Historii nadal uczy się wybiórczo: oto ponad 300 stron dowodów

Czy w podręcznikach do historii kogoś przypadkiem nie brakuje? "Brakująca połowa dziejów" to dowód, że tak.
Czy w podręcznikach do historii kogoś przypadkiem nie brakuje? "Brakująca połowa dziejów" to dowód, że tak. Fot. Marta Frej
Poszukiwanie kobiecych bohaterek w podręcznikach do historii to rozrywka z gatunku „Gdzie jest Wally?”. Problem w tym, że w przeciwieństwie do popularnej dziecięcej gry obrazkowej bystre oko na niewiele nam się tu zda. Metaforyczny „Wally”, w wielu epokach czy dziedzinach, będzie po prostu nieobecny. Zamiast więc tracić czas na mało produktywne aktywności, lepiej poszukać czegoś innego: książki Anny Kowalczyk w najbliższej księgarni.

„Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich” autorki bloga boskamatka.pl, z ilustracjami niezawodnej Marty Frej, to książka, która wielu może się nie spodobać. Bo kto to widział, żeby teraz, po latach, a nawet dziesiątkach setek lat, stwierdzać, że kobiety nie były tylko „żonami przy mężach” czy „szyjami, które kręciły męskimi głowami”? Dowodzić, że ich zasługi w formowaniu przeróżnych sfer życia wcale nie były marginalne?

Brak postaci kobiecych na kartach historii można bardzo łatwo zracjonalizować, mówiąc: „Takie były czasy”. Królowa Bona, Maria Skłodowska-Curie to wciąż według wielu tylko wyjątki potwierdzające regułę mówiącą o tym, że skoro kiedyś kobiety nie mogły studiować, głosować, startować w wyborach czy w ogóle decydować o samych sobie, to nie miały tym samym wpływu na bieg wielkiej historii.

Kowalczyk postanowiła nas przekonać o tym, że przykładów kobiet, które pomimo przeciwności, łamały społeczne konwencje, jest mnóstwo.
Szukajcie, a znajdziecie
Pocieszający jest fakt, że pomimo zapomnienia, na jakie skazywano wiele ważnych kobiecych postaci, autorka wcale nie miała problemu ze zgromadzeniem potrzebnego materiału — bardziej z jego selekcją:


— W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że dostępna wiedza o historii kobiet na ziemiach polskich jest aż tak obszerna. Że — choć jako dyscyplina naukowa historia kobiet narodziła się w Polsce dopiero dwadzieścia kilka lat temu — poświęcono jej tyle tomów i tyle tysięcy stron — pisze we wstępie.

Mając dostęp tylu materiałów, Kowalczyk ochoczo zabrała się do pracy. I utknęła:

— Naiwnie sądziłam, że jak zwykle zadam kilka właściwych pytań, przeczytam kilkanaście książek, może kilkadziesiąt artykułów, odwiedzę parę muzeów i na taką niewielką książeczkę, bryk, vademecum, wstęp i zaproszenie do zainteresowania się tematem to w zupełności wystarczy. Bardzo się pomyliłam — przyznaje szczerze, dodając, że wielokrotnie łapała się na tym, że zgłębia się w rejony nie do końca jej bliskie. — Za kogo ty się uważasz, Kowalczyk? Za cholernego Normana Daviesa? — zdarzało się jej pomyśleć.
Warto tu zaznaczyć, że autorka rzeczywiście nie pretenduje ani do roli badaczki, ani naukowczyni. Jej książka powstała z pasji: setek przeczytanych lektur i rozmów ze specjalistami.

W dodatku herstorie „Brakującej połowy dziejów” są opowiedziane językiem, do którego Kowalczyk przyzwyczaiła czytelników swojego bloga — lekkim, ironicznym, dosadnym.
Autorce udaje się w przystępnych słowach wyjaśniać pojęcia zawiłe, do których zawodowi historycy dorobiliby masę przypisów. Nauka przez zabawę? Jak widać działa również w przypadku dorosłych.

Lekkość warstwy językowej nie oznacza, że informacje zawarte w „Brakującej połowie dziejów…” nie są naukowo umocowane — wręcz przeciwnie. Jak na pozycję skierowaną do przeciętnego czytelnika przystało, książka nie onieśmiela rzędami drobnych cyferek w indeksach górnych — jeśli chcecie dodatkowo pogłębiać znajomość poszczególnych zagadnień, pomocą służy obszerna bibliografia.
Zrozumienie losów milionów kobiet na przestrzeni wieków jest w książce Kowalczyk o tyle łatwiejsze, że „Brakująca połowa dziejów” nie skupia się też na tworzeniu minimonografii najważniejszych kobiecych postaci na przestrzeni wieków. Zamiast tego każdy z rozdziałów poświęcono konkretnej dziedzinie: religii, edukacji, pracy, sztuce, wojnie i polityce.

I tak, dzięki autorce, nagle uzmysławiamy sobie, że to kobieta stoi za powstaniem pierwszej polskiej książki. To również Polka była pierwszą kobietą w historii kościoła, na którą nałożono imienną ekskomunikę.

Dowiadujemy się, że jedna z nas już w 1869 roku postulowała wprowadzenie edukacji seksualnej do powszechnych programów nauczania, a inna, kilka wieków wcześniej, stworzyła staropolski „podręcznik do biznesu”, z którego sztuki zarządzania folwarkami uczyli się panowie sarmaci.

Pianistka Maria Szymanowska była jedną z pierwszych kobiet w historii, która potrafiła utrzymać siebie oraz dzieci z zawodowego uprawiania muzyki. I nie, nie zmusiła jej do tego konieczność — Szymanowska sama podjęła decyzję, aby odejść od męża. Z kolei urodzona w 1840 roku Helena Modrzejewska, zwana Księżną Teatru, nawet według dzisiejszych standardów pozostaje najsławniejszą polską reprezentantką sztuki teatralnej.
Nietrudno domyślić się, że to kobieta wyszywała jeden z najsłynniejszych sztandarów w historii Polski — ten z hasłem „Żywią i bronią, niesiony przez kosynierów podczas powstania kościuszkowskiego. Ale już mniej powszechna jest wiedza na temat bohaterek, udzielających się na liniach frontu: czy to w charakterze sanitariuszek (których obowiązki wcale nie ograniczały się do zakładania temblaków i bandażowania głów), czy też w charakterze pełnoprawnych żołnierek.

Kowalczyk poświęca również nieco miejsca mężczyznom, których zasługi bywają pomijane tak samo, jak osiągnięcia wielu kobiecych liderek. Mowa o emancypatorach czy też feministach — tych, którzy, jak pisze Kowalczyk, „opowiadając się po stronie równości, często narażali na szwank swój autorytet, a siebie na drwiny, afronty czy środowiskowy ostracyzm”. Potraficie wymienić choć jednego? No właśnie.

Wartością książki, o której nie można nie wspomnieć, są ilustracje otwierające każdy z rozdziałów: charakterystyczną kreskę Marty Frej rozpoznacie na pierwszy rzut oka. Trudno o lepszy wybór, bo krótkie komiksowe formy częstochowskiej artystki już dawno zdążyły się wpisać w kanon polskich środków feministycznego wyrazu.
Dlaczego nie znamy historii kobiet?
Naukowy wysiłek, jaki w stworzenie swojego kompendium włożyła Kowalczyk, to jedno. Warto pochwalić ją również za odwagę w innej kwestii: na końcu książki stara się dać odpowiedź na pytanie, które być może dzięki twórcom takim, jak ona sama, już niedługo przestanie być zasadne, a mianowicie: „Dlaczego nie znamy historii kobiet?”.

— Dlaczego niemal każda dyskusja o umieszczeniu kobiecych wizerunków na banknotach albo nazwisk w nazwach ulic, o przyznawaniu odznaczeń i uczczeniu pomnikiem czy tablicą pamiątkową kończy się przewidywalnym do bólu pohukiwaniem o przepisywaniu historii na siłę i doszukiwaniu się zasług tam, gdzie ich nie ma? — pyta Kowalczyk.

Winowajców autorka wymienia kilku: wśród nich język polski oraz uformowany zgodnie z prawidłami skostniałego systemu pamięci zbiorowej dyskurs historyczny. Wspomina również o nieszczęsnych podręcznikach i podaje dowody na to, że naszą wiedzę od lat czerpiemy z pozycji, w których męska perspektywa jest perspektywą jedynie słuszną.

Pytanie, czy przypadkiem nie robimy tego trochę na własne życzenie? To, że książki do historii mają braki, wiadomo nie od dziś. Dzięki Kowalczyk do nadrabiania zaległości na własną rękę mamy coraz mniej wymówek.

Artykuł powstał we współpracy z Grupą Foksal.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...