Netflix ma prawdziwy hit. To skrzyżowanie "Homeland" i "House of Cards", przy którym zjadłam swoje paznokcie

"Bodyguard" najpierw zachwycił Brytyjczyków, teraz zachwyca resztę świata
"Bodyguard" najpierw zachwycił Brytyjczyków, teraz zachwyca resztę świata Fot. Netflix / materiały promocyjne
BBC umie w seriale, a Netflix ma oko do dobrych tytułów. "Bodyguard", thriller od twórcy doskonałego "Line of Duty", to jedna z najlepszych produkcji, która ostatnio ukazała się na małym (i jeszcze mniejszym) ekranie. Przygotuj się na sześć godzin wpatrywania się w ekran i obgryzania paznokci z emocji.

Nie wiem, czy stacja BBC spodziewała się, że jej nowy serial, który nazywa się tak samo jak melodramat z Whitney Houston i Kevinem Costnerem, będzie aż takim fenomenem. Ale stało się to jasne już po pierwszym, wyemitowanym 26 sierpnia w Wielkiej Brytanii, odcinku.

Ba, to stało się już jasne po pierwszej sekwencji, kiedy nasz bohater musi udaremnić zamach terrorystyczny w pociągu, którym wraca z dziećmi do Londynu. Dość powiedzieć, że dawno nie odczuwałam takiego napięcia podczas oglądania serialu. Już po tych kilkunastu minutach wiedziałam, że nie odejdę od ekranu, dopóki nie obejrzę tego serialu do końca.
Zresztą nie tylko ja. "Bodyguard" to największy hit BBC od lat. Znaczna część brytyjskich krytyków i widzów od razu nazwała serial najlepszą produkcją 2018 roku. A nawet jeśli nie najlepszą, to na pewno jedną z popularniejszych.
Jak ujawniła stacja BBC w oficjalnych statystykach, dramatyczny ostatni odcinek obejrzało 10,4 miliona Brytyjczyków, a jego szczytowy moment nawet 11 milionów. Robi to wrażenie. Poprzedni rekord należał do kostiumowego "Downton Abbey".

Także nie ma co się dziwić, że Netflix z miejsca "Bodyguarda" kupił. Od piątku możemy zarywać noce ten przez serialowy thriller, a Brytyjczycy nam zazdroszczą. Bo my możemy obejrzeć wszystkie sześć odcinków za jednym zamachem, a oni musieli czekać na każdy odcinek tydzień.
Co w przypadku "Bodyguarda" jest naprawdę torturą.


Kto komu zagraża
O „Bodyguardzie” trudno coś powiedzieć, żeby nie zdradzić fabuły. Bo ta aż skrzy się od emocji, zwrotów akcji, sensacyjnych sekwencji i zaskoczeń.

Tytułowy bodyguard to David Budd (Richard Madden, czyli Robb Stark z "Gry o tron" i Książę z "Kopciuszka"), weteran wojenny, który wyraźnie cierpi na stres pourazowy, co nie pomaga mu w życiowej roli męża i ojca. Nie pomaga zresztą również za bardzo w pracy zawodowej – David jest bowiem sierżantem i pracuje w sekcji RaSP w londyńskiej policji, która zajmuje się ochroną polityków czy biznesmenów.

Bohaterowi zostaje przydzielona od ochrony ambitna minister spraw wewnętrznych Julia Montague (znana z Line of Duty Keeley Hawes), co już samo w sobie ma dramatyczny potencjał – bohaterowie, którzy są od siebie skrajnie różni, muszą bowiem zbudować relację opartą na zaufaniu. A jest to trudne. Bo wyobraźmy sobie, że musimy chronić osobę, która popierała wojnę w Afganistanie, czyli tę, z której wróciliśmy i która zamieniła nasze życie w koszmar.
Ale zaufanie jest konieczne, bo w Londynie ktoś przeprowadza serię ataków terrorystycznych (co niestety nie jest wyłącznie fabularną fikcją), poziom zagrożenia maksymalnie rośnie, a Montague jest na celowniku. Napięcie sięga zenitu, nie ma czasu na prywatne animozje.

Sześć godzin stresu
Jed Mercurio, ojciec "Line of Duty", czyli jednego z najpopularniejszych serialów kryminalnych ostatnich lat, wie, jak zaintrygować widza. Nic nie podaje na tacy, nie mówi niczego wprost. Snuje polityczno-kryminalną intrygę, w którą wplątani są i terroryści, i czołowi politycy, i służby bezpieczeństwa, i weterani wojenni. I sam Budd, który znajdzie siebie w samym środka tego żarzącego się od emocji kotła.

Muszę się przyznać, że na początku wydawało mi się, że potrafię tę intrygę rozwiązać. Ale Mercurio bezlitośnie grał z widzem – kiedy wydawało się już, że coś się klaruje, wrzucał scenę, która sprawiła, że całą nasza teorię szlag trafił.
To samo tyczyło się zresztą samych bohaterów, zarówno naszego ochroniarza i minister, jak i postaci z dalszego planu: pracowników brytyjskiego MSZ, policjantów czy agentów bezpieczeństwa. Postaci odsłanianie są stopniowo, do końca nie wiesz, komu ufać, a komu nie. Tak wielowymiarowi bohaterowie nie zdarzają się często.

I te sceny akcji! Sceny terrorystycznych ataków, pościgów, negocjacji z terrorystami dosłownie wbijają w fotel. A ostatni odcinek jest już apogeum tego nieopadającego przez sześć godzin napięcia. Obgryzałam paznokcie i co kilka minut włączałam pauzę, żeby odetchnąć.
Chcemy więcej!
"Bodyguard" jest tak dobrym serialem, że kiedy już obejrzysz to sześć odcinków w jedną noc, to będzie ci zwyczajnie smutno. Bo każdy lubi dobre intrygi i dobre emocje, a tu jest w ich nadmiarze.

To takie skrzyżowanie "Homeland" z "House of Cards" i "Line of Duty". I w sumie trochę z... "Bodyguardem" z Houston i Costnerem. Ale żadnych spoilerów, spokojnie.
BBC i Mercurio już przebąkują, że może będzie drugi sezon. Media z kolei spekulują, że Madden, który w "Bodyguardzie" daje prawdziwy aktorski popis, ma olbrzymie szanse na zostanie kolejnym po Danielu Craigu Jamesem Bondem.

Pewne jest jedno. "Bodyguard" jest tak świetnym serialem, że nie da ci zasnąć.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...

KONWENCJA PIS

PARTIA RZĄDZĄCA SZYKUJE SIĘ DO ROKU WYBORCZEGO