Fragment plakatu "Anioły w Ameryce", reż. Mike Nichols. Emma Thompson jako Anioł.

Roy Cohn w „Aniołach w Ameryce” powiedział: „Nie chce wiedzieć, jakie jest prawo, chcę wiedzieć, kim jest sędzia”. W ustawie o związkach partnerskich chodzi o władzę i podległość. Ci, którzy mają władzę, nie martwią się o prawo, bo im nie przeszkadza. Ci, którzy jej nie mają, nie mogą zainterweniować w prawo, bo broni go szwadron hipokrytów.

REKLAMA
Roy Cohn był amerykańskim prawicowym adwokatem w epoce komisji McCarthy'ego oraz jest fikcyjnym demonicznym prawnikiem z „Aniołów w Ameryce”, dramatu Tony'ego Kushnera, a potem filmu Mike'a Nicholsa i polskiego przedstawienia Krzysztofa Warlikowskiego. Al Pacino jako Roy Cohn w pewnym momencie wyznaje swojemu, borykającemu się z homoseksualną orientacją, asystentowi: „Uprawiam seks z mężczyznami. Ale w przeciwieństwie do każdego innego mężczyzny, który to robi, zabieram faceta, którego pieprzę, do Białego Domu, a prezydent Reagan uśmiecha się do nas i podaje mu rękę.” Roy Cohn jest homoseksualistą i nie kryje się z tym, a jednak pozostaje traktowany tak, jakby codziennie przychodził do swojej żony i dzieci na obiadek.
Słowa Cohna dosadnie pokazują, że tak naprawdę zupełnie nie chodzi o to, z kim chodzisz do łóżka, ale o to, ile masz władzy. Jeśli będziesz mieć jej wystarczająco dużo, możesz sypiać z kim chcesz, a wszyscy i tak będą darzyć cię społecznym szacunkiem. To usankcjonowana hipokryzja. Jeśli nie masz władzy, ci w jej posiadaniu z upodobaniem będą zaglądać ci do łóżka i komentować, z kim żyjesz. Jeśli masz władzę – nikt nie nazwie cię lesbą, pedałem, czy ”żyjącym w grzechu”. A jeśli nawet – zrobi to po cichu, za twoimi plecami, bo będzie się obawiał twoich wpływów.
Politycy w Sejmie nie potrzebują ustawy o związkach partnerskich, bo mogą żyć i chodzić do łóżka z kimkolwiek, a i tak prezydent będzie się do nich uśmiechał i podawał im rękę. Ten, kto rozdaje karty w „nadawaniu odpowiedniego rzeczom słowa”, rzadko musi potem z tymi słowami żyć.
Ustawa o związkach partnerskich dałaby nam, obywatelom, odrobinę więcej władzy do tego, żeby odzyskać język dla siebie i zmienić naszą codzienność – sprawić, żebyśmy byli dopuszczani do ukochanej osoby, kiedy leży w szpitalu, żebyśmy mogli dokonywać wspólnego rozliczenia podatkowego i byli zauważani jako podmiot społeczny. Nie chcemy władzy, aby krzywdzić, aby nadużywać. Chcemy jej po to, aby móc żyć godnie, chociaż ostatnio z trybuny sejmowej nazwano te dążenia niegodnymi. Nie dajmy się zaszantażować rozmaitym Roy Cohnom, którzy maja władzę i nie chcą jej oddać, żeby tylko oni mogli robić, co im się żywnie podoba. I niech posłowie uważają – bo kiedy stracą władzę, to z kim rano jedzą śniadanie, może znów zyskać na znaczeniu.