Obcisłe dżinsy i obozy pracy. Codzienne życie w Korei Północnej ma z „komuną” niewiele wspólnego

Życie w Korei Północnej owiane jest nimbem tajemniczości. Oto książka, która sporo wyjaśnia.
Życie w Korei Północnej owiane jest nimbem tajemniczości. Oto książka, która sporo wyjaśnia. Fot. unsplash.com / Random Institute
Szary i sztywny mundurek Kim Dzong Una z charakterystyczną stójką wychodzi z mody — na ulicach północnokoreańskich miast pojawiają się kobiety w obcisłych dżinsach. Zmiana obyczajowa idzie w parze z technologiczną — rzesza posiadaczy tabletów lub telefonów komórkowych stale się powiększa. Koreę Północną nękają również typowo zachodnie bolączki w postaci powszechnego uzależnienia od twardych narkotyków. Czyżbyśmy przespali jakąś rewolucję? I tak, i nie.


Dla przeciętnego Europejczyka, doniesienia zza żelaznej koreańskiej kurtyny przyjmują zwykle formę ciekawostek w rodzaju nagrań z pochodów, na których niezdrowo poruszeni „wyznawcy” Kima płaczą rzewnymi łzami na widok wodza, czy przedruków z dostępnych w zakładach fryzjerskich folderów zawierających spis „fryzur oficjalnie dopuszczonych przez partię”.

Tego typu obrazy, choć prawdziwe, przedstawiają koreańską rzeczywistość w zbyt krzywym, jak na obecną sytuację, zwierciadle — tak przynajmniej twierdzą autorzy „Tajemnic Korei Północnej ” - Daniel Tudor i James Pearson.

Mało kto zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że w Korei panuje dzisiaj ciche przyzwolenie na prywatny handel i że to właśnie dzięki prężnej działalności mikro przedsiębiorców udało się złagodzić klęskę głodu, która w latach 90. panowała na Północy.

Doniesienia o tym, że sklepy w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej posiadają w asortymencie Coca-Colę, szkocką whisky czy angielską herbatę, a w centrum Pjongjangu znajduje się sklep Adidasa, również rzadko przedostają się do zachodnich mediów.
Z przedostawaniem się, ale przez koreańską granicę nie mają natomiast problemu przemytnicy, którzy zalewają komunistyczną enklawę podróbkami zachodnich ubrań, laptopami, tabletami czy akcesoriami gospodarstwa domowego.

Na ulicach koreańskich miast zaczynają coraz częściej pojawiać się również samochody zachodnich marek, a natężenie ruchu staje się wystarczająco duże, aby zaczęły tworzyć się korki uliczne — zjawisko jeszcze kilkanaście lat temu w KRLD nieznane.

Popyt napędzający podaż oraz coraz prężniejszy rozwój wspomnianych wcześniej prywatnych biznesów sprawia, że równość majątkowa obywateli jest dzisiaj melodią przeszłości. Jak podkreślają autorzy „Tajemnic…” w KRLD można się dzisiaj dorobić fortuny — co prawda pod warunkiem, że jest się gotowym sprytnie kombinować i rozdawać łapówki na prawo i lewo, ale można.


Pseudo-kapitalizm i szybsze tempo życia sprawiają, że koreańskie społeczeństwo zaczynają nękać typowo zachodnie bolączki: po alkohol sięga codziennie około 80 proc mężczyzn, pije też coraz więcej kobiet. Twarde narkotyki, głównie amfetamina, są powszechnie dostępne, a liczba uzależnionych rośnie w tempie lawinowym.

Mając na uwadze powyższe, autorzy „Tajemnic…” przekonują, jak bardzo obiegowa opinia o warunkach życia w KRLD rozmija się z prawdą.

„Typowe relacje z Korei Północnej są pisane z ogromnym współczuciem wobec cierpiących w milczeniu obywateli tego kraju. Taka perspektywa odbiera jednak często tym ludziom sprawczość i podmiotowość, sprowadza ich wręcz do zdehumanizowanych karykatur, takich jak poddany praniu mózgu wyznawca Kim Ir Sena czy bezbronna ofiara aparatu bezpieczeństwa państwa” - piszą we wstępie do „Tajemnic…” Tudor i Pearson.

Odmienne od mainstreamowego spojrzenie na koreańskie społeczeństwo sprawiło, że ich książka została uznana przez magazyn „The Economist” za jedną z najważniejszych pozycji wydanych w 2015 roku.

I choć miejscami aż trudno w to uwierzyć, informacje zawarte w „Tajemnicach…” są wiarygodne i wielokrotnie sprawdzone, o czym świadczy chociażby wcześniejszy dorobek zawodowy autorów: Daniel Tudor to były korespondent brytyjskiego „The Economist”, James Pearson — były reporter Agencji Reutera.

Obaj spędzili w Korei Północnej sporo czasu i chociaż ich „turystyczny” status raczej nie ułatwiał im zdobywania informacji na miejscu, to z pewnością miał wpływ na umiejętność weryfikacji doniesień pozyskiwanych, w znacznej mierze od tych, którzy w reżimowej rzeczywistości wyrośli.

W przeciwieństwie jednak do wielu innych autorów, którzy wcześniej opisywali życie w dzisiejszej KRLD, Tudor i Pearson w rozmowach ze swoimi informatorami w mniejszym stopniu skupiają się na represjach, jakie mogą spotkać Koreańczyków z północy, a w większym — do jakiego stopnia byli w stanie nakazy i zakazy władz ignorować.

W „Tajemnicach…” słowa „reżim”, „ludobójstwo” czy „wódz” padają oszczędnie, co nie oznacza, że autorzy bagatelizują represje, jakim władze w Pjongjangu poddają swoich obywateli. Podkreślając fakt, że na terenie KRLD funkcjonują jedne z najostrzejszych obozów pracy, w których mordy i tortury są na porządku dziennym Pearson i Tudor zaznaczają, że aby do nich trafić, nie wystarczy dzisiaj po prostu ubrać się niezgodnie z partyjnym kanonem. Za takie wykroczenie grozi obecnie „tylko” zsyłka do placówki, z której po kilku miesiącach można wyjść na wolność.

I tu pojawia się problem: bo z jednej strony, rzeczywiście, tego rodzaju „dywersję” w kwestiach stroju, której dopuszcza się obecnie wiele Koreanek z Północy, to spory krok naprzód biorąc pod uwagę, że mówimy o kraju, który do 2002 roku formalnie zakazywał noszenia kolczyków. Entuzjazm warto jednak trzymać na wodzy:

„Niebieskie dżinsy są nie do przyjęcia. Młodzi ludzie oglądają zagraniczne filmy i widzą, że ich ulubieni aktorzy i aktorki je noszą, ale ponieważ takie spodnie za bardzo wyglądają na zagraniczne, istnieje większe ryzyko, że urzędnicy z Ligi Młodzieży będą się czepiać. Dlatego nosi się raczej mniej rzucające się w oczy czarne dżinsy, niekoniecznie dzwony”.

Takich paradoksów znajdziemy w „Tajemnicach Korei” znacznie więcej: komputery i tablety są powszechnie dostępne, ale żadne z tych urządzeń nie może mieć funkcji wi-fi. Telewizory można posiadać, ale każdy z nich ma fabrycznie zablokowaną możliwość odbioru jakiegokolwiek kanału poza narodowym.

Najdroższe mieszkania to te na parterze — z powodu nieustannych przerw w dostawach prądu, bezpieczniej jest mieszkać niżej, kiedy akurat przestanie działać winda. Teoretycznie, w razie takiego wypadku można zadzwonić po pomoc z komórki — jej posiadanie również jest dozwolone, ale doładować kartę można tylko na miejscu, w biurze narodowego tele-monopolisty.

Czy sytuacja w Korei Północnej rzeczywiście zmienia się więc na lepsze? Autorzy nie dają jednoznacznej odpowiedzi. Oceńcie sami.

Artykuł powstał we współpracy z Grupą Wydawniczą Foksal.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...