Tu szaman doradzi ci przez maila, a wróg rzuci na ciebie klątwę. Laponia to kolejny raj na północy

Laponia to miejsce mistyczne – wśród dzikiej przyrody żyją tu istoty nie z tego świata
Laponia to miejsce mistyczne – wśród dzikiej przyrody żyją tu istoty nie z tego świata Fot. Adam Biernat
Fascynacja Północą trwa w najlepsze. Po Islandii przyszedł teraz czas na Laponię – tajemniczą i piękną, ale i niebezpieczną krainę Saamów. Ci ludzie śniegu są równie nieprzewidywalni jak otaczająca ich natura – wierzą w nieziemskie istoty, a na wroga mogą rzucić klątwę. Witajcie w Laponii – miejscu nie z tej ziemi.

Renifery, zorze polarne, Święty Mikołaj – to pierwsze skojarzenia, które większość z nas ma z Laponią. Problem jest jednak taki, że to obraz bardzo okrojony.

Umyka nam na przykład to, że Laponia to nie tylko region administracyjny Finlandii (gdzie leży Rovaniemi, czyli wioska Mikołaja), ale olbrzymia kraina, której historia mogłaby zapełnić całą pokaźnych rozmiarów bibliotekę. Kraina, która nie dość, że zajmuje aż 380 kilometrów kwadratowych, to jeszcze rozciąga się na Finlandię, Norwegię, Szwecję i Rosję.

Umykają nam też Saamowie, czyli Lapończycy. To oni byli w Skandynawii pierwsi, to ich na daleką północ wygonili Wikingowie. Saamowie przenosili się z miejsca na miejsca wraz ze swoimi reniferami, żyli blisko nieobliczalnej północnej przyrody i wymyślili dwieście nazw na określenie śniegu.
I byli wyjątkowo hardzi i niezłomni – bo jak inaczej przetrwać w miejscu, w którym temperatura często pokazuje trzydzieści stopni Celsjusza na minusie?

Ale umyka nam jeszcze coś innego i najbardziej istotnego. Dziki, tajemniczy urok Laponii, który może i zachwycać, i przerażać. Dać wolność i zniewolić swoją siłą. To bowiem miejsce mistyczne, które dogłębnie zmienia człowieka.

Metamorfoza
Zmieniło też Martę Biernat, autorkę stworzonej wraz z mężem Adamem (autorem fotografii) książki "Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów" oraz bloga Bite of Iceland. Jednak zanim była Islandia, przydarzyła się Laponia, o której Biernat pisze w nowej publikacji małżeństwa podróżników – "Laponii. Wszystkich imionach śniegu".
– Skończyliśmy studia i podjęliśmy prace, ale zaczęło nas to nudzić. Marzyliśmy o podróży gdzieś daleko i o tym, żeby znaleźć się w zupełnie innej przestrzeni. Cel był jeden – pojechać jak najdalej na północ – opowiada Biernat.


Para wysłała więc CV w różne miejsca, w tym na odludną norweską wyspę Spitsbergen. – Wkrótce odezwali się do nas z Finnmarku w norweskiej części Laponii. Już w przeciągu kilku dni mogliśmy zacząć się pakować i ruszać w podróż do niewielkiej osady, jakieś 500 kilometrów za kołem podbiegunowym. To wszystko było aż nierealne! – wspomina moja rozmówczyni..

Autorka "Laponii. Wszystkich imion śniegu" po przybyciu na Północ doznała kulturowo-klimatycznego szoku. Śnieżne pustynie, drapieżne fiordy, magnetyzujące zorze polarne, puste krajobrazy jak z powieści fantasy – dla człowieka z Polski to był inny świat.

– Nagle znalazłam się w skutej lodem pustce, w małej wioseczce na końcu świata, a dookoła nie było widać nic oprócz zmrożonego fiordu i śniegu – opowiada.
Ale szybko przyszła ... wolność.

– Na Północy myśli zwalniają bieg. W otoczeniu tej dzikiej i nieskażonej dotykiem człowieka naturze inaczej się czuje i myśli. Nie ma tego cywilizacyjnego pośpiechu i biegu, zaczyna się żyć zgodnie z naturą. Ja też zaczęłam zwalniać, dostrzegać detale w przyrodzie. Nauczyłam się odkładać obowiązki na bok i pójść gdzieś, popatrzeć na fiord, pooddychać. Stałam się innym człowiekiem – snuje swoją opowieść Biernat, która w odludnej Laponii spędziła aż 10 miesięcy.

I podkreśla, że to nie tylko zasługa przyrody nie z tego świata (zimą oraz jesienią góry i fiordy budzą w człowieku niepokój) i izolacji (po górskich szlakach można chodzić kilka dni i nie spotkać nikogo, oprócz reniferów), ale także ... magii.

Szaman radzi przez maila
Współcześni Saamowie żyją nowocześnie, mają swoje przedsiębiorstwa czy hodowle reniferów, ale żyją w pełnej harmonii z naturą, która Biernat nazywa wręcz nadludzką. Głęboko siedzi w nich też folklor.

Ale nie zawsze mogli być sobą – w przeszłości bycie Saamem było wstydem. Skandynawowie z południa uważali ich za dzikusów, którzy rozmawiają z duchami i dziwacznie się ubierają. – Saamowie byli zupełnie inni i ludzie się ich bali. Zresztą do tej pory są oni nieco na marginesie społeczeństwa i mieszkańcy Norwegii czy Finlandii mało o nich wiedzą – tłumaczy Biernat.
Teraz bycie Saamem brzmi dobrze, a młodzi ludzie powracają do wierzeń przodków – renesans przeżywa medycyna naturalna czy ... szamanizm.

Blogerka porównuje szamanów do słowiańskich szeptuch.

– Porady szamana można zasięgnąć nie tylko w cztery oczy czy telefonicznie, ale nawet drogą mailową! Taki znachor lub znachorka wysyła tekst – rodzaj modlitwy lub zaklęcia i trzeba go bardzo szybko przeczytać, ale tak, żeby za bardzo nie wgryzł się w myśli. Potem trzeba te słowa bardzo cicho wyszeptać, skasować maila i jak najszybciej o wszystkim zapomnieć. Inaczej nie zadziała – opowiada Marta Biernat.

Nie zadzieraj z Saamem
Dobrze ma się też wiara w klątwy. Tych należy się strzec, czego w 1999 roku nauczył pamiętny mecz między dwiema drużynami piłki nożnej z drugiej ligi norweskiej. Zespół z Hammerfestu, który był dotąd w świetnej formie, niespodziewanie przegrał, a dwoma golami do jednego wygrała drużyna z miasta Alta.

To tak rozsierdziło trenera Terjego Hansena, że w lokalnej prasie oskarżył on sędziego Nilsa Mikkela Sarę o faworyzowanie wybranych zawodników i ustawianie wyników meczu. Kiedy zdenerwowany Sara, Saam z pochodzenia, nie doczekał się przeprosin, zagroził, że rzuci na piłkarzy z Hammerfestu klątwę.
Trener i piłkarze śmiali się z tych zabobonów. Do czasu.

Drużyna grała świetnie i górowała w spotkaniach nad przeciwnikami, ale non stop przegrywała. Kiedy przez dłuższy czas nie wygrała żadnego meczu i zaczęła spadać w tabeli, Hammerfest zaczął wierzyć, że faktycznie jest przeklęty. Do tego stopnia, że sportowcy przeprowadzili kilka rytuałów (jak zabicie śledzia na ofiarnym kamieniu), które miały klątwę zdjąć.

Na nic się to jednak nie zdało, Hammerfest wypadł z ligi, a Sara stał się postrachem norweskiej ligi.

Krasnoludy, niewidzialni ludzie, calineczki
Współcześni Saamowie, podobnie jak ich praojcowie i pramatki, wierzą również w ponadnaturalne istoty.

Są to na przykład keiju, czyli, jak pisze Biernat w swojej książce, "maleńkie, niezwykle urodziwe istoty wyglądem przypominające ludzi", które mają skrzydła i potrafią w każdej chwili stać się niewidzialne. Albo gufihtar, malutkie ludziki mieszkające pod ziemią, czy shakkalag, duchy dziecięcych rozmiarów.

Lapońską ziemię zamieszkują też chociażby uldras – krępe i niskie krasnoludy z długimi brodami i o niezwykle lśniących, barwnych oczach czy uldy, nagie, oszałamiająco piękne i długowłose dziewczęta mające lisią kitę lub krowi ogon. Mężczyznom ten dodatek nie przeszkadza – uldy uwodzą ich i wodzą na pokuszenie. Ba, mogą nawet zamordować kochanka, który im się znudzi.– Saamowie mają cały bestiariusz. Folklor przenika się z codziennością – kiedy Saam zgubi portfel, obarcza winą duszka, a jeśli coś psuje się w domu, to również wina jednej z istot – mówi Marta Biernat.

Mimo że dla człowieka z zewnątrz brzmi to jak zupełne szaleństwo, dla Saamów wiara w dziwne istoty jest najzupełniej zwyczajna. Najnaturalniej w świecie łączą oni więc pragmatyzm z duchowym i paranormalnym pierwiastkiem. – Może pomaga im w tym baśniowa przestrzeń? – zastanawia się Biernat.

I konstatuje: – Będąc na miejscu i błądząc po tundrze łatwiej w to uwierzyć, niż chociażby na blokowisku w Gdyni. To naprawdę inny świat.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...