Gdzie jeść podczas Fine Dining Week? Mamy typy dla tych, którzy nie lubią deserów

Warzywna tempura z kartką surowych warzyw w słodko kwaśnej marynacie i pesto z wasabi w restauracji Mood
Warzywna tempura z kartką surowych warzyw w słodko kwaśnej marynacie i pesto z wasabi w restauracji Mood Fot. materiały prasowe
Z niektórych marzeń się nie wyrasta. Na przykład z tego, żeby zamiast śniadań, obiadów i kolacji jeść desery. I mimo, że w trakcie rozpoczynającej się właśnie kolejnej edycji festiwalu Fine Dining Week to konkretne marzenie raczej się nie ziści, to istnieje spora szansa, że traficie na restauracje, w których to właśnie desery będą niekwestionowanymi gwiazdami. Nam udało się znaleźć dwie.


Fanfary na cześć deserów nie oznaczają bynajmniej, że resztę posiłków z degustacyjnych menus restauracji Mood i Strefa, bo to właśnie tam zainaugurowaliśmy festiwalowy tydzień, można pominąć. Na słono też będzie i to równie smacznie. Ale najpierw deser, a wraz zanim mała rada: jeśli zamierzacie zabrać ze sobą kogoś, kto ze słodyczy najbardziej lubi wołowinę - nie róbcie tego.
Powodem nie jest bynajmniej fakt, że nie znajdą nic dla siebie. Owszem, znajdą i będzie im smakować. Nie liczcie jednak na to, że kiedy na stole pojawią się desery, zwyczajowo spróbują odrobinę, skrzywią się kwaśno i mrucząc pod nosem: “To nie dla mnie”, oddadzą wam swoją porcję. Niestety. Jeśli tylko spróbują, zjedzą wszystko do ostatniego okruszka.
Aby więc uniknąć rozczarowania wynikającego z braku dodatkowej porcji, idźcie z drugim fanem deserów. Żal, że nie mogliście zjeść zarówno tarty migdałowej, jak i deseru pod tytułem “Mak” w Strefie, albo dwóch porcji lodów o smaku matchy w Mood, będzie mniejszy.

Desery w obu restauracjach były jak fajerwerki na koniec świetnego koncertu - każdy z nich miał w sobie coś charakterystycznego i niekonwencjonalnego. Dość powiedzieć, że żaden z nich nie bazował na typowo deserowych smakach.
Mood opisał swój deser dość lakonicznie : “Matcha, biała czekolada, czarny sezam, wata cukrowa”, więc ostateczna forma deseru była zagadką. Ostatecznie na stole pojawiły się zielone lody spowite delikatną chmurką waty cukrowej.

Trochę przykro to mówić, ale do na deser do Mooda idziecie trochę na własną odpowiedzialność, bo ich wata cukrowa przyćmi wszystkie cudowne wspomnienia, jakie w kontekście tego dziecięcego przysmaku mogliście mieć. Jest delikatna i lekko przełamana miętowym aromatem. Takich nie dostaniecie przed wejściem do Zoo.


Lody o smaku matchy nie są z kolei tym, na co zwykle wskazują dzieciaki stojąc przed przeszkloną zamrażarką w lodziarni. Dorośli, nawet ci, którzy do tej pory herbaciane smaki traktowali raczej ostrożnie, będą jednak zadowoleni. Zielony pyłek został użyty z rozwagą - smak matchy nie dominuje, ale charakternie zaznacza swoją obecność.

Warto też wspomnieć o kolejnym czynniku “wow”, czyli kruszonce, która “strzela” na języku. Jakim cudem? Kucharze w Mood, jak się okazało, są magikami - nie tylko jeśli chodzi o wyczarowanie genialnych potraw, ale i niechęć do dzielenia się swoimi sekretami.
Z magią, choć już w bardziej konwencjonalnym wydaniu, mieliśmy do czynienia również w Strefie. Restauracja zaproponował dwa różne desery - inny do menu mięsnego, inny - do wegetariańskiego. Pierwszy z nich miał być tartą migdałową. Oto co pojawiło się na stole:

“Tarta migdałowa – dynia, czekolada, mięta, jabłko, gruszka, imbir, cynamon” - głosił skromny opis. Wielość składników mogła sugerować dwie rzeczy: kucharz-cukiernik albo oszalał, albo jest bardzo odważny i pewien swoich umiejętności. Zwyciężyła opcja numer dwa.

Kruche ciasteczko, na którym ułożono małe beziki oraz zaprawione w syropie kuleczki z jabłka i gruszki, otaczał krem z dyni. To właśnie on nadawał ton całej kompozycji, która teoretycznie powinna być dość przewidywalna.
Drugi deser - “Mak”, w którego skład wchodziły: brioche, mandarynka, mascarpone, ziemia orzechowa, to z kolei idealny przykład tego, że deser nie musi być słodki, żeby zachwycać. Ten był bardzo wyraźnie po kwaśnej stronie - zarówno jeśli chodzi o otaczający ciastko sos, jak i znajdującą się w środku deseru mandarynkową żelkę. Zaskoczeniem była też warstwa masy makowej i to, jak genialnie komponuje się z cytrusami.

Deser to nie wszystko (niestety i na szczęście)
Zachwytów przed deserem również było sporo. W obu restauracjach warto pokusić się o spróbowanie obu opcji menu - mięsnej i wegetariańskiej, bo każda z nich kryje kulinarne niespodzianki.
W Mood zaskoczenia wiązały się z wykorzystaniem unikalnych składników, takich jak smardze (jeszcze do niedawna pod ochroną), rukiew wodna czy soliród. Na talerzach główne role grają z kolei piotrosz, biały halibut czy biodro jagnięce.
Same nazwy dań w Mood obiecują sporo. Widząc “Multikolor z buraków” czy “Warzywną tempurę z kartką surowych warzyw w słodko kwaśnej marynacie” można mieć jednak pewne obawy czy nie mamy tu do czynienia z lekkim przerostem formy nad treścią. Otóż to jeden z tych rzadkich przypadków, w których ten lekko górnolotny opis idealnie pasuje do pieczołowicie przygotowanej kompozycji - zarówno smaków, jak i kolorów.
Daniem, które w Mood można postawić na podium niemal na równi z deserem, jest “veloute z rukwi wodnej, z truflą i orzechem laskowym”. “Veloute” może kojarzyć się z angielskim określeniem aksamitu, czyli “velvet”. I słusznie, bo jedząc lekki krem o szpinakowym posmaku i aromacie trufli, będziecie się czuć, jakby to właśnie tym rodzajem materiału zostały wyścielone wasze kubki smakowe.
Podobne doznania zapewnia również pierwsza pozycja w menu Strefy: małże Św. Jakuba z marynowaną czarną rzepą, sosem rakowym i oliwą porową. Przegrzebki były idealnie podsmażone, a więc miękkie niczym białe, wyłowione prosto z morza chmurki. Sos z raków, pomimo wyraźnie wyczuwalnego posmaku masła i śmietanki, był zaskakująco lekki i w ogóle nie aspirował do tego, aby ukraść show przegrzebkom.
Sosy są zresztą bardzo mocną stroną dań w menu Strefy. Zarówno majonez w daniu z ośmiornicy, jak i sos holenderski z palonego masła dodany do steku z kalafiora idealnie spełniały swoją rolę dodatków: nie wybijały się na pierwszy plan, ale były na tyle charakterystyczne aby skutecznie kontrować lub dopełniać smak głównego składnika.
Co ciekawe, zupa w Strefie również zaskakuje. Nie jest to wywar o nudnym jednostajnym smaku - consommé jest lekko kwaśne, nie razi przesadną słodyczą karmelizowanej cebuli, której można spodziewać się znając tylko francuski klasyk tego gatunku.
Do Mood i Strefy warto więc iść nie tylko z uwagi na deser. Słodkiej kropki nad “i”w obu przypadkach pominąć nie sposób. Może zdążycie się jeszcze o tym przekonać. Stoliki na Fine Dining Week można rezerwować na stronie www.finediningweek.pl. Festiwal trwa do 17 lutego. Festiwal trwa do 17 lutego i jest utrzymany w duchu zero waste dzięki współpracy z partnerem kulinarnym - marką Grundig.

Artykuł powstał we współpracy z Fine Dining Week.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...