Polski ksiądz z Boliwii gorzko o tym, co wyprawiają w Polsce jego "koledzy po fachu"

Archiwum prywatne
Ks. Jacek Pędziwiatr, rzecznik kurii w diecezji bielsko-żywieckiej, po zapoznaniu się z dokumentem Tomasza Sekielskiego powiedział m.in.: "Obawiam się, że czeka nas wędrówka przez pustynię. Musi wymrzeć to pokolenie. Innego wyjścia nie ma".


Niestety nie podzielam optymizmu ks. Jacka. Nie wierzę, że wymarcie pewnego pokolenia [w domyśle: duchowieństwa] rozwiąże problem. Mam nawet pewne obawy, że młode pokolenie duchowieństwa jest nawet w wielu wymiarach gorsze, niż to, które jednak doświadczyło etosu Solidarności.


Oto dzisiaj wśród młodzieży ma wzięcie taki ONR, co w okresie mojej młodości było nie do pomyślenia. A to właśnie z tej grupy jest sporo powołań. Drugą grupą zasilającą seminaria są dzisiaj młodzi, którzy swoją wiarę kształtują w ruchach charyzmatycznych. Od kilku lat wychodzą z seminariów księża typu Międlar lub księża palący książki Harry'ego Pottera. Ludzi społecznie wrażliwych dzisiaj w seminariach nie znajdziesz.


Wystarczy zresztą tylko spojrzeć: ilu znamy kleryków, którzy do seminarium uformowani w środowisku warszawskiego Kontaktu, Zupy na Plantach, czy pomagając siostrze Chmielewskiej. Znacie chociaż jednego. Owszem, trochę wstępuje po doświadczeniach wolontariatu misyjnego, ale i oni dość szybko łamią i odchodzą.


Gdzie szukać źródła tego problemu. Rocznik mojej matury to 1990, a święcenia otrzymałem w 1997 r. Lata dojrzewania i szkoły średniej przypadły na czas przełomu. Pamiętam, że seminarium czytaliśmy jeszcze Mertona, Zieje, a nawet Kunga. Naszymi profesorami byli ludzie tacy jak Tischner, a rekolekcjonistami był Wacław Oszajca. Do głosu jednak dochodził mit Jana Pawła II i hasło cywilizacji śmierci, która jakoby była tą dominującą na Zachodzie i niszczącą chrześcijański świat.

Dzisiaj pokolenie moich rówieśników jest wychowawcami w seminariach, niektórzy są już biskupami. Utrzymali się jednak tylko ci, którzy przejęli linię janopawłową.

Ci, którzy pozostali wierni Mertonowi lub Zieji to albo odeszli, albo wyjechali z kraju, albo gdzieś sie pogubili. Ilu jest ksieży w wieku 40-50 lat, którzy twórczo myślą i nie boją się wypowiadać odważnie swoich poglądów: Prusak, Luter, Gużyński, Lemański... To ci nieliczni, którzy powiedzą coś ostrzej, nawet jeżeli będzie to ich kosztowało.

Tak więc wśród księży mamy dzisiaj odważnego o. Wiśniewskiego ze starego pokolenia, który nie poszedł na ugodę z komuną i jest jednym z nielicznych, reprezentujących etos dawnej Solidarności. Jest kilku buntowników z mojego pokolenia, które zostało ukształtowane przez tych wielkich jak Tischner czy Wiśniewski.

A z młodego co najwyżej mamy Międlarów lub księży od egzorcyzmów lub palenia książek. Czy to z takich zrodzi się Kościół, o którym marzy i pisze ks. Przemysław Szewczyk, czyli taki, który przynosi błogosławieństwa ubogim, smutnym, płaczącym, cichym, skrzywdzonym? Osobiście wątpię.