Jakim cudem "aniołki” Glapińskiego zarabiają 65 tys. złotych? "Prezes NBP jest pierwszy po Bogu”

Martyna Wojciechowska, za nią Kamila Sukiennik, a obok prezes NBP Adam Glapiński na Kongresie 590 w Jasionce
Martyna Wojciechowska, za nią Kamila Sukiennik, a obok prezes NBP Adam Glapiński na Kongresie 590 w Jasionce Fot: TVN24 (screen)
Podobno zarabiają nawet po 65 tys. złotych miesięcznie, czyli więcej niż prezydent, premier, a nawet były prezes NBP Marek Belka. O ich kwalifikacjach Narodowy Bank Polski milczy, ale z "takimi” wynagrodzeniami na pewno muszą się cieszyć specjalnym względami Adama Glapińskiego. Jak to jednak możliwe, by dwie bliskie współpracowniczki prezesa banku centralnego – okrzyknięte już w mediach jego dwórkami – "kosiły” po kilkadziesiąt tysięcy w państwowej instytucji?


Martyna Wojciechowska (zbieżność nazwisk z dziennikarką przypadkowa) i Kamila Sukiennik towarzyszą Glapińskiemu od lat, ale wraz z "dobrą zmianą” w NBP ich kariery nabrały niesamowitego tempa. Najważniejszymi rekomendacjami - jak to w polityce - były wieloletnie znajomości z prezesem.

Pensja? 65 tysięcy miesięcznie
"Gazeta Wyborcza" oszacowała ostatnio zarobki Wojciechowskiej na podstawie jej oświadczeń majątkowych. W minionej kadencji samorządowej Wojciechowska była bowiem radną sejmiku mazowieckiego (z ramienia PiS), zrezygnowała z mandatu wiosną br. W oświadczeniu za 2015 roku wpisała 114 tys. zł jako sumę zarobków, w tym za 2016 rok - już 392 tys. zł, a oświadczenia za ub.r. już nie złożyła.
Wojciechowska na stanowisko dyrektora departamentu komunikacji i promocji NBP awansowała w sierpniu 2016 roku. Ponadto została oddelegowana przez prezesa NBP do rady Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. W oparciu o te dane "GW" szacuje, że Wojciechowska już po awansie zarabia miesięcznie ok. 65 tys. zł brutto (wliczając w to premie i bonusy).

Czy to w ogóle możliwe? – Takie zarobki mają się nijak do pragmatyki wynagradzania w NBP jaką znałem – podkreśla w rozmowie z naTemat dr Bogusław Grabowski, były członek Rady Polityki Pieniężnej.

– Za mojej bytności w NBP, a jako członek RPP byłem członkiem zespołu banku centralnego, takie "kariery” były nie do pomyślenia. Zarobki członków RPP wynosiły tyle ile wiceprezesa NBP. Więcej od nas - a mieliśmy pensje poniżej 20 tys. zł – zarabiał tylko prezes banku centralnego – tłumaczy Grabowski.


– Ale prezes NBP może oczywiście przeforsować prawie wszystko. On jest w tej instytucji pierwszy po Bogu. Tylko, że musiałoby się to odbywać poza granicami albo na granicy wewnętrznego regulaminu wynagradzania, bo zgodnie z tym regulaminem żeby odpowiednio dużo zarabiać trzeba spełniać odpowiednie kryteria – podkreśla.

W NBP, podobnie jak w wielu innych państwowych instytucjach, istnieje regulamin wynagradzania, są specjalne tabelki i widełki. Zwiększenie wynagrodzenia musi się wiązać z awansem w strukturze.

Zarobki prezesa NBP, wiceprezesów, członków zarządu są określone przez tzw. erkę, czyli ustawę o wysokości zarobków najważniejszych urzędników państwowych. Ale dyrektorzy departamentów podlegają już wyłącznie pod regulamin wynagradzania.

Na jakiej podstawie?
W banku centralnym i w KNF poziom wynagrodzeń "erki” jest dodatkowo powiązany ze średnim poziomem wynagrodzeń w sektorze bankowym. Kadra kierownicza NBP zarabia więc dużo więcej niż np. ministrowie.

– W niektórych centralnych instytucjach państwowych ze względu na limitowanie wysokości wynagrodzeń kadry kierowniczej np. ministra, sekretarza, czy podsekretarza stanu, może się zdarzyć tak, że ich zarobki są niższe niż niektórych pracowników – mówi Grabowski.

– Ale ma się to nijak do do tego poziomu wynagrodzeń pani czy pań rusycystek, o których donoszą media. Poza rozumem jest to, by ktoś tyle zarabiał w państwowej instytucji. Takie wynagrodzenia muszą być pompowane specjalnymi premiami i nagrodami. To jest jedyny sposób by dojść do takiego poziomu, o którym mówimy.

Narodowy Bank Polski nie podaje, ile zarabiają jego pracownicy na czele z prezesem Adamem Glapińskim (pełni tę funkcję od czerwca 2016 roku), ani jakie mają kwalifikacje. Poprzedni szef NBP Marek Belka inkasował ok. 57 tys. zł miesięcznie. Chcieliśmy z nim porozmawiać, ale się nie udało.

Martyna Wojciechowska pracuje w Narodowym Banku Polskim od 11 lat. Została zatrudniona, kiedy prezesem NBP był Sławomir Skrzypek, który zginął w katastrofie smoleńskiej.
Wiadomo, że Wojciechowska w 2016 roku dostała awans na stanowisko dyrektora Departamentu Komunikacji i Promocji banku. Kierowany przez nią departament odpowiada za przygotowywanie i realizację polityki informacyjnej i marketingowej NBP.

Przed wyborami samorządowymi w 2014 roku podawała informację, że ma magisterium z filologii rosyjsko-ukraińskiej.

Pod koniec listopada "GW” podała, że Daria Wojciechowska-Bujno, młodsza siostra Martyny Wojciechowskiej, jest zatrudniona w Komisji Nadzoru Finansowego.

Dziennik poinformował też, że na początku br. Narodowy Bank Polski ogłosił przetarg na realizację kampanii promocyjnej o budżecie 6 mln zł związanej ze 100-leciem odzyskania przez Polskę niepodległości. W przetargu wybrano firmę Rochstar, w której pracuje mąż Darii Wojciechowskiej-Bujno, czyli szwagier Martyny.

Jeszcze większym problemem mogą być kompetencje i zarobki Kamili Sukiennik. Jest ona nie tylko dyrektorką gabinetu Glapińskiego, ale zasiada też w radzie nadzorczej Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych (KDPW). Teoretycznie musi mieć kierunkowe wykształcenie i spełniać szereg wymogów. 

"Reklamowała rajstopy"
Jako dyrektorka gabinetu prezesa NBP Sukiennik zajmuje się "obsługą prezydialną organów banku i obsługą kancelaryjno – organizacyjną organów NBP”.

O Sukiennik zrobiło się głośno po ujawnieniu taśm biznesmena Leszka Czarneckiego, który nagrał Marka Ch., byłego już prezesa KNF, na którym ciążą prokuratorskie zarzuty. Na nagraniu słychać, jak rozmowa schodzi nagle na temat zgrabnych damskich nóg. – Tam gdzieś we Wrocławiu ona reklamowała rajstopy. 20 lat temu była modelką – słychać.

"Z mediów społecznościowych dowiemy się jedynie tego, że studiowała zaocznie reklamę w Wyższej Szkole Promocji. A to może oznaczać, że NBP świadomie łamie unijne dyrektywy, stojące na straży systemów finansowych państw członkowskich” – napisała "GW”.

Wiadomo, że Sukiennik pracowała wcześniej z obecnym prezesem NBP w Polkomtelu, gdy Glapiński był tam prezesem. Glapiński był szefem Polkomtela w latach 2007 – 2008.
Według Wirtualnej Polski, Sukiennik jako dyrektor szefa gabinetu prezesa NBP zarabia nie mniej niż 25 tys. zł brutto miesięcznie. Dodatkowo, dostaje co kwartał premię w wysokości 30-35 proc. trzymiesięcznego wynagrodzenia – czyli co trzy miesiące dodatkową pensję. Ale to pewnie tylko część składowych jej wynagrodzenia.

Kryteria awansów w takich instytucjach jak NBP są często płynne, a oceną kompetencji łatwo manipulować.
– Jeżeli komuś powiemy, że jest wysokiej klasy specjalistą po roku pracy czy po dwóch latach otarcia się o sektor finansowy, to kto ma to obiektywnie ocenić? Ktoś może być ekonomistą z doktoratem i z doświadczeniem pracy w wielu instytucjach finansowych, ale ekonomistą jest też księgowa w powiatowym urzędzie pracy – mówi Grabowski.

Potrzebna kontrola NIK
– Dla kogoś wystarczającym doświadczeniem zawodowym będzie kilka lat, a dla kogoś innego kilka miesięcy pracy. Prezesem KNF był ostatnio pan, który przyszedł na to stanowisko prosto z uczelni, bez praktyki pracy w instytucjach finansowych – dodaje.

Grabowski przypomina, że były już wątpliwości dotyczące tego, czy były prezes NBP Sławomir Skrzypek łamał ustawę o NBP w zakresie struktury organizacyjnej banku centralnego.

– RPP dysponowała nawet opinią prawną, mówiącą o tym że faktycznie łamie wewnętrzne procedury, ale kto miał to sprawdzić? Stan faktyczny może sprawdzić tylko zewnętrzna kontrola w NBP, czyli Najwyższa Izba Kontroli – podkreśla rozmówca naTemat.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...