
Chaos na ulicach Paryża, płonące samochody, bitwa z policją, snajperzy na dachach, blisko 400 osób w areszcie – tak w skrócie wyglądał weekend w stolicy Francji. W całym kraju przeciwko podwyżce cen paliw protestowało ponad 60 tysięcy ludzi. Masowa akcja, mimo swojej gwałtowności, dała niektórym Polakom do myślenia. Jedni porównują je do protestów w obronie konstytucji i się śmieją. Inni pytają: "Czy Polska też się obudzi?".
Bunt społeczny we Francji bardzo szybko stał się łatwym punktem odniesienia dla obu stron podzielonej Polski, ale czy słusznie?
W Polsce były masowe protesty w 2015 roku i 2016 roku. Były marsze KOD, Czarne Protesty, obrona sądów, wielkie demonstracje przed Pałacem Prezydenckim i Sejmem. A potem zapał minął, choć niezadowolenie wciąż jest demonstrowane, zwłaszcza w sieci. Dlaczego, patrząc z francuskiej perspektywy, tak się dzieje? Nawet protesty grup zawodowych – na przykład nauczycieli – nie są wcale liczne, a już na pewno nie można ich nazwać masowymi.
We Francji związki zawodowe są potężne. U nas ewidentnie, mimo doświadczenia Solidarności, kultura protestów socjalnych jest w Polsce dużo słabsza, bo i związki zawodowe są dużo słabsze. Dlatego protesty społeczne należą do rzadkości.
Słyszę, że we Francji to normalne, że ludzie potrafią się zmobilizować. Wciąż żywa jest pamięć o rewolucji francuskiej, nawet uczestnicy obecnego protestu się na nią powołują: – Ulica we Francji ma swój głos. To jest politycznie rozpoznawalne, że jest prezydent, jest premier i parlament, ale jak ulica wyjdzie i coś powie, to prawie jest jak czwarta władza. Trzeba ją wziąć pod uwagę.
Przy okazji protestów we Francji jest jeszcze jedna ważna rzecz, której nie można pominąć. Agresja i przemoc. Palenie samochodów na niespotykaną skalę, akty wandalizmu, starcia z policją.
