"Bez tego bylibyśmy skansenem". Byli przeciwko wejściu do UE, dziś wiedzą, że popełnili błąd

Wśród rolników było wielu przeciwników wejścia Polski do Unii Europejskiej. Bali się m.in. konkurencji.
Wśród rolników było wielu przeciwników wejścia Polski do Unii Europejskiej. Bali się m.in. konkurencji. Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta
Chyba nie ma lepszego miernika zmian, jakie przyniosło Polsce wejście do Unii Europejskiej, jak zmieniający się obraz wsi. Jednak wieś wcale nie chciała wejścia do wspólnoty. Rolnicy byli pełni obaw i nie ufali unijnej polityce. – Można powiedzieć, że my wjeżdżaliśmy do wspólnoty syrenami, trabantami i polonezami, a pozostali jeździli już nowymi mercedesami – mówi w rozmowie z nami Leszek Grala, rolnik i prezes Dolnośląskiej Izby Rolniczej.


Materiał jest częścią wyjątkowego cyklu #15YearChallenge, w którym w nieoczywisty sposób spoglądamy na 15 polskich lat w Unii.
Wielu rolników nie chciało wejścia do Unii Europejskiej. Czego się obawiali?
 
Ludzie byli niechętni zmianom. Przede wszystkim bali się konkurencji polsko-unijnej, czyli konkurencji z rolnikami z krajów, które były już członkami UE i posiadały przez to inny status. Lęk i niechęć wzbudzały zapowiedzi dopłat w wysokości 25 proc. tego, co dostawali rolnicy z innych krajów. Tyle mieliśmy pierwotnie otrzymywać. Było wiele dyskusji i analiz, które powodowały, że strach miał wielkie oczy.
 
W środowisku wiejskim procent osób, które głosowały przeciwko wejściu Polski do Unii był większy. Na wsi generalnie był sceptycyzm. Nawet kiedy już mogliśmy korzystać z unijnej polityki rolnej wiele osób było do tego negatywnie nastawionych.
 
Pamiętam jak odwiedzałem rodzinę, znajomych, i pytałem, czy poskładali już wnioski o dofinansowanie obszarowe lub jakieś inne. Odpowiedź, którą słyszałem, a która była wtedy powszechna, brzmiała: „A co ty wierzysz, że oni dadzą pieniądze? Przecież to jest kłamstwo. Nikt nigdy nikomu pieniędzy za darmo nie dawał!”. Taka postawa i takie zachowania były normą. Ludzie byli nieufni i niedoinformowani, mimo dość obszernej akcji informacyjnej.
Rolnicy bali się, że stracą suwerenność?
 
Nie do końca chodziło o suwerenność, choć w pewnym sensie tak. Bardziej obawiali się jednak o to, że otwarcie polskiego rynku rolnego na produkty europejskiej, które i tak postępowało, stwarzało w ich mniemaniu zagrożenie, że zostaniemy zalani unijnymi produktami. To była prosta rachuba. Skoro tamci rolnicy mają cztery razy większe dopłaty ode mnie, to znaczy, że mogą o tyle taniej wyprodukować, a co za tym idzie i taniej sprzedać produkt.
 
Trzeba też przyznać, że analiza, jeśli chodzi o przystąpienie Polski do wspólnoty, była błędna. Mówiło się, że kraj jest na to gotowy, ale kulą u nogi jest rolnictwo. Niezreformowane i przeludnione. Mówiąc wprost, była to pewnego rodzaju psychoza, że do UE wchodzi silny kraj z zacofaną wsią i słabym rolnictwem.
 
Jak się później okazało, polskie produkty żywnościowe zrobiły furorę. Do dzisiaj mamy największą nadwyżkę w produkcji rolnej.
 
Na wsi mówiło się też, że po wejściu do UE nieopłacalna będzie produkcja?
 
Uważano, że tak będzie właśnie w kontekście wzrostu cen środków produkcji i w kontekście niskich dopłat. Rolnicy bali się także wykupu ziemi przez obcokrajowców. Ta obawa była dość silna.
 
Dlatego też rozwiązanie tych kwestii było istotne na etapie negocjacyjnym. Wtedy też zmieniono wysokość dopłat z 25 na 40 proc. Wprowadzono także okres przejściowy na sprzedaż ziemi. To był okres dość długi i bezpieczny. Niemniej jednak te obawy pozostały. Na wsi wszystko co nowe budziło respekt, ale i w pewnym sensie niechęć, a wynikało tak naprawdę z braku wiedzy.
 
Robiliśmy analizy, zastanawialiśmy się jak to będzie wyglądało, w oparciu o wiedzę, którą dysponowaliśmy. Różne były tego efekty. Jednym z wniosków było to, że ceny, które obowiązywały w Europie mogły doprowadzić do zachwiania na polskim rynku rolnym. Nasi rolnicy mieli wtedy jeszcze w pamięci podobne wydarzenia sprzed kilki lat. Mam na myśli lata 1997-1999, kiedy musieliśmy zmierzyć się z potężnym załamaniem, spowodowanym przez import produktów rolnych ze Stanów Zjednoczonych i Europy.
 
Są jednak obszary, w których czuliśmy się silni, a rzeczywistość wszystko zweryfikowała. Nasi naukowcy mówili, że po wejściu do Unii przejmiemy rynek owoców miękkich. Malin, jagód… wszystkiego. Mieliśmy tym właśnie podbijać Europę. W praktyce, po 15 latach, można stwierdzić, że właśnie na rynku owoców miękkich mamy największe problemy.
 
Chcę dopytać o to, o czym pan wspomniał w jednym zdaniu. Rolnicy bali się, że ktoś przyjdzie i wykupi ziemię?
 
Nie mogę powiedzieć, że moi znajomi i koledzy nie mówili o tym. Szczególnie starsi, którzy przyszli ze wschodu i pamiętali przesiedlenia. Mówili: „Po co nam to? Przyjdą Niemcy i kupią ziemię, bo u nas jest tania”. Cena ziemi było wtedy drastycznie niższa niż dziś. Kiedy wchodziliśmy do UE kosztowała około 4000 tys zł., a dziś kosztuje średnio około 40 000 zł.
 
Patrząc na te liczby trzeba też podkreślić, że wejście Polski do UE nie tylko dało nam szanse rozwojowe, umożliwiło modernizację, ale powiększył się także majątek gospodarstw. Nabrał on realnej, bliżej europejskiej wartości.
Wtedy jednak hasło „mechanizmy wspólnej polityki rolnej” nie budziło entuzjazmu.
 
Budziło obawy. Ludzie na wsi żyli beztrosko. Nikt ich z niczego nie rozliczał, każdy hodował sobie co chciał i jak chciał. Nie trzeba było prowadzić żadnej ewidencji. Jednym z przywilejów wejścia do Unii była możliwość korzystania ze środków na modernizację gospodarstw i z dopłat do produkcji. Trzeba było jednak powoli spełniać szereg zobowiązań dotyczących ochrony środowiska, czy dobrostanu zwierząt.
 
To wchodziło krok po kroku. Teoretycznie mieliśmy już z tym do czynienia w okresie przedakcesyjnym, polskie rządy na nas to wymuszały wprowadzając podobne przepisy, ale te unijne oznaczały już sztywne terminy. Trzeba było to wdrażać.
 
Z tej beztroski wyrwało mieszkańców wsi choćby to, że każde gospodarstwo musiało się znaleźć w rejestrze?
 
Najpierw gospodarstwa musiały otrzymać numery, później rolnicy musieli podać wszystkie należące do nich grunty. Wtedy zaczęły się problemy, które w wielu regionach są do dziś, dotyczące katastru nieruchomości: „Kto jest właścicielem?”. To były takie zaszłości, których ludzie przez lata nie prostowali. Nie było takiej potrzeby. Orał i było, i tyle, i już. Potem było coraz szczegółowiej i każdy ar trzeba było wyliczyć. Tam, gdzie krzaki zarosły, to też trzeba było podać i porządkować.
 
Dziś to raczej oczywiste, ale wśród wymogów znalazł się także ten dotyczący założenia rachunku bankowego przez każdego gospodarza.
 
Tak, w zasadzie musiał to zrobić każdy rolnik, który składał wniosek np. o dopłatę do hektara, czy choćby jednolitą płatność obszarową. Pieniądze były przelewane na rachunek bankowy, więc siłą rzeczy wszyscy powinni ten rachunek mieć.
 
Zaczęła się też papierologia, administracja. Do rolników przychodziły decyzje o przyznaniu płatności. Liczyły one kilkanaście stron. Dziś do tego podchodzimy już bardzo spokojnie, ale wtedy na wsi nie byliśmy przyzwyczajeni do takich standardów.


Były też kontrole pól, kontrole w terenie, kontrole weterynaryjne dobrostanu zwierząt. Wszystko gdzieś tam żeśmy przeżywali.
 
Podsumowując, jeżeli chciałeś dostać dopłatę do swojej ziemi, to musiałeś podać jaka to powierzchnia, zidentyfikować ją, wpisać numer gruntu, określić obszar. Należne środki musiały być przelane na określone konto w banku, nikt ich przecież nie rozwoził Nyską czy Żukiem.
 
Te kontrole, to przyglądanie się pracy rolników, patrzenie im na ręce, też powodowało strach?
 
Trudno dziś tak powiedzieć, ale dla mnie takie znaczące i obrazowe są powody, dla których rolnik, którego gospodarstwo znajdowało się obok mojego – miał masarnię – nie składał wniosków do Unii po dopłaty. Nie robił tego, ponieważ był przekonany, że „oni” przyjdą później i zabiorą. To samo mówiła moja kuzynka: „Wierzysz, że za darmo będą dawali pieniądze? To jest niemożliwe”.
 
A wprowadzenie kwot mlecznych? Polska jest dużym producentem mleka – czy rolnicy czuli się ograniczani w ten sposób?
 
Od lat 90. do 2004 roku nastąpił znaczący spadek pogłowia. Przynajmniej jeśli mówimy o naszym terenie, czyli o Dolnym Śląsku. Myśmy wchodzili do UE na spadku produkcji i na niskich cenach produkcji, która nie dawała rolnikom pewności uzyskania dochodu.
 
Zachęcaliśmy wtedy rolników, żeby wykorzystać do maksimum przyznaną nam wynegocjowaną kwotę mleczną, bo w innym przypadku, to się później mogło źle skończyć. Rzeczywiście szybko te kwoty wykorzystaliśmy. Była kwota mleczna do sprzedaży hurtowej i kwota mleczna do sprzedaży bezpośredniej.
 
Szczególnie uwagę zwracaliśmy na tę bezpośrednią. Bezpośrednia to było to, co rolnicy sprzedawali na rynkach, targowiskach. Często myśleli błędnie: „Sprzedam mleko gdziekolwiek i będę mógł mieć krowę”. Okazywało się, że nie do końca tak było. Owszem, można było mieć krowę, ale mleka wprowadzać na rynek już nie można było.
 
Rzeczywiście na Dolnym Śląsku udało nam się dużo wprowadzić kwot w sprzedaży bezpośredniej, nie do mleczarni. Później rolnicy mogli to zamienić na sprzedaż hurtową.
 
Przed przystąpieniem do UE, w roku referencyjnym, oceniano ile krów jest w gospodarstwie i na podstawie tego negocjowaliście kwoty mleczne?
 
Tak, w latach referencyjnych, oceniana była produkcja i na podstawie tego negocjowaliśmy kwotę jaka nam przysługiwała. Po roku referencyjnym produkcja tak naprawdę się jeszcze trochę zmniejszyła. Były tak niskie ceny, że rolnicy nie sprzedawali mleka do mleczarni i ograniczali produkcję.
 
Wchodziliśmy do Unii Europejskiej w takim trudnym okresie. Wspólna polityka rolna była tworzona w momencie, kiedy brakowało żywności i ona miała służyć zabezpieczeniu żywności tzn. takiej niezależności, a wtedy była swego rodzaju nadprodukcja i tutaj były trochę inne założenia i inne preferencje. Wcześniej przed proponowano nawet dotacje dla eksportu, czyli Unia dopłacała, żeby wywozić ze swojego obszaru produkty w inne regiony, ponieważ było ich trochę dużo.
 
Musimy też pamiętać, że potencjał polskiego rolnictwa, potencjał polskiej wsi był znacząco większy niż wszystkich pozostałych krajów, które z nami wchodziły do wspólnoty np. Łotwa, Estonia, Czechy, Słowacja.

Rolnicy musieli zmieniać profil produkcji? Coś opłacało się bardziej, a coś mniej?
 
Rzeczywiście, jeśli chodzi o buraka cukrowego, mleko, ziemniaka skrobiowego, czy tytoń, to w tych obszarach były limity i w związku z tym były też ograniczenia. Trzeba było się organizować.
 
Niektórzy rolnicy zrezygnowali np. z produkcji buraków. W tym przypadku dopłaty były znaczące, ale inna produkcja bardziej się opłacała. Taka sytuacja spowodowała, że zaczęliśmy patrzeć na to, co robimy bardziej rynkowo. Wykorzystywaliśmy możliwości. Zyskiwał ten, kto lepiej i szybciej dostosowywał się do nowych warunków wspólnej polityki rolnej.
 
Rolnicy bali się, że nie wytrzymają konkurencji europejskich producentów?
 
Jako rolnicy mówiliśmy, że wchodzimy do UE jak ubodzy krewni. Tak kiedyś się porównywaliśmy. Można powiedzieć, że my wjeżdżaliśmy do wspólnoty syrenami, trabantami i polonezami, a pozostali jeździli już nowymi mercedesami, nowymi lub 5-letnimi, które i tak były lepsze od naszych.
 
W krajach, które już były w UE reforma, trwała już kilkadziesiąt lat. Oni z tych mechanizmów wspólnej polityki rolnej mogli korzystać latami, a my dopiero dołączaliśmy. Ten strach wynikał właśnie z tego. Nie było szans, żebyśmy mogli konkurować z nimi na uczciwych zasadach. Mimo wszystko okazało się, że jakoś sobie poradziliśmy i że nie było tak źle. Dobrze zafunkcjonował system pomocy.
 
A propos systemu pomocy, czym był program SAPARD?
 
SAPARD to był program przedakcesyjny (Specjalny Przedakcesyjny Program na Rzecz Rolnictwa i Rozwoju Obszarów Wiejskich), który stwarzał możliwość przygotowania się do późniejszych właściwych działań. Mieliśmy problemy z wykorzystywaniem tych środków, decydowali się na to co odważniejsi. Zainteresowanie nim było naprawdę niskie, a program dotyczył choćby zakładów przetwórczych, mleczarni, dostosowania ich do nowych wymogów związanych z unijnymi przepisami.
 
Można było uzyskać do 70 proc. dofinansowania na modernizację?
 
Tak. Dziś rolnicy mogą dostać 40 proc. dotacji kwoty kwalifikowanej, a młodzi rolnicy do 50. Wtedy rzeczywiście za to dofinansowanie można było kupić ciągnik, pewne elementy w zakresie mleczarstwa, ubojni, gospodarstw, czy bezpieczeństwa pracy. To po prostu dawało możliwość uzyskania dużej refundacji.
 
Dziś mówi się, że z wejścia do Unii najbardziej skorzystali właśnie rolnicy. Mówimy właśnie o ciągłych dopłatach, o dofinansowaniu, ale czy nie jest tak, że bez tego cena żywności byłaby znacznie wyższa, a my nie zdajemy sobie z tego sprawy?
 
Uważam, że dopłaty są skierowane w pierwszej kolejności od konsumentów. Taka była idea wspólnej polityki rolnej i dopłat bezpośrednich. Konsumenci chcą mieć żywność tańszą i bezpieczną, ale z drugiej strony nie zastanawiają się, kto za to zapłaci? Musi być współuczestnictwo państwa, czy państw UE w produkcji, jeżeli chcemy spełnić te kryteria.
 
Można jeść tańszą żywność z krajów, w których dalej stosuje się środki chemiczne. Te same, które u nas wycofana już lata temu. Nie stosujemy też genetycznie modyfikowanej żywności. To wszystko sprawia, że każdy nowy wykorzystywany środek wymaga przeprowadzenia wielu badań. To jest kosztowne, dlatego spełnianie tych warunków powoduje, że finalnie produkt jest droższy.
 
Stąd też właśnie dopłaty, które mają konsumentowi dostarczyć bezpieczną, zdrową żywność w cenie akceptowalnej. Unijne programy były ukierunkowane właśnie na bezpieczeństwo żywności.
 
Kiedy weszliśmy do UE to znalazły się także pieniądze na działalność pozarolniczą na wsiach?
 
Jednym z priorytetów wspólnej polityki rolnej było poprawienie konkurencyjności. Służyło temu przede wszystkim wprowadzenie nowych urządzeń. Istotne było także poprawienie bezpieczeństwa pracy i wyrównanie dysproporcji pomiędzy wsią a miastem. Takie były cele na początek.
 
Wiadomo, że kupując nowe urządzenia ograniczaliśmy możliwość pracy na tych zużytych, niespełniających wymogów. Do tej pory trudno było na rolniku wymusić, żeby tę maszynę sprzedał, bo musiał przecież czymś tę łąkę obrobić.
 
Podejście wielu rolników, zwłaszcza młodych ludzi, zmieniło się, jak zobaczyli pierwszy przypadek, czy drugi, kiedy ktoś występował o te pieniądze i te starania zakończyły się powodzeniem. To była szansa na to, żeby wieś funkcjonowała normalnie i żeby gospodarstwa się rozwijały. Wtedy zaczęto po to sięgać.
 
Rzeczywiście była też idea, żeby wieś trochę odmłodzić – chociaż jak się teraz okazuje, polska wieś jest najmłodsza – pojawił się więc element rent strukturalnych. Rolnicy przekazując komuś grunty w trwałe zagospodarowanie mogli odejść z rolnictwa i otrzymać rentę strukturalną, która była wysoką kwotą. Często przekraczała rentę, czy emeryturę, którą później otrzymywali z KRUS-u. Renta strukturalna to było dwa, trzy tysiące złotych, a emerytura z KRUS-u wynosiła tysiąc.
 
Także w ten sposób pieniądze trafiały na wieś. Ale możliwości było więcej. Mam na myśli tworzenie poza rolniczych miejsc pracy np. w sektorze usług.
 
Czyli?
 
Ludzie zakładali różne firmy. Były to np. zakłady rzemieślnicze, zakłady fryzjerskie, przetwórstwo drzewa. W skali kraju powstałego tego dość sporo. Jak w czymś widzieli szansę i mogli prowadząc gospodarstwo rolne przejść na działalność poza rolniczą, to zaczynali działać.
 
Najmniej jednak skorzystano z tego na obszarach popegeerowskich, tam było najmniej pieniędzy. Barierą był udział własny i nieprzygotowanie do tego systemu. Z kolei myśmy weszli w działalność usługową, typu siew kukurydzy. Każdy szukał możliwości wykorzystania tego, co dawała UE.
 
Krajobraz wsi, jeśli mówimy o możliwościach, zmienił się diametralnie. Ci, którzy kiedyś mieli obiekcje dotyczące wejścia do UE, dziś mogą myśleć: "byliśmy głupi"?
 
Dla polskiego rolnictwa i dla polskiej wsi wejście do UE było tak naprawdę potrzebne jak rybie tlen. Bez tego prawdopodobnie bylibyśmy dziś skansenem. Te pola, które dziś karczują ludzie, które próbują przywrócić do kultury, ten głód ziemi jaki się pojawia gdzieś, tego na pewno nie było.
 
My po prostu wykorzystaliśmy i nadal wykorzystujemy swoje szanse. Może brakowało nam troszeczkę wyobraźni długofalowej w zakresie niektórych produkcji. Wchodząc do Unii byliśmy bardzo mocni w niektórych produkcjach, dlatego po prostu to robiliśmy, a w tym czasie inne kraje nas goniły i teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tak stało się w przypadku np. malin lub truskawek.
 
Ogromna konkurencja, która nas czeka, to są jabłka. Nasze spojrzenie musi być bardziej perspektywiczne, a działania powinny zmierzać w kierunku innowacyjności. Musimy szukać takich rozwiązań, które dadzą nam dochód na przyszłość.
Wokół siebie na pewno obserwował pan znaczące zmiany u gospodarzy.
 
Oczywiście. Do mnie jako do prezesa izby przychodzili rolnicy, którzy byli już na skraju bankructwa, którym agencja odbierała grunty. Prosiłem wtedy, żeby dać im szansę. Ten rolnik korzystając z jednego z unijnych programów uratował się, a później przyszła lepsza opłacalność. Założył firmę świadczącą usługi czystości na drogach i dziś to są majętni ludzie. Świetnie sobie dają radę.
 
Mam kolegów, którzy korzystając z pieniędzy założył firmę usługową i gospodarstwo mają na wysokim poziomie. Bardzo dobrze funkcjonują.
 
Są takie przypadki, że ktoś mówi, że zagłosował na nie, a dziś otwarcie mówi, jaki to był błąd?
 
Nikt się nie przyznaje nawet jeżeli głosował na „nie”, czy nie poszedł do głosowania w ogóle. Myśmy tylko podkreślali "weźcie udział, to jest ważne". Oczywiście jako samorząd mówiliśmy jakie mamy zastrzeżenia. Była dyskusja na argumenty. Byli tacy, którzy byli totalnie na nie i tacy, którzy byli zafascynowani Unią.
 
Pan jest producentem mleka?
 
Myśmy produkowali mleko przez 20 kilka lat, w tej chwili kończymy z tą produkcją. Mamy bydło mięsne i jeszcze trochę bydła mlecznego.
 
I też miał pan dużo obaw?
 
Oczywiście, że miałem obawy. Zorganizowałem kilka, jak nie kilkanaście spotkań. Robiliśmy symulacje. Pamiętam te kartki, które rozdawaliśmy kolegom. Analizowaliśmy, jakie wsparcie w euro ma Niemiec, jakie dostanę ja, jakie są ceny, jaki koszty paliwa, jakie będą możliwości konkurowania. Niemniej jednak nie do końca wszystko wyszło tak, jak byśmy chcieli.
 
Lata 2007, 2009, 2011 to były lata ogromnego wzrostu cen żywności na świecie. Cena interwencyjna pszenicy to nadal jest 101 euro, a wtedy w całej Unii, jak i również w Polsce, była po prawie 300 euro, dlatego ta opłacalność się zmieniła. Myśmy osiągali dobre dochody na produkcji rolniczej, tak jak rolnicy w całej Europie. Był to jednak pewien zbieg okoliczności, który pomógł nam i dał nam szansę na dodatkowy rozwój.
 
Jak zaczęliśmy korzystać z unijnych programów, jak zaczęliśmy rolników namawiać, jak zacząłem się z nimi spotykać jeżdżąc po całym województwie, i kontaktować z kolegami z Czech, z Niemiec i z Francji, to doszliśmy do wniosku, że nie ma innego wyjścia, jak właśnie wejście do Unii. Bardzo często Unię krytykują ci, którzy najwięcej skorzystali.
 
Chcielibyśmy, żeby z innych krajów UE nie przyjeżdżały do nas produkty, a z drugiej strony my tutaj na Dolnym Śląsku, ze względu na położenie geograficzne, większość swoich produktów wywozimy do Unii.
 
Pan skorzystał z unijnych możliwości?
 
Tak, korzystaliśmy ze środków na modernizację gospodarstw, na poprawę jakości i bezpieczeństwa produkcji. Wymieniliśmy linię technologiczną do uprawy zbóż. Przeszliśmy na uprawy bezworkowe, z agregatem siewnym, z nowym opryskiwaczem, który pozwalał na prowadzenie najwyższej jakości produkcji. Chodzi o bezpieczeństwo i pewność, że żywność nie jest zatruwana.

Głosował pan na tak, czy na nie za przystąpieniem Polski do Unii? 

No właśnie. Dzisiaj już nawet nie pamiętam. Żona mówi, że głosowaliśmy za wejściem Polski do UE, przynajmniej ona jest tego pewna. Ja głowy nie dam, bo jak każdy chłop z krwi i kości jestem też trochę przekorny. Ale raczej wrzuciłem głos z poparciem naszego wejścia.


Wówczas już po negocjacjach w Kopenhadze Polska dostała dodatkowe limity mleczne, możliwość dopłat z budżetu krajowego i liczba zastrzeżeń była mniejsza od pozytywów. Cieszę się, że jestem w Unii. Nie czuję się też obywatelem drugiej kategori.