Niedoszły poseł PiS, klient dilera gwiazd. "Dzień zaczynał się od tego, żeby jak najszybciej zdobyć kokainę"

Filip Wiśniewski w wyborach parlamentarnych w 2015 roku był jednym z najmłodszych posłów na listach Prawa i Sprawiedliwości.
Filip Wiśniewski w wyborach parlamentarnych w 2015 roku był jednym z najmłodszych posłów na listach Prawa i Sprawiedliwości. Fot. Agnieszka Borsów
– W życiu miałem tak, że jedną ręką otwierałem sobie absolutnie każde drzwi, a drugą je zamykałem. I za to odpowiedzialna była kokaina. Doszedłem wreszcie do tego, że mogłem nad czymś pracować na pełnych obrotach, ale na koniec wszystko się rozsypywało, bo ja zawalałem – szczerze przyznaje Filip Wiśniewski, niedoszły poseł PiS, typowany na wiceministra sportu w rządzie Beaty Szydło.

Teraz bulwarówki piszą o panu: najlepszy klient dilera gwiazd, człowiek, który kupił u niego ponad 2,5 kilograma kokainy, niedoszły poseł PiS. Przeszkadza panu taka łatka?

Tę łatkę przypięły mi media. Nie jest prawdą, że kupiłem taką ilość kokainy. To zostało wymyślone przez funkcjonariuszy, którzy mnie przesłuchiwali. Oni sami to policzyli, a ja byłem w takim stanie, że przytakiwałem. Chciałem, żeby to się już skończyło.

Wiele informacji, które znalazły się w mediach, w tym w książce "Diler gwiazd", to zwyczajne bzdury. Nie będzie tajemnicą, że w tej chwili przygotowuję własną książkę, która ukaże się najpewniej w połowie przyszłego roku.

To będzie zapis pana wychodzenia z nałogu?

To będzie książka o genezie i problemie uzależnienia. Chciałbym pokazać, że da się wyjść z nałogu. Nikt z państwa nie zdaje sobie sprawy z tego, czym jest tak silne uzależnienie, jakie miałem.

To był bardzo dramatyczny i ciężki etap mojego życia. Tylko rodzina i przyjaciele wiedzą, jaka to była walka. Nie o pieniądze, ale o zdrowie, kontakty i możliwości.

A w książce "Diler gwiazd" zaprezentowano informacje, które nie mają nic wspólnego z wychodzeniem z nałogu, a z sensacją. Takie mam w życiu szczęście, że jednego wieczora gram w piłkę nożną z Donaldem Tuskiem, a drugiego jem obiad z prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Ale te okładki z tytułem "polityk PiS", to całe show, było zwyczajnie przesadzone. Jaki był ze mnie polityk PiS? Może przez miesiąc nim byłem.

Oczywiste jest, że chodziło o to, by Filipem Wiśniewskim uderzyć w PiS.

No tak. Ja się tego nie boję. Bo wszyscy, którzy byli obok mnie, wiedzieli o moim problemie.

Politycy PiS także?

Oni akurat nie wiedzieli. Nie uznałem, że jest to coś, o czym muszę informować każdą osobę.

Mimo uzależnienia od kokainy, nie wycofał się pan ze startu w wyborach parlamentarnych w 2015 roku.

Już wtedy nie mogłem się wycofać.

Uzyskał pan 468 głosów.

Tak naprawdę to przez tydzień prowadziłem kampanię, którą przygotował Tomek Dudziński. On był kiedyś szefem kampanii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ta moja kampania mogła być wygrana. Taki mieliśmy cel, żeby zdobyć ten mandat. Wyszło, jak wyszło.

Przestał się pan angażować w kampanię, bo bał się pan, że na światło dzienne wyjdzie sprawa dilera gwiazd Cezarego P. i w ten sposób tylko pogrąży pan PiS?

Nie. Wiem, że z afery związanej z Cezarym P. też bym wybrnął. Przyczyny były zupełnie inne – chodziło o zależności wewnętrzne. Szczerze przyznam, że nie spodziewałem się, że nastąpi taki ogromny atak mediów na moją osobę. Zostałem zaatakowany jako jeden z całej 20.


Zgodził się pan, by upubliczniać pana nazwisko.

Tak. Ale byłem też wyjątkowo łatwym celem. Nie byłem przecież politykiem, miałem za to problemy prywatne z żoną i dziećmi. Gdyby nie moja rodzina, gdyby nie moi przyjaciele, to w ogóle nie patrzyłbym na to, co piszą media.

Ale absolutnie nie stawiam siebie w roli ofiary, tylko się uśmiecham. I w dużej mierze śmieję się z tego, że media przedstawiają mnie jako polityka PiS, czy wybitną postać polskiej polityki.

Dobrze się pan zapowiadał. Był pan typowany na wiceministra sportu. Miał pan kontakty z najważniejszymi politykami PiS. Jadł obiad z prezesem Kaczyńskim. Miał pan też odwagę zwrócić mu uwagę, gdy podczas obiadu jego krawat wylądował w zupie.

Było wiele sytuacji, kiedy to odwaga zaprowadziła mnie w dobre strony. Prezes Kaczyński to – w mojej opinii – największy polityk XXI wieku. Chociaż cenię też polityczną osobowość Tuska.

Broniła pana ta sama kancelaria, z której usług zawsze korzysta Jarosław Kaczyński. To pomocna dłoń, czy przypadek?

Przypadek. Staram się błyskawicznie reagować na problemy, które się pojawiają. Oczywiste jest to, że potrzebowałem najlepszych adwokatów.

Wielu osobom trudno jest uwierzyć, że to przypadek...

Tak, wiem. Sugerowano mi także, że "moja mama jest prokuratorem", inni doszukiwali się sensacji, że wpłacałem pieniądze na pomnik smoleński. To jest moja sprawa. Jedni wpłacają na koty i psy, a ja wpłacam na Radio Maryja i pomnik smoleński. Jestem nawróconym lemingiem i nie widzę w tym problemu.

Przeglądając pana Facebooka zauważyłam tam wiele zdjęć z politykami PiS: prezes Kaczyński, marszałek Kuchciński.

Celowo panią zaprosiłem.

A ja sobie popatrzyłam. I widziałam, że wciąż ma pan kontakty z politykami PiS.

Mam i będę mieć. Chociaż są oczywiście i tacy politycy, którzy dziś nie chcą mieć ze mną kontaktu. Natomiast oni nie są mi do niczego potrzebni. Coś się kończy, coś się zaczyna. Niektórych rzeczy nie rozumiem, ponieważ uważam, że nie zrobiłem nikomu niczego złego.

Dla mnie większym wstydem jest pokazywanie się z kimś, kto z budżetu państwa bierze pieniądze na bilet lotniczy.

Czy kontakty i zdjęcia z działaczami PiS są zapowiedzią pana powrotu do polityki?


Na dzisiaj nie. Natomiast nie oszukujmy się, gdyby taka sytuacja miała miejsce w Stanach Zjednoczonych, to miałbym już dziś swój talk show, a każda partia chciałaby mieć mnie na swoich listach wyborczych.

Prawdą jest, że ja wygrałem wielką batalię, wielką bitwę. Udało mi się też odeprzeć atak mediów. To wszystko, co pisano na mój temat, wcale mnie nie pogrążyło, tylko wzmocniło. A polityka bardzo mnie interesuje.

No i pewnie czuje pan niedosyt. Blisko było, by został pan posłem PiS, a pojawiają się głosy, że ta partia może rządzić nawet przez 20 lat.

Mam niedosyt. Miałem wtedy tylko 30 lat, to było ogromne docenienie mojej osoby, pracy. I nie ukrywam, że chciałbym być pierwszą osobą, która wygrała wielką bitwę z nałogiem, nie bała się konfrontacji publicznej... Chciałbym, ale na dzień dzisiejszy nie ma takiej możliwości.

W wyborach parlamentarnych w 2015 roku był pan najmłodszym politykiem.

Trzech nas wtedy było w okolicy 30., wszyscy dostaliśmy miejsca.

Posłowie, którzy mieli mnie wtedy pod swoimi skrzydłami, zauważyli moją uczciwość w wyznawaniu koncepcji PiS, wiary, lojalności do samej partii. Nie było tu żadnego przypadku. Byłem obserwowany, moja praca managera sportowego przynosiła medialne korzyści. Udało mi się przeprowadzić kilka dużych transferów do Rosji. Mówię biegle w trzech językach. Zostałem doceniony.

Czyli był pan dla PiS politykiem potrzebnym, takim światowym.

Nie skłamię, mówiąc, że dla wielu polityków ciekawe było to, że osoba ze środowiska, do którego PiS nie ma dostępu – biznesowego, lemingowego – tak uczciwie przeszła na tę stronę "dobrej zmiany".

Jestem obyty, trochę z innego świata, jak premier Morawiecki. Uważam, że błędem PiS jest nieumiejętność dotarcia do tego świata lemingów. A takie osoby, jak ja czy premier Morawiecki, mogą do PiS przekonać ludzi z innych środowisk.

Często ze znajomymi i przyjaciółmi toczę batalie słowne, często staję sam naprzeciw 15 osobo i tylko ja bronię "dobrej zmiany". Przedstawiam im swoje racje, opierając się na tym, co jest linią partii. Bo ja nie żartuję mówiąc, że prezes Kaczyński jest dla mnie wielkim autorytetem, osobowością.

Czyli dla PiS mógłby pan być taką furtką do świata, który jest dla nich niedostępny? I mógłby pan przekonywać tych, których trudno przekonać?


Pewnie tak by to wyglądało.

Mówi się, że wicepremier Beata Szydło chciała, żeby był pan wiceministrem sportu?

To nie jest do końca prawdą. Czuje się oszukany przez Piotra Krysiaka, który pisał tę książkę. W pewnych kwestiach nie przedstawiał tego tak, jak się umawialiśmy. Mam też żal do funkcjonariuszy CBŚ o ich nieudolność. Nie doprowadzili oni do aresztowania osób stojących nad Cezarym P., a skupili się na tym, żeby zrobić show wokół mojej osoby.

Plotką i elementem tego show była też informacja, że imprezował pan z Jackiem Kurskim, obecnym prezesem TVP?


Nie imprezowałem z Jackiem Kurskim. W ogóle go nie znam. Nigdy nawet nigdzie się z nim nie minąłem. A to, że powiedziałem, iż siedzę z panem Kurskim, to był zwykły pijacki i mało sensowny wygłup.

Siedziałem przy stole z wieloma ważnymi osobami. I nigdy nie wyszło na jaw, kto się ze mną bawił, a kto się tylko przyglądał. Fakt posługiwania się nazwiskiem Kurskiego był po prostu zmyśloną sytuacją. Nie mam w zwyczaju mówić, co robię i gdzie siedzę.

I w planowanej książce chcę o tym wszystkim szczerze opowiedzieć. Na tę publikacje namawia mnie wiele osób, od prawicowych dziennikarzy po terapeutę. Książka miałaby być pokazaniem problemu. W tej całej fali anegdotek, chciałbym pokazać, jak wyglądało zawalanie wielu rzeczy i później podnoszenie się.

W życiu miałem tak, że jedną ręką otwierałem sobie absolutnie każde drzwi, a drugą je zamykałem. I za to odpowiedzialna była kokaina. Doszedłem wreszcie do tego, że mogłem nad czymś pracować na pełnych obrotach, ale na koniec wszystko się rozsypywało, bo ja zawalałem.

Napisze pan książkę, rozliczy się z przeszłością i pokaże, jak wyszedł z nałogu. Dzięki prasie bulwarowej Filip Wiśniewski jest znany każdemu Kowalskiemu. Co zamierza pan zrobić z tą popularnością?

Bardzo chcę w przyszłości to wykorzystać i zaprezentować siebie jako osobę wygraną. Nie wiem, czy już dziś jest taka gotowość.

Czyja gotowość: pana, czy otoczenia?

Otoczenia. Natomiast ja jestem gotowy na to, by pokazać i opowiedzieć, że można wyjść z największego piekła i dna. Ludzie lubią historie dużych upadków, ale i historie wygranych walk.

Jest polityk, który również w przeszłości miał problemy z kobietami, narkotykami, nazywa się JFK. Ale ten prawdziwy, nie ci kreowani na niego przez was: Petru i Trzaskowski.

Kennedy pokazał, że można wyjść z problemów i być wielkim politykiem. Ale Ameryka jest bardziej otwarta.
No właśnie, bo jak politycy PiS pana ewentualną kandydaturę mieliby wytłumaczyć twardemu elektoratowi tej partii?

Należałoby odpowiednio ubrać moją historię.

No i warszawscy wyborcy PiS mogliby to kupić, ale ludzie z Podkarpacia?

Wie pani, wszystko jest kwestią odpowiedniego pokazania. Piotr napisał książkę, która opisuje anegdotki z mojego życia, a ja wolałbym pokazać, jak poważnym problemem jest uzależnienie.

Myślę, że w odpowiednim czasie moja historia zostanie opowiedziana i przedstawiona w taki sposób, że ja nie uciekam od odpowiedzialności. Nie musiałem rozmawiać z wieloma funkcjonariuszami, prokuratorem, sądem. Chciałem wskazać pewne rzeczy, ale wykorzystano to do zrobienia sensacji...
To pan uświadomił funkcjonariuszom, że istnieje ktoś taki jak Cezary P.?


Nie. Zatrzymano mnie i wprost mi powiedziano, że nie chodzi wcale o tę konkretną sprawę, o Saxo, od którego wtedy kupiłem narkotyki, ale o Cezarego P. On już wtedy był na widelcu. Wcale nie było tak, że to się ode mnie zaczęło. Podejrzewam, że to się zaczęło od Dariusza Krupy.

Jeśli ktoś pod wpływem narkotyków zabija człowieka...


Ja nikogo nie zabiłem. To było moje prywatne zdrowie, moje prywatne kontakty. I tyle.

Jak manager sportowy uzależnił się od kokainy?

Sportowy styl życia mieli prowadzić piłkarze, nie ja. Pochodzę z rodziny biznesowej. Od wielu lat obracam się w środowisku biznesu. Tempo życia było ogromne. Szampan, piękne kobiety i luksus były codziennością. Narkotyki nie były niczym złym.

Dziś idę z podniesioną głową, znam całą tę fikcję telewizji, mediów, ludzi którzy mają kasę. Nie chcę żyć we mgle, gdzie nie ma wartościowych ludzi, emocji.

Tak jest w tym światku?

To świat, w którym jest dużo fikcji, pieniędzy, świat, w którym nie ma prawdziwych przyjaciół. Nie chcę już gonić za tymi fikcyjnymi marzeniami. Po to pracuję od lat z terapeutą. Uzależnienie to choroba uczuć, emocji.

Teraz inaczej żyje, staram się przeżywać więcej emocji. Chodzę na koncerty, do kina, teatru, czytam książki, wyjeżdżam na wakacje, spotykam się z przyjaciółmi. I absolutnie nie boję się tego pokazywać w kontekście moich prawicowych poglądów.

Musiał pan zmienić otoczenie?

Tak, ze względu własnego bezpieczeństwa chciałem zmienić towarzystwo. Ostatnio przeglądałem w telefonie swoje kontakty. I doszedłem do wniosku, że z wieloma ludźmi z tamtych lat, również osobami publicznymi, dziś nie miałbym o czym rozmawiać.

W jaki sposób poznał pan Cezarego P.?

Poznaliśmy się z Cezarym P. przez znajomego, to było w okolicach Euro 2012. Cezary P. nie był wtedy w tych kręgach medialno-biznesowych osobą tak znaną jak dziś.

Był pan jego najlepszym klientem. Miał pan u niego 100 tys. złotych długu?

Bardziej realne kwoty, które wydałem u Cezarego P., to może połowa tego, co podają media.

Pana problem z kokainą nie rozpoczął się od znajomości z dilerem gwiazd?

Nie. Uzależniłem się właściwie od pierwszego razu, kiedy sięgnąłem po kokainę. Moja walka z nałogiem trwała praktycznie ponad 10 lat. Naprawdę dziękuję dziś Bogu za to, że mam taki, a nie inny rozum i że wyglądam, jak wyglądam. Radzę sobie. Dla mnie to ogromna satysfakcja, że udało mi się przetrwać.

Kiedy pojawiła się myśl, że trzeba zacząć terapię i że to ostatni moment?

Wiele razy w życiu może się udawać. Ale i może się okazać, że ten szósty czy siódmy raz to będzie już za późno. Zdałem sobie sprawę z tego, że wszystko, co się dzieje w moim życiu: problemy, porażki, sukcesy, są po coś. I należy to wreszcie w jakiś poważny sposób wykorzystać. A wiem, że z wielu okazji nie skorzystałem.

Na przykład?

Na przykład przy okazji współpracy z Cezarem Kucharskim. Wiem, że w kontekście biznesowym inaczej powinienem był to wykorzystać. Straciłem wiele, dziś tego nie żałuję. Bo wiem, że mam teraz szansę, by pokazać się od tej dobrej strony.

Co konkretnie pan stracił przez kokainę?

Wiele chwil, sytuacji, ludzi. Nie patrzę na to przez pryzmat pieniędzy, bo nie muszę. Chodzi mi bardziej o chwile, które są esencją życia: emocje, prywatne życie, które mam w rozsypce. Nie mam kontaktu z dziećmi, straciłem wtedy zaufanie rodziców, najbliższych przyjaciół, którzy też dawali mi wiele szans, a ja to wówczas lekceważyłem. Na szczęście udało mi się to wszystko odbudować.

Jak długo jest pan czysty?

Jestem czysty od kilkudziesięciu miesięcy. Ale tak naprawdę dla osoby uzależnionej ważne są każde kolejne 24 godziny.

Jak wygląda życie człowieka uzależnionego od kokainy?

To był dramat. Uciekałem w samotność, siedziałem w domu, w czterech ścianach, przy opuszczonych żaluzjach. Diler przez lufcik w drzwiach podawał narkotyki. To jest prawdziwe oblicze uzależnienia. To był wielki dramat samotności, pustki. Dzień zaczynał się od tego, żeby jak najszybciej zdobyć kokainę.

Wszystko właściwie obracało się wokół narkotyku, nie liczyli się znajomi, rodzina, emocje, chwile, wygląd osobisty, liczył się tylko moment wzięcia narkotyku. A jednocześnie ten moment wzięcia ucinał i urywał wszystko.

Świat uzależnienia to świat fikcji, oszustwa. Mnie się już nie chce tak żyć. Żartuję, że jestem w takim wieku, że chcę tego prawdziwego życia z uczuciami, emocjami. Wróciłem też bardzo uczciwie do Boga, wiary, religii.

Czyli nie był to element zabawy, szpanu?

Na początku faktycznie tak było. To było naście lat temu: młody dzieciak, z dobrego domu, dobry samochód, najlepsze restauracje, piękne kobiety, szampan i kokaina. Wielu ludzi zaczęło dostrzegać pozycję moich rodziców, moją pozycję.
Później bardzo się tego wstydziłem. Kokaina kończyła każda moją chwilę. Mogłem mieć fantastyczny wieczór, jakieś spotkanie, brałem i koniec.

Zastanawia się pan, co pan politycznie stracił i gdzie mógłby pan teraz być, gdyby nie uzależnienie?

W polityce jest tak, że albo idzie się po linii nazwiska, albo ma się szczęście. I myślę, że ja je miałem. Po prostu tak miało być, że w tamtym momencie nie zostało to do końca wykorzystane.

Gdzie mógłbym być? Zdaję sobie sprawę ze straconych możliwości. Z wieloma rzeczami się rozliczyłem, wiele przyjąłem na klatę. Wyciągam wnioski, z tego co się stało. Dzisiaj myślę o tym, żeby ostatecznie przekonać do siebie osoby związane z polityką. I uświadomić im, że warto pokazać, że wsparcie kogoś, kto podniósł się, to nic złego.

Prezesa już pan przekonał?

Pani tylko o tym prezesie.

Najważniejszy człowiek w PiS i nie tylko.

Mówiłem, że prezes jest dla mnie autorytetem. Ale nie znam go na tyle, żeby odpowiedzieć na pani pytanie. Byłbym zaszczycony, gdyby pan prezes stał za tym, o czym ja marzę?

Czyli?

Czyli za wykorzystaniem mojej drogi krzyżowej i pokazaniem jej jako zwycięskiej, a nie jako przegranej. Bo ja nie poległem na tym polu walki, jakim jest dla mnie życie.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...