
Setki osób w całej Polsce nie mogło wziąć udziału w niedzielnym głosowaniu. Pomimo tego, że złożyli wniosek o dopisanie do rejestru wyborców w terminie, zostali odprawiani z kwitkiem w lokalach wyborczych. Wszystkie podmioty, które brały w tym udział, przerzucają się winą.
Jestem jedną z tych osób, które wysłały wniosek o dopisanie do rejestru wyborców na ostatnią chwilę. Udało mi się zarówno założyć i potwierdzić profil zaufany w terminie czyli 16 października, jak i wypełnić formularz. Czekałem na jakiekolwiek potwierdzenie lub chociaż odmowę, ale się nie doczekałem. Poszedłem jednak do lokalu pełen nadziei.
W formularzu platformy ePUAP zabrakło możliwości dodania skanu dokumentu potwierdzającego, że rzeczywiście mieszka się w danym mieście. Dowód osobisty nie jest przecież żadnym dowodem. Zabrakło też chociażby krótkiej informacji o tym, że można wysłać do urzędu skan np. umowy najmu mieszkania, rachunek za gaz lub stronę PIT-a.
Również Państwowa Komisja Wyborcza nie ma sobie nic do zarzucenia. Przerzuca winę nie na gminę, jak resort, ale na... wyborców.
Ministerstwo Cyfryzacji obwinia gminy. Zadzwoniłem zatem do urzędu miasta Warszawy. Okazało się, że można było zapobiec perturbacjom z głosowaniem.
