Siedział w jednej celi ze Stanisławem Gawłowskim. "Mówił do mnie: 'Bartek, k***, ja już nie dam rady'"

Stanisław Gawłowski spędził w areszcie trzy miesiące
Stanisław Gawłowski spędził w areszcie trzy miesiące Fot. Cezary Aszkielowicz / AG
Polityk PO Stanisław Gawłowski spędził trzy miesiące w areszcie w Szczecinie, a jego współlokatorem w celi był... były funkcjonariusz Służby Więziennej. Bartosz Nowak w rozmowie z naTemat opowiada o swojej przyjaźni ze "Staszkiem", o tym, jak traktowano Gawłowskiego za kratkami i dlaczego uważa, że był to tzw. areszt wydobywczy.

Jak znalazł się pan w jednej celi ze Stanisławem Gawłowskim? Jaka jest pana historia?

Bartosz Nowak: Przez osiem lat byłem funkcjonariuszem Służby Więziennej w Zakładzie Karnym we Wronkach. Zostałem pomówiony przez trzech skazanych, recydywistów, że handluję narkotykami na terenie tej jednostki. Prokurator zastosowała tymczasowe aresztowanie.

Staszka najpierw "poznałem" z telewizji. Wcześniej nie interesowałem się polityką, ale będąc w sanatorium (tak nazywam areszt, bo źle mi się kojarzy) dużo oglądałem telewizję i poznałem jego historię.

Ktoś do pana przyszedł i powiedział: "teraz będzie pan dzielić celę z byłym sekretarzem generalnym PO"?

W pewnym momencie przyszedł oddziałowy i poinformował, że za trzy, cztery dni trafi do mnie poseł Gawłowski. Spytał, czy może dzielić ze mną celę. Później o to samo pytała pani wychowawczyni.

Byłem jeszcze wtedy czynnym funkcjonariuszem. Przepisy są takie, że funkcjonariusz może siedzieć tylko z innym funkcjonariuszem, bo inaczej bylibyśmy w jakiś sposób zagrożeni przez skazanych czy tymczasowo aresztowanych.

I rzeczywiście, chyba po czterech dniach od rozmowy z oddziałowym pojawił się Staszek.

Jakie były te pierwsze dni?

Ja byłem bardziej przystosowany po ośmiu latach pracy w służbie więziennej, byłem wychowawcą penitencjarnym w największym więzieniu w Polsce. Staszek nie miał o niczym pojęcia, był przestraszony, załamany, tęsknił za żoną, do której dzień w dzień pisał listy.


Pierwsze dwa tygodnie były bardzo ciężkie. Staszek leżał, patrzył w ścianę, myślał, co dalej robić. Mówił do mnie: "k*** Bartek, ja już nie dam rady". Przeżywał nawet nie siebie, ale żonę, która siedział w domu i płakała. Co tydzień była na widzeniu. Nie życzę tego nikomu.

Ale dał radę.

Daliśmy radę. Staszek zaczął ze mną ćwiczyć, biegać, dobrze się odżywiać. Schudł prawie 10 kilo, lepiej wyglądał, żona była z niego bardzo zadowolona, że tak o siebie dba.

Domyślam się, że sporo rozmawialiście o "sprawie", o zarzutach, które ciążą na Gawłowskim.

Jeśli się jest z kimś w areszcie śledczym, to przebywa się z tą osobą 24 godziny na dobę. Chodziliśmy razem do łaźni, na spacery, razem byliśmy w celi. Opuszczaliśmy ją jak wołał nas psycholog czy wychowawca. Ja Staszkowi opowiadałem mój przypadek, on opowiadał o swoim. Zresztą, niedługo on napisze o tym książkę. My się bardzo polubiliśmy. Nawet po opuszczeniu aresztu spędziliśmy razem wakacje nad jeziorem, poznał moją rodzinę.

Jeśli chodzi o traktowanie Staszka, to było coś niespotykanego. Może mi pan wierzyć, jako funkcjonariusz musiałem mieć Kodeks postępowania karnego w jednym paluszku. Jak widziałem, jak traktują Staszka, wiedziałem, że coś jest nie tak.

Pierwszy przykład – kamery. Nie trzyma się dwóch osób cały czas na kamerze – w celi i ubikacji. Kamerę trzyma się dla jednej osoby, przez pierwsze 14 dni, żeby nic sobie nie zrobiła. Jak są dwie osoby, to jedna drugą pilnuje. A tak długo jak Staszek był ze mną, kamery były włączone.

Poza tym, skąd oni wiedzieli na kilka dni przed umieszczeniem Staszka w areszcie, że on przyjdzie? Nie mam pojęcia, skoro prokuratura w ostatniej chwili zastosowała tymczasowe aresztowanie.

Co funkcjonariusze z tego zakładu karnego mówili o Gawłowskim?

Z wieloma z nich byłem wcześniej na różnych szkoleniach i kursach. Mówili dużo. Że trzeba na Staszka uważać, żeby sobie czegoś nie zrobił. Psycholog mnie brał i mówił, że mam go pilnować. Podpytywali, czy jest załamany.

Staszek był traktowany inaczej. Listy dochodziły do niego bardzo długo, ja czegoś takiego nigdy nie widziałem. Gazety, które dostawał, musiały być cenzurowane. Normalnie cenzuruje prokuratura, a u niego dodatkowo koordynator. To było uciążliwe, bo koordynator nie zawsze miał czas, żeby wydać gazetę w tym samym dniu. Było tak, że przynoszą listy, ja dostaję, a Staszek nie. Tak samo miał z zakupami. Ja chodziłem sam, a Staszek nie mógł, oddziałowemu musiał mówić co chce.

Gawłowski uważa, że to był klasyczny areszt wydobywczy.

Tylko i wyłącznie. Ja czytałem wszystkie jego dokumenty – od prokuratury, adwokata, jakiegokolwiek organu. Mój tata był komendantem policji, wujek jest komendantem CBŚ – jestem typowym funkcjonariuszem. I czytałem, na jakich podstawach aresztowano Staszka. Pierwsza – że prokuratura nie miała czasu na zapoznanie się z tyloma aktami. Druga – że jeśli go nie aresztują, mógłby tworzyć kampanie z dziennikarzami, które mają mu pomóc. To były dwa powody.

Jedna prokurator chciała Staszka wypuścić. Za chwilę okazało się, że została zdegradowana [w czerwcu prokurator Katarzyna Pokorska zrezygnowała i poprosiła o cofnięcie delegacji z Prokuratury Krajowej - red.]. Ja byłem w szoku, że takie coś dzieje się w Polsce. Słyszałem może w telewizji, ale nie widziałem nigdy na własne oczy.

Było widać, że ma bardzo silnych wrogów politycznych. Renia [żona Gawłowskiego] udzieliła wywiadów i powiedziała, że Staszek siedzi za to, że odebrał Rydzykowi pieniądze. Parę dni później dostała zarzuty [prania brudnych pieniędzy].

W pewnym momencie do Staszka przyszli panowie z ABW. Bez zapowiedzi, prokuratura nie dała znać. Dopytywali go o różne rzeczy, chcieli pewnie coś wymusić. Pierwszy raz się spotkałem, że ABW wchodzi jak chce, bierze zatrzymanego do pokoiku, potem go wypuszcza.
Myśli pan, że ta sprawa skończy się dla Gawłowskiego pozytywnie?

Mam nadzieję. To nie jest zły człowiek, nie zasłużył na trzy miesiące takiej tragedii. Ale jeśli wygra PiS, pewnie wróci do aresztu. Zrobili to raz, zrobią drugi. Czy pan wie, że oni zabronili mu spotykać się z własnym synem? Odmówiono mu widzenia [teściowie pasierba Gawłowskiego są właścicielami apartamentu w Chorwacji, który według śledczych miał być łapówką dla polityka, usłyszeli zarzuty – red.]. Nawet przy grupie przestępczej ojciec i syn mogą się widzieć, bo to jest najbliższa rodzina. Renata ma zakaz spotykania się z osobami, które brały udział w zakupie mieszkania w Chorwacji. Nie mogli iść na chrzciny własnych wnuków. Wie pan jak oni to przeżywali...

Staszek nie wmawiał mi nic złego o PiS. Opowiadał mi konkretne historie i kazał samemu ocenić. Ja mówię: "nie wierzę, to są legendy". A za chwilę przychodzi np. papier, że w sumie Gawłowski nie był w stanie przyjąć łapówki, a przecież nadal siedzi.

Staszek pytał mnie nawet, czy nie chciałbym spróbować polityki. Ja po trzech miesiącach powiedziałem: wolę iść pracować na budowie, niż mieć takich wrogów jak on.

Pan, podobnie jak Gawłowski, jest teraz na wolności. Jak się skończyła pana sprawa?

Nie skończyła się, dopiero się zacznie za 3-4 lata. Osoby, które mnie pomówiły, wycofały się z zeznań, a prokuratura nie miała na mnie nic więcej. Zaczynało się od zarzutu prowadzenia grupy przestępczej o charakterze narkotykowym, potem był udział w grupie przestępczej, a teraz tylko przekroczenie uprawnień, że niby miałem wiedzę o handlu narkotykami. Moja sprawa musi się skończyć uniewinnieniem, nie miałem z tym nic wspólnego. Jestem sportowcem, trenerem personalnym, sam wychowuję 13-letnią córkę. Dlatego też mnie wsadzili i przez osiem miesięcy chcieli złamać.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...