innym kolorem skóry, wyznaniem, orientacją... Boję się czasów, które nadchodzą i mój film boleśnie mi to uświadomił.

Twoje przyjaźnie z Act Up przetrwały?

Nieliczne.

To dobry bilans czy zły?

Część poumierała i takie są druzgocące statystyki. Część wyjechała. Cieszę się, że przy okazji tym filmem mogłem obalić pewien mit Paryża. Oczywiście, to pewnie pod wieloma względami bardzo tolerancyjne i otwarte miasto – jednak nie zawsze takie było. Paryż też ma mało chlubną kartę w swojej historii, gdy piętnowano wszelką inność i odmienność.
''120 uderzeń serca'' ukazuje jeszcze jeden aspekt przeszłości – świat bez telefonów komórkowych i mediów społecznościowych.

Wzrusza mnie to. Był faks i telefon stacjonarny. Koniec. Jakie to było piękne, w pewnym sensie bezlitośnie weryfikujące to, czy ktoś chciał czy nie chciał się z Tobą spotkać. Albo przyszedł na umówione spotkanie albo nie – nie było możliwości by w ostatniej chwili odwołać, powiadomić o 30-minutowym spóźnieniu, zmianie miejsca... Z drugiej strony nie chciałem mitologizować tych czasów – w działalności takiej grupy jak Act Up brakowało nam pewnych udogodnień technicznych. Nie było zaplecza takiego jak dziś – robisz darmowe wydarzenie na Facebooku, lajkuje to tysiąc osób, przychodzi trzy tysiące i masz tzw. akcję – o ile prościej i sprawniej wyglądałaby nasza komunikacja ze światem, gdybyśmy dysponowali Facebookiem, Instagramem, czy innymi zdobyczami świata Internetu.

Masz poczucie, że wasz ruch coś zmienił?

Oczywiście. Mieliśmy wpływ na świadomość bardzo wielu osób, a także członków korporacji produkujących lekarstwa, przedsiębiorstw czy lokalnych społeczności. Nie zmieniliśmy czy nie wykluczyliśmy na trwałe rasistowskich zachowań, ale wiem, że nasza działalność przysłużyła się wielu osobom – w tym przede wszystkim chorym i ich rodzinom. Często zarażeni umierali w samotności, bo bliscy się od nich odwracali. W takich wypadkach Act Up stawała się swoistą rodzina zastępczą dającą wsparcie i poczucie bezpieczeństwa, miłości do ostatnich chwil.

Czy to prawda że Act Up pomagała organizować eutanazje w ostatnich stadiach choroby?

Rzeczywiście były takie przypadki. Pomagali nam lekarze, pielęgniarki, sporo osób z sektora publicznej służby zdrowia – robili to za darmo, w imię pewnych zasad. To nie były fanaberie. Niektórzy nosiciele na przykład nie przyjmowali lekarstw, ich organizm je odrzucał – skutki uboczne były za duże – więc choroba postępowała u nich szybciej. Ci chorzy w takich wypadkach mogli liczyć na nasze wsparcie w każdym aspekcie życia.

Dzięki naszym akcjom kilka korporacji medycznych nie zarzuciło swoich badań nad konkretnymi lekami – dzisiaj służą nowym pokoleniom. Udało się też przeforsować kilka postulatów odnośnie refundowania lekarstw, więc są i takie zasługi. Tego nikt nam nie odbierze. Każdego z nas wciągnęło później życie, na szczęście pewne postulaty zostały wdrożone w polityczne plany partii rządzących, więc czuliśmy, że możemy złożyć broń. A poza tym byliśmy też zmęczeni walką. Tak po prostu. Patrząc z perspektywy czasu, to była logistyczna, wieloetapowa praca. Na szczęście wciąż uważam, że tego typu inicjatywy mają sens i mogą wiele zmienić.
A kino?

Kino może to udokumentować, pięknie o tym opowiedzieć, tym samym uświadomić, wzruszyć, porwać na moment wielu widzów na całym świecie. Ale nie ma siły sprawczej. Jestem za dorosły, żeby wierzyć w to, że kino potrafi zmieniać ludzi na lepsze. Kino rzadko kiedy ma wpływ na mentalność, czy poglądy. Może sprawić, że przez chwilę poczujemy się kimś innym – albo wreszcie sobą – ale nie zainicjuje zmian na przykład w podejściu polityków do pewnych kwestii. O to musimy zawalczyć sami.

Dzisiaj, kiedy mój film wchodzi na ekrany w różnych częściach Europy, mam poczucie – silniejsze niż 25 lat temu – że żadne wywalczone prawa nie są nam dane raz na zawsze. Mówię to z pewną goryczą.

Robiłem film niesiony wielką energią, ale także z poczuciem straty i żalu, iż nie powstał 15 lat wcześniej, a teraz widzę, że „120 uderzeń serca” trafia dokładnie w swój czas. Jako reżyser jestem szczęśliwy, jako człowiek, aktywista, gej nastawiam się na ponowną walkę. Ona wciąż trwa.

Materiał powstał we współpracy z Gutek Film

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...