PSL - wybory prezydenckie w 2010 roku
PSL - wybory prezydenckie w 2010 roku Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Najprostszą drogą do stanowiska w administracji nie jest ukończenie odpowiednich studiów czy duże doświadczenie w biznesie, ale wpłata na fundusz wyborczy. W chwili gdy liczy się każdy grosz, politycy potrafią odwdzięczyć się tym, którzy pomogli im finansowo przed wyborami.

REKLAMA
Celuje w tym przede wszystkim Polskie Stronnictwo Ludowe, którego skromne finanse podreperowano licznymi darowiznami. Najbardziej znanymi przykładami są Andrzej Śmietanko, do niedawna prezes spółki Elewarr oraz Władysław Łukasik, były już szef Agencji Rynku Rolnego. Obaj w 2011 roku wpłacili po 10 tysięcy złotych na konto sztabu Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Na liście funduszu wyborczego PSL są także m.in. Lucjan Zwolak, wiceprezes ARR (także wpłacił 10 tys.), oraz Anita Szczykutowicz, dyrektor Departamentu Promocji Ministerstwa Rolnictwa (5 tys. zł). Blisko 21 tys. zł – maksymalną dopuszczalną stawkę, jaką może wpłacać osoba fizyczna na fundusz wyborczy, przekazał Ryszard Smolarek, którego Marek Sawicki rekomendował na stanowisko szefa Agencji Rynku Rolnego po odwołaniu Łukasika. CZYTAJ WIĘCEJ

Źródło: "Rzeczpospolita"

Pytany przez "Rzeczpospolitą" ekspert Centrum Adama Smitha, Andrzej Sadowski, ocenia, że figurowanie na liście wpłat na komitet wyborczy pomaga po wyborach w dostaniu pracy dzięki znajomościom. Często to dobry interes, bo Śmietanko zarabiał rocznie około 800 tysięcy złotych. Ale także następca Marka Sawickiego, Stanisław Kalemba, wspiera swoją partię.

Najbliższa rodzina ministra ze Swarzędza, w tym syn Daniel zatrudniony w Agencji Rynku Rolnego, wpłaciła w sumie 57 tys. zł. Podobnie Przemysław Litwiniuk (wpłacił ponad 20 tys. zł) – były szef gabinetu politycznego ministra Sawickiego, dziś poza resortem, ale czerpiący ogromne zyski z synekur państwowych. CZYTAJ WIĘCEJ

Źródło: "Rzeczpospolita"

Choć odszedł razem ze swoim szefem, nadal jest w radzie nadzorczej Elewarru i szefuje Fundacji Pomocy dla Rolnictwa. Jak przypomina "Rzeczpospolita" podobne praktyki mają miejsce w Platformie. Główni bohaterowie afery hazardowej - Jan Kosek i Ryszard Sobiesiak wpłacili odpowiednio 10 i 18 tysięcy złotych na konto wyborcze PO.
Rządząca partia nie różni się od ludowców także pod względem zatrudniania członków partii w spółkach samorządowych. Dzisiejsza "Gazeta Wyborcza poświęca obszerny artykuł na opisanie sytuacji na Mazowszu. Podaje przykłady burmistrzów i wiceburmistrzów dzielnic, a także radnych miejskich i wojewódzkich, którzy zasiadają w zarządach i radach nadzorczych licznych firm należących do miasta.
I choć politycy Platformy zapewniają, że o wyborze do spółek nie zdecydowała przynależność partyjna, a kwalifikacje, jeden z nich (oczywiście anonimowo) przyznaje z rozbrajającą szczerością: – Kolesiostwo było, jest i będzie. Ale przynajmniej ludzie z Platformy mają wyższe kwalifikacje od nominatów z PiS – mówi "Wyborczej".
Więcej czytaj w dzisiejszych wydaniach "Rzeczpospolitej" i "Gazety Wyborczej"