Co dzieje się w głowach osób z chorobami psychicznymi? Kto tego nie przeżył, może tylko próbować zrozumieć

Zaburzeniom i chorobom psychicznym często towarzyszy izolacja. Fot. Maciej Stanik / naTemat.pl
Jeśli sami tego nie przeżyliśmy, trudno nam zrozumieć, jak myśli osoba ze schizofrenią czy chorobą afektywną dwubiegunową. O tym, co przeżywają i jak bardzo cierpią ci ludzie oraz co możemy zrobić, jeśli dotknęło to naszego bliskiego, opowiada Piotr Markowski - lekarz psychiatra i psychoterapeuta w klinice Psychomedic.


W przypadku wielu zaburzeń i chorób psychicznych jako jeden z objawów wymienia się "natrętne myśli”. Czym one są? Co czuje osoba z natrętnymi myślami?

Taka osoba zmaga się z myślami dotyczącymi jakiejś aktywności, osób z zewnątrz, własnej osoby. To może być cały szereg różnych myśli, które się powtarzają. Nie są intencjonalne, czyli nie można nad nimi zapanować. Pacjent nie ma nad nimi żadnej kontroli. Trudno mieć kontrolę nad jakimikolwiek myślami, a jeżeli są one natrętne, to jest to wręcz niemożliwe.


Taka osoba skupia się wtedy na tych natrętnych, czyli obsesyjnych myślach, co powoduje, że nierzadko wyłącza się z wszelkich aktywności w danym momencie. Czasami na jakiś czas porzuca pracę, musi skorzystać ze zwolnienia lekarskiego.

To jest bardzo dokuczliwe, pochłania dużo energii. Często za tymi natrętnymi myślami idą kompulsje, czyli przymus wykonania jakiejś czynności, która zredukuje lęk związany z pojawieniem się natrętnych myśli. I wtedy mówimy o zaburzeniach obsesyjno-kompulsyjnych. Są takie z przewagą myśli, są takie z przewagą zachowań, czyli kompulsji. Pacjenci odczuwają ogromny dyskomfort w związku z takimi dolegliwościami.


Czy pacjenci są w stanie o tych myślach szczegółowo opowiedzieć?

Jest różnie. Niektórzy są w stanie doprecyzować co to są za myśli, niektórzy nie. Niekiedy te myśli są zależne od otoczenia, od sytuacji w jakiej się znajduje pacjent. Pojawia się myśl, czy przymus dotknięcia czegoś, wymycia rąk albo myśli natrętne o charakterze impulsywnym, żeby na przykład zrobić sobie krzywdę.


Wtedy należy szczegółowo pytać pacjenta, co to są za myśli, jaki jest ich charakter. Zdarzają się osoby, które mają myśli dotyczące zrobienia sobie krzywdy: "potnij się”, "zabij się”. Ważne, żeby tego nie pomylić z halucynacjami, bo leczenie zaburzeń psychotycznych i tych obsesyjno-kompulsywnych jest zupełnie inne.

Jak wyglądają myśli u osoby ze schizofrenii, która jest w fazie psychozy?

Mówiąc najbardziej ogólnie u osoby ze schizofrenią dochodzi do zaburzeń myślenia. Treści, toku, struktury, czyli te myśli zazwyczaj są nielogiczne, różnej prędkości, niespójne. Pacjent w ostrej fazie psychozy praktycznie nie ma nad nimi kontroli. Z perspektywy zdrowej osoby ten chory na schizofrenię nie potrafi odróżnić fikcji od prawdy. Sam chory z kolei uważa, że wszystko o czym i jak myśli jest prawdą.

W schizofrenii występują też zaburzenia asocjacji. Jak takie rozluźnienie procesu kojarzenia wpływa na zaburzenia myślenia?

Jedno z drugim nierozerwalnie się łączy. Tak jak wspomniałem w schizofrenii występują zaburzenia myślenia. Pacjent może być chociażby rozkojarzony. Wtedy nie może skupić się na danej czynności, skoncentrować, jego myśli są rozbiegane, nie są ze sobą połączone. Często wątki w jego wypowiedzi są porozrywane, nie tworzą jakiejś spójnej, logicznej całości.

Osobie w takim stanie często brakuje krytycyzmu. Po prostu nie wie, że tak ma. Wtedy zewnętrzny obserwator, w tym przypadku psychiatra, jest w stanie zainterweniować farmakologicznie i szybko wdrożyć wsparcie psychoterapeutyczne, na przykład zorganizować spotkanie pacjenta i jego sieci wsparcia (rodzina, przyjaciele, szef itd.) z terapeutą. Mamy coraz więcej wszelakich możliwości terapeutycznych. Ważne, by były wdrożone szybko i równolegle.

Czy osoba ze schizofrenią może funkcjonować - studiować, pracować, mieć hobby, życie towarzyskie?

Jeśli pacjent po epizodzie psychotycznym uzyska remisję objawową to bardzo szybko może wrócić do swoich wcześniej pełnionych ról społecznych bez szwanku na ich jakości. Czasy zamierzchłej psychiatrii azylowej dawno minęły, a standardem jest już "wychodzenie” psychiatrii do środowiska pacjenta.

Schizofrenia ma chyba najgorszy "PR” jeśli chodzi o choroby psychiczne. Depresja jest już Polsce znana, tutaj jest dużo gorzej.

To wynika z niewiedzy. Z faktu, że społeczeństwo nie jest jeszcze wyedukowane. Schizofrenia ma złą sławę w tym sensie, że "przeciętny Kowalski” mało o niej wie. Depresję każdy może zrozumieć w jakiś sposób po swojemu. Zresztą często to słowo jest nadużywane. Ale tak jak pan zauważył, jeżeli słyszymy w potocznej rozmowie "słuchaj, mam depresję, źle się czuję, nie pójdę dzisiaj do pracy albo nie chcę się dzisiaj spotkać”, to łatwiej przyjąć taki komunikat niż "słuchaj, ja mam schizofrenię”.

Ale zarówno w przypadku depresji, schizofrenii i innych chorób, czy zaburzeń psychicznych, mamy nowoczesne możliwości wsparcia, czy to farmakologicznie czy psychoterapeutyczne. A najlepiej jeżeli te dwa oddziaływania są ze sobą połączone. Szansę na powrót do swoich ról społecznych i na dobre funkcjonowanie ma absolutnie każdy.

A to, że osoby ze schizofrenią są postrzegane w społeczeństwie tak, a nie inaczej, wynika po prostu z niewiedzy osób, które dokonują takich ocen. Często w tym empatyzowaniu się z osobami cierpiącymi nie pomaga nam popkultura.

Na przykład niektóre filmy, w których dotyka się problemu osób cierpiących psychicznie. Niekiedy te role odgrywane na dużym ekranie są przerysowane albo są pokazywane w sposób nieobiektywny, czy nierzetelny. I wtedy łatwiej takiemu szaremu widzowi powiedzieć o danym bohaterze: "on jest świrem, on jest chory, on ma jakiś problem”. Z takim bohaterem żaden widz nie chce się identyfikować. Całe szczęście są też perły filmowe, również i pod tym względem.

U osób z jakimi zaburzeniami lub chorobami psychicznymi występuje największe ryzyko prób samobójczych?

Polska jest w niechlubnej czołówce krajów z największą liczbą samobójstw. To przeraża. Pokazuje też, że choroby psychiczne bywają stanami bezpośredniego zagrożenia życia. Niekiedy bardziej przejmujemy się bólem, dajmy na to, kolana, niż obniżonym nastrojem. Nie potrafię zrozumieć, czemu nasz najbardziej skomplikowany narząd, mózg, jest najbardziej pomijany w potocznych rozmowach o zdrowiu. Może poza niewiedzą jest coś jeszcze. To chyba odrębny temat z zakresu filozofii i kognitywistyki.
Zamachu na własne życie dokonują osoby najbardziej cierpiące: ludzie w ostrej psychozie, w ciężkich stanach depresyjnych, z chorobą afektywną dwubiegunową.Nie można też zapominać o osobach z zaburzeniami osobowości. One także odczuwają ogromny dyskomfort, czy ból istnienia i są także zagrożone samobójstwem. Statystyki są różne. Niezależnie od źródeł, niepokojące.

Masowo rośnie też w Polsce liczba prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży. Problem naglący i wskazujący na to, że nie można spłaszczać trudności emocjonalnych, nie można ich bagatelizować.

Nie chcę wchodzić w dyskusję o prawdopodobieństwie samobójstwa. Uważam, że licytowanie się na procenty może tylko zaszkodzić. Bo jeśli ryzyko samobójstwa w jednej chorobie jest mniejsze niż w innej, to czy należy przymknąć oko na tę pierwszą?

Jak spadek nastroju i niezdolność do odczuwania przyjemności może się objawiać w najbardziej ekstremalnym wydaniu, na etapie jeszcze przed próbą samobójczą?

To jest trudne pytanie, bo osoba cierpiąca na początku zawsze odczuwa jakiś rodzaj dyskomfortu. Jeżeli ten stan jest cięższy, to mogą się pojawić myśli depresyjne, czy myśli rezygnacyjne: że życie nie ma sensu, chcę żeby mnie już nie było, chcę mieć jakąś śmiertelną chorobę, na skutek której zasnę i się nie obudzę.

Kolejnym etapem są myśli samobójcze, kiedy dany człowiek myśli o tym, żeby po prostu odebrać sobie życie. Ale jeszcze nad tymi myślami panuje, pojawiają się jakieś przebłyski, że nie chce zostawić członków swojej rodziny, że będą oni cierpieć po jego śmierci.

Najbardziej niebezpiecznym etapem są myśli i zamiary samobójcze, kiedy osoba cierpiąca nie dość, że myśli, żeby odebrać sobie życie, to jeszcze zastanawia się, w jaki sposób i kiedy to zrobić. To już jest stan bezpośredniego zagrożenia życia. Niezbędna jest wtedy hospitalizacja.

Jak mogą wyglądać myśli w manii (choroba afektywna dwubiegunowa)? Czego dotyczą?

Osoba w stanie maniakalnym przecenia własne możliwości. Wtedy ma gonitwę, natłok myśli. Jest ich bardzo dużo. Taka osoba może mieć mnóstwo różnych pomysłów. Często wydaje jej się, że ma nadprzyrodzone możliwości, że może panować nad sobą i otoczeniem. Wówczas podejmuje nieracjonalne decyzje związane ze swoim życiem: zawodowe albo dotyczące życia prywatnego.

Czy prawdą jest, że w manii niektórzy zakładają firmę za firmą i faktycznie zostają milionerami, niejako "dzięki” swojej chorobie?

Jeżeli ktoś cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową i ma epizod maniakalny bez objawów psychotycznych, to nie zawsze jego decyzje są irracjonalne. Zdarza się, że mogą wydawać się logiczne, czy racjonalne i wtedy ta osoba bywa oceniana przez szefa i współpracowników jako niezwykle kreatywna, szybko podejmująca decyzje.

Jeżeli mania nie jest leczona i pacjent nie uzyskuje szybko pomocy, to prędzej czy później te decyzje będą jednak irracjonalne. Tych firm może być nie trzy, a trzydzieści trzy "w fantazjach” pacjenta. Prędzej czy później ta osoba wpadnie w spiralę długów.

Jeżeli nie uzyska szybko pomocy, to jest to niebezpieczne nawet dla jej życia, ponieważ po stanie maniakalnym zdarzają się epizody depresyjne. W stanie depresyjnym człowiek taki musi spojrzeć na to, co się zadziało w stanie maniakalnym. Dochodzi do przytłaczających refleksji. Mówi pan o zakładaniu firm. Pójdę dalej tym finansowym tropem. Nieleczona choroba afektywna dwubiegunowa to taka trochę gra w kasynie. Prędzej czy później i tak dojdzie do debetu, nie tylko na koncie w banku…

Rozmawiałem niedawno z dziewczyną z nerwicą natręctw. Twierdzi, że od lat podejrzewała, że coś jest nie tak, ale dopiero niedawno zwróciła się po profesjonalną pomoc. Czy często zdarza się, że pacjenci zwlekają miesiącami, latami? Jeśli tak, jakie są tego przyczyny?

Zdarza się, że tak. Gdy pytam pacjenta, jak długo z tym problemem się zmaga, to nierzadko padają odpowiedzi, że kilka miesięcy, kilka lat. Zazwyczaj dopytuję, co takiego się zadziało, że wcześniej z tej pomocy nie chciał skorzystać. Odpowiedzi, jakie słyszę, nie zawsze są konkretne. Niekiedy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie czemu wcześniej nie korzystali z pomocy.

A jeżeli są tacy, co tę odpowiedź znają, to często mówią o stygmatyzacji, że nie chcieli skorzystać z pomocy psychiatry, bo wydawało im się, że psychiatra jest dla osób, które są niezrównoważone psychicznie.

Skoro już mowa o stygmatyzacji, słyszałem historię osoby, do której rodzice w dzieciństwie zwracali się "ty psycholu”, "ty jesteś jakiś psychiczny”. I ona później też miała problem z tym, żeby zwrócić się po profesjonalną pomoc. Chcę wierzyć, że młodzi rodzice w Polsce, w 2019 roku rzadziej używają takich sformułowań niż ci 20-30 lat temu. Jak jest naprawdę?

Mogę powiedzieć o swojej lekarskiej perspektywie, o tym jacy pacjenci zgłaszają się do mnie do gabinetu. Ci w wieku lat 30-40 lat mniej się obawiają stygmatyzacji, niż ci znacznie starsi. Świadomość społeczna jest znacznie większa. Wydaje się, że faktycznie jest pod tym względem lepiej.

Konsultując nastoletnie osoby, nigdy nie usłyszałem żeby mówiły, że jej mama, tata, używały o nich takich sformułowań jak "świrusie”, "psycholu”, "wariacie” etc. Z tym się nie spotykam. Co jest pocieszające. Może właśnie dlatego, że ich rodzice to osoby w wieku 30+.

Od innych osób mam sygnały, że z kolei… nie podejrzewały, że mogą mieć zaburzenie, czy chorobę psychiczną, bo prostu nie wiedziały, jak to jest żyć "normalnie”. Nie miały porównania, myślały że "wszyscy tak mają”, a nawet jeśli nie, to że samo niedługo przejdzie, bo to gorszy moment. Spotkał się pan z takimi przypadkami?

Może nie bardzo często, ale takie sygnały również są zauważalne. Osoby cierpiące czasami wspominają o tym, jak otoczenie reaguje na ich zachowanie, czy samopoczucie. Jeżeli mają sygnały od kogoś bliskiego, zaczynają rozumieć, że być może jest taki element w ich życiu, który utrudnia im codzienne funkcjonowanie.

Sygnał od kogoś bliskiego motywuje, żeby zwrócić się po pomoc?

Mogą mieć wtedy jakąś refleksję na swój temat, że być może coś się dzieje. Ten dyskomfort, z którym żyją, może trwać wiele lat. Wtedy faktycznie ta osoba nie dostrzega, że coś jest nie tak, bo nie ma porównania. Ale jeżeli jest informacja z zewnątrz, wtedy chętniej sięgają po pomoc.

Dla innej osoby, nawet jeśli to bliski chorego, objawy mogą być trudne do rozpoznania - nie kaszle jak przeziębiony, nie ma krost jak w ospie. Na co zwracać uwagę, w jaki sposób interweniować?

Może odpowiem na to pytanie w nieco inny sposób. Powiem jak nie powinno się reagować. Zdarza się, że osoby z zaburzeniami czy chorobami psychicznymi słyszą od najbliższych takie zwroty jak "weź się w garść”, "idź na dwór”, "zażyj świeżego powietrza”, "pójdź na siłownię”, "idź na basen”, albo, co gorzej "mam dosyć, kiedy się nad sobą użalasz”, "mam dość słuchania ciągle o twoich problemach”.

To na pewno nie pomaga osobie z trudnościami zgłosić się do specjalisty. Wtedy nierzadko traktuje ona te komunikaty jako ocenę własnej osoby, a nie realną czy obiektywną ocenę jej zachowania z perspektywy dolegliwości psychicznych, na jakie się uskarża.
Takie komentarze są niestosowne. Choć z drugiej strony bliscy osoby chorej mogą być nie do końca świadomi i/lub pochodzą ze środowisk, w których stygmatyzowało się osoby chorujące psychicznie. W pewnym momencie należy przerwać ten transgeneracyjny dyskurs. Na szczęście coraz częściej mówi się o chorobach i zaburzeniach psychicznych w sposób rzeczowy i konstruktywny. Po prostu uczciwy.

Czy pacjenci, którzy podjęli już decyzję, że zgłoszą się po pomoc, potrafią precyzyjnie opisać, co się z nimi dzieje? Zawsze jest pan w stanie postawić diagnozę po pierwszym spotkaniu?

Często się zdarza, że po pierwszym spotkaniu, czy nawet pięciu, nie jesteśmy w stanie postawić ostatecznej diagnozy. Ale jako psychiatrzy podejrzewamy jakąś trudność. Musimy w dokumentacji postawić wstępną diagnozę. Na podstawie tego, co pacjent mówi, jak mówi, w jaki sposób się zachowuje, w jaki sposób wchodzi w kontakt z badającym, po szczegółowym wywiadzie i wysłuchaniu dolegliwości, z jakimi się zmaga, możemy postawić diagnozę wstępną.

Rzadko kiedy ostateczną. Bywają sytuacje, w których diagnostyczne wątpliwości może rozwiać hospitalizacja psychiatryczna. Nie często, ale jednak.

A czy jest jakaś uniwersalna, dotycząca wszystkich chorób psychicznych, metoda na postępowanie bliskich już po diagnozie i rozpoczęciu leczenia?

Jeżeli ktoś już korzysta z pomocy profesjonalisty, jest zdiagnozowany, jest dobrze leczony, to jest to niezwykle odbarczające dla członków rodziny. Bo oni już wiedzą, że najbliższy im człowiek cierpi, choruje, wymaga leczenia. Nie jest przysłowiowym świrem, tylko osobą cierpiącą i chorą.

Często osoby najbliższe same potrzebują wsparcia psychologicznego, czy szeroko rozumianego wsparcia terapeutycznego, ponieważ nie rozumieją, co takiego się zadziało, że najbliższa osoba zachorowała i wymaga leczenia. Mają poczucie winy, wyrzuty sumienia, zastanawiają się, czy to aby oni nie są przyczyną takich trudności chorującego.

Niezwykle ważna jest psychoedukacja. Jeżeli pacjent przychodzi do psychiatry to zdarza się, że lekarz chce przeprowadzić wywiad obiektywny, czyli porozmawiać z najbliższym otoczeniem tej osoby.

Wtedy powinien zasugerować członkom rodziny, że mają prawo do tego, żeby skorzystać ze wsparcia terapeutycznego, porozmawiać na temat swoich trudności z kimś obiektywnym, zewnętrznym, z profesjonalistą. Opowiedzieć o tym, jak to jest żyć z osobą z chorobą psychiczną i dopytać, jak sobie z tym radzić.

Nie chciałbym, żeby wydźwięk mojej wypowiedzi był taki, że życie z osobą chorą psychicznie jest niezwykle trudne. Nie. Jeżeli dana osoba się leczy i jest zaopiekowana, korzysta z pomocy, to w pewnym momencie zaczyna po prostu dobrze funkcjonować. Jak zaczyna dobrze funkcjonować, to najbliżsi również to widzą. To z kolei hamuje błędne koło stygmatyzacji.