
Na pozór wygląda normalnie, jak każda dziewczyna w jej wieku. Jednak w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Choć przepada za dobrym jedzeniem, od dwóch lat nie je normalnie, tylko przez kroplówkę. 29-letnia Ania niespełna trzy lata temu dowiedziała się, że choruje na zaburzenie motoryki przewodu pokarmowego.
Ania nie może jeść ani pić w tradycyjny sposób. Uniemożliwia jej to wspomniane na początku zaburzenie motoryki przewodu pokarmowego, czyli paraliż żołądka i jelit oraz zaburzenia wchłaniania jelitowego. Wskutek tych dysfunkcji jej układ pokarmowy jest całkowicie niewydolny. – W skrócie jest to paraliż żołądka i jelit, a zatem niewydolność tych organów. W wyniku tego nie mogę ani pić, ani jeść doustnie i muszę być stale odżywiana pozajelitowo, a więc drogą dożylną – mówi w rozmowie naTemat Ania.
Nagle jednak w wyniku postępu choroby, mój układ pokarmowy całkowicie wyłączył się z działania i napicie się nawet zwykłej wody, zaczęło powodować szereg objawów nie do zniesienia. Niewyobrażalny ból, ulewania, brzuch wielkości piłki do kosza, całkowite zatrzymanie wypróżnień.
Nic, co do tamtej pory stanowiło jakiekolwiek znane mi dotychczas problemy trawienne, nie mogło się z tym równać. Zaczęłam momentalnie niknąć w oczach. W niecałe trzy miesiące straciłam 15 kilo mojej wagi. Doszłam do 35 kilo i niemalże umarłam z głodu i wyniszczenia. Życie uratowało mi żywienie pozajelitowe, na którym jestem do dzisiaj
Jej codzienność na jedzeniu w kroplówce nie należy do łatwych. Ania ma wszczepiony w klatce piersiowej specjalny cewnik naczyniowy, który nazywa się Broviac.
To 3-litrowy worek wypełniony specjalnie przygotowanym białym płynem, zawierającym wszystkie niezbędne do życia składniki odżywcze, które normalnie są dostarczane człowiekowi poprzez jedzenie i picie doustne. Taka mieszanina jest wprowadzana prosto do krwiobiegu i musi spełniać bardzo restrykcyjne normy i standardy, aby mogła bezpiecznie zmieszać się w ludzkim ciele z krwią. Zasady przygotowania oraz podłączania i odłączania żywienia również są bardzo restrykcyjne i wymagają niemałej precyzji, a także opanowania metod zachowania absolutnej sterylności.
Żywienie pozajelitowe nie pozostaje bez wpływu na organizm, tym bardziej, jeśli jest to jedyna forma odżywiania, a nie dodatkowa. Wpływa ono mocno na wątrobę, nerki oraz niesie za sobą ryzyko zatoru lub sepsy, którą niestety przechodziłam już dwa razy w tym roku i cudem udało mi się przetrwać. To są aspekty zdecydowanie najtrudniejsze. Reszta żmudnej codzienności jest przy tym mniejszym złem.
Moja choroba należy do jednej z tych, która nie manifestuje się w wyglądzie zewnętrznym i to jak wyglądam, nie zawsze odzwierciedla jak się czuję. Miewam czasem lepsze dni, gdy mogę chociażby wyjść na krótki spacer, spotkać się na chwilę z przyjaciółmi, załatwić jakąś sprawę na mieście, czy zrobić niewielki zakupy. Niestety takich dni jest naprawdę stosunkowo niewiele i w większości czasu choroba zamyka mnie w murach mojego domu, a często też zmusza do leżenia w łóżku lub pobytów w szpitalach.
Choroba Ani jest rzadkim przypadkiem. Szansą na poprawienie jej stanu zdrowia jest terapia własnymi komórkami macierzystymi, która odbywa się w USA i Meksyku. Niestety, leczenie jest bardzo kosztowne i w żaden sposób nie jest refundowane przez NFZ. – Dlatego mam założone subkonto w fundacji, na którym zbieram środki na ten cel. Potrzeba jednak czasu na uzbieranie tak astronomicznej kwoty jaką jest 250 tys. złotych, a czas nie jest sprzymierzeńcem w mojej chorobie – podkreśla 29-latka.
Niekiedy kabel wyłaniający się spod mojej bluzki i plecak z kroplówką wewnątrz pokazuje innym, że mój stan jest realny. Generalnie choroba budzi wiele zróżnicowanych reakcji: niedowierzanie, szok, ale również wsparcie, entuzjazm, a czasem nawet podziw, że jestem wstanie z tym funkcjonować. W pierwszym momencie ludzie też czasem nie wiedzą, co powiedzieć i nie potrafią sobie wyobrazić tego, że da się żyć, nie mogąc jeść ani pić.
