"Zamiast do więzienia, trafiają do naszych placówek". Tak się pracuje w szpitalu psychiatrycznym

W czwartek przed budynkiem Ministerstwa Zdrowia protestowali pracownicy Regionalnego Ośrodka Psychiatrii Sądowej w Starogardzie Gdańskim. Zdjęcie poglądowe.
W czwartek przed budynkiem Ministerstwa Zdrowia protestowali pracownicy Regionalnego Ośrodka Psychiatrii Sądowej w Starogardzie Gdańskim. Zdjęcie poglądowe. Fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Gazeta
– Tak naprawdę idę do pracy i nigdy nie wiem, co się może wydarzyć na dyżurze. Taka jest po prostu psychiatria. Jednego dnia pacjent jest spokojny, ustabilizowany, a kolejnego może być w ostrej psychozie. I wtedy jego zachowania mogą być różne. Akurat mi personalnie nic się nie stało, ale były przypadki, że pacjenci zaatakowali personel – opowiada pielęgniarka, która od kilkunastu lat pracuje na wydziale ROPS w Starogardzie Gdańskim. Trafiają tam chorzy psychicznie, którzy dopuścili się najcięższych przestępstw: zabili, próbowali zabić, gwałcili, molestowali seksualnie dzieci.

W czwartek dwoma autokarami do Warszawy zjechali pracownicy Regionalnego Ośrodka Psychiatrii Sądowej w Starogardzie Gdańskim. Przed budynkiem Ministerstwa Zdrowia prezentowali postulaty, które wysuwają już od kilkunastu lat. Ale dotychczas nikt ich nie słuchał.

A pielęgniarki, psycholodzy, psychiatrzy, sanitariusze domagają się m.in. podwyżek, wydłużenia urlopów wypoczynkowych. A to dlatego, że ich praca jest jest obarczona wysokim ryzykiem i skrajnie stresująca. Na co dzień mają do czynienia z agresywnymi pacjentami, których – ze względu na zaburzenia psychiczne – sąd zamiast do więzienia, wysyłał do ośrodka.

I tak do ROPS w Starogardzie Gdańskim trafiają chorzy psychicznie sprawcy czynów zabronionych, którzy dopuścili się najcięższych przestępstw: zabili, próbowali zabić, gwałcili, molestowali seksualnie dzieci. – Oni często nie wiedzą, że zrobili coś złego. Powtarzamy im, że jeśli nie będą kontynuować leczenia, to raz jeszcze może przydarzyć się tragedia – słyszę od jednego z pracowników.

Iza: Musimy wiedzieć, do czego są zdolni

Jestem pielęgniarką zatrudnioną w Regionalnym Ośrodku Psychiatrii Sądowej w Starogardzie Gdańskim od 15 lat. Pracuję na oddziale rehabilitacyjno-psychiatrycznym. Trafiają tu pacjenci, którzy normalnie znaleźliby się w więzieniu. Oni popełnili bardzo ciężkie przestępstwa: czyny pedofilne, pobicia, podpalenia. Ale sąd orzekł, że oni nie mogli przewidzieć, jaki będzie jego skutek. Ich poczytalność była wyłączona.


My musimy wiedzieć, co takiego zrobili nasi pacjenci, do czego są zdolni. Ta informacja pozwala nam utrzymać bezpieczeństwo w miejscu pracy. A lekko nie jest. Niemal codziennie dochodzi do sytuacji agresywnych. To różne zachowania: agresja słowna, autoagresja, agresja fizyczna.
Nie da się do tego przywyknąć. Chociaż przecież teoretycznie wiemy, że nie powinniśmy utożsamiać się ze słowami wypowiadanymi przez pacjentów w momencie ostrej psychozy, ale jednak człowiek nie przechodzi nad tym do porządku dziennego.

Mimo że można uczyć się i szkolić, żeby nie brać tych słów do siebie, to zawsze coś pozostaje. Tak już działa człowiek. Nie mamy żadnej superwizji, nie mamy profesjonalisty, któremu możemy się wygadać. I o to też walczymy.

Tak naprawdę to niektórych pacjentów uczymy wszelkich czynności, np. higienicznych czy gospodarowania pieniędzmi. I szczerze przyznam, że ta praca daje satysfakcję. Są też sukcesy. Na przykład wtedy, gdy trafia do nas pacjent i potrafi reagować tylko bijąc, wszystko próbuje wywalczyć siłą, a gdy podejmuje dialog, przedstawia argumenty, mówi o swoich emocjach, to dla nas bardzo duża satysfakcja.

Kiedy podejmowałam tę pracę, to zarobki były bardzo korzystne. Założenie było takie, żeby wynagradzać nas pensją wyższą o 30 proc. od pracowników wykonujący te same obowiązki w innych oddziałach szpitalnych. I faktycznie tak było.

Z roku na rok sytuacja była coraz gorsza. W tym momencie – od ośmiu-dziewięciu lat –podwyżki są minimalne. Pracownicy zatrudnieni na etatach w pobliskim szpitalu psychiatrycznym zarabiają więcej od nas. To też nas oburza. Dlaczego ministerstwo pozwoliło, żeby te dysproporcje aż tak bardzo zmalały?

Krzysztof: Gdzieś zabrakło miłości

W Regionalnym Ośrodku Psychiatrii Sądowej pracuję od początku, czyli od 18 lat. Jestem terapeutą zajęciowym – dbam o to, by pacjenci w wolnym czasie mogli się czegoś nauczyć oraz efektywnie go spędzić. Jest to ważny proces rehabilitacji.

Na pierwszych zajęciach wykonujemy tak zwany sprawdziany umiejętności: technicznych, krawieckich i kulinarnych. To pozwala nam określić, na ile pacjenci są samodzielni, i zaplanować nad czym będziemy mogli z nimi pracować. Chcemy im pomóc przystosować się do życia w społeczeństwie. Tak, by potrafili przygotować coś do jedzenia, wymienić żarówkę czy kolokwialnie mówiąc przyszyć guzik.
Lubię moją pracę, mimo że bywa niebezpieczna. Mam też świadomość, że często to otoczenie miało wpływ, na to kim te osoby się stały. Kiedy z nami rozmawiają można wywnioskować, że po prostu gdzieś tej miłości najbliższych w ważnym etapie życia zabrakło. Współczujemy pacjentom.

To ludzie chorzy, gdzie często skutkiem ich choroby jest agresja. Właściwie nie ma dnia, żeby któryś z pacjentów nie był z tego powodu zabezpieczany. Każdy z nas – pracowników – był uczestnikiem sytuacji niebezpiecznych.

Dlaczego zacząłem tę pracę? Są różne powody. Moja żona pracowała w domu pomocy społecznej, gdzie miałem kontakt z podobnymi pacjentami. Poza tym, w 2000 roku nasza pensja w ROPS różniła się od pensji w innych jednostkach służy zdrowia o ok. 30 proc. To też miało znaczenie. Cieszę się, że poprzez moją pracę mogę pomóc osobom, które znalazły się w bardzo trudnej sytuacji.

Grażyna: Nie możemy patrzeć stereotypowo

W zawodzie pracuję od 28 lat i praktycznie od zawsze jako pielęgniarka na psychiatrii. Dlaczego? Lubię pracę z ludźmi, także z tymi trudnymi. Nie każdy się do tego nadaje. Trzeba mieć pewne predyspozycje, na przykład na dyżurach pielęgniarka też jest psychoterapeutką.

Dużo rozmawiamy z pacjentami, jeśli oni odczuwają niepokój. Poświęcamy im sporo czasu. Czasami musimy im doradzić, czasami oni się wyciszają, ale często trzeba zadziałać lekami.

Nie, na szczęście na oddziale nie jesteśmy same. Jest sekcja ochrony, która bardzo mocno nas wspiera. Jeśli trzeba pacjenta zabezpieczyć, to oni pomagają. To nie jest tak, że ochroniarze np. tylko przyprowadzają pacjentów do sal na jakieś inne zajęcia. Oni mają też bezpośredni kontakt z pacjentem. Też są narażeni na różne agresywne zachowania z jego strony. Jeśli ten jest agresywny, to trzeba go zabezpieczyć. Oni nam w tym pomagają. Mają monitory i przez cały czas obserwują. Jeśli widzą, że coś się dzieje na oddziale, to przychodzą pomóc.

Na co dzień mam do czynienia z osobami bardzo głęboko zaburzonymi psychicznie. Niejednokrotnie z uszkodzeniami mózgu, z zaburzeniami osobowości, uzależnieniami. W tej chwili mamy wielu pacjentów, którzy brali środki psychoaktywne, najczęściej dopalacze. Wiadomo, jakie to robi spustoszenie w organizmie młodego człowieka.

Tak, do nas przywożone są również młode osoby, tylko że muszą być pełnoletnie. Na przestrzeni 18 lat zmienił się przekrój pacjentów ośrodka. Kiedyś to byli ludzie chorzy psychicznie, dziś są to osoby zaburzone na skutek używania środków psychoaktywnych.

Nasi pacjenci pochodzą z różnych środowisk, bardzo często z rodzin dysfunkcyjnych, zaniedbanych. To osoby, które nie radziły sobie z emocjami, z sytuacjami, w których w bardzo młodym wieku się znalazły. To też trzeba zrozumieć. Bo przecież nie każdy potrafi sobie poradzić i wydostać się z takiego środowiska. Wtedy sięgają po środki.

Trzeba mieć bardzo dużą empatię. To praca, która spala nas psychicznie. Wymaga ona od nas bardzo dużych nakładów energii. Na przestrzeni ostatnich 18 lat widać, że jesteśmy bardzo wypaleni. Nie radzimy sobie z obciążeniem, które mamy w związku z tą pracą.

Są takie dni, że nie wychodzę z ośrodka zostawiając wszystko, co się tego dnia wydarzyło. To siedzi gdzieś głęboko we mnie. Jestem bardzo zmęczona. Na tych dyżurach jest bardzo dużo agresji, wchodzi się do domu po pracy i nie ma się siły na nic.
Tak naprawdę to do każdego pacjenta trzeba podejść indywidualnie. Nie możemy patrzeć stereotypowo. Musimy wiedzieć, jak z nimi rozmawiać. Jak przychodzi nowa osoba, to trzeba wiedzieć, jak do niej dotrzeć, jak z nią rozmawiać.

Na dyżurze zazwyczaj mamy 19 pacjentów. A czasami w nocy na przykład jesteśmy z nimi same, dwie kobiety. Powinny być minimum trzy. Są też pracownicy ochrony, ale zanim oni dobiegną, to coś się może wydarzyć.

Nocą musimy obserwować kamery, mamy monitoring w każdej dyżurce pielęgniarskiej. I też musimy co jakiś czas chodzić i sprawdzać sale. Tak naprawdę to nie wiemy, co oni mogą zrobić w nocy.

Oni też mają często depresję i myśli samobójcze. Wiadomo, że taki pacjent wymaga stałej obserwacji. Jeśli jest zabezpieczony, to wiadomo, że pielęgniarka co 15 minut musi do niego podejść. Nie możemy się bać, że coś nam się stanie na dyżurze, bo byśmy psychicznie nie wytrzymały. To byłoby dla nas za duże obciążenie.

Są też takie dni, że dziękuję Panu Bogu, że żyjemy w szczęśliwych rodzinach. Współczuję swoim pacjentom, że mają trudne życie. Są i tacy, którzy są u nas od początku. Co pół roku zbiera się zespół terapeutyczny, wyraża opinię. Ta jest wysyłana do sądu i tam zapada decyzja, czy jest wymagane dalsze zabezpieczenie pacjenta w naszym ośrodku.
Niektórzy wracają. A inni wychodzą, układają sobie życie na nowo i podejmują pracę zawodową. To cieszy. Nie przyjaźnimy się z pacjentami, ale mamy dla nich bardzo dużo zrozumienia.

W czwartek z protestującymi przed Ministerstwem Zdrowia spotkał się m.in. Zbigniew Król, podsekretarz stanu. – W środę mamy dostać odpowiedź w sprawie naszych postulatów i umówić się na kolejne spotkanie – mówi nam jedna z pracowniczek ROPS. Jej kolega dodaje: –Od tego właśnie będzie zależało nasze dalsze działanie. Ale wydaje się, że jest światełko w tunelu.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...