Chcesz pomóc, ale nie wiesz jak? Możliwości jest wiele, to kwestia podjęcia decyzji - przekonuje znany aktor

Tomasz Schimscheiner jest prezesem fundacji „Wawel z Rodziną" - beneficjenta akcji Serce Rośnie
Tomasz Schimscheiner jest prezesem fundacji „Wawel z Rodziną" - beneficjenta akcji Serce Rośnie Fot. Michał Mąsior
Lubisz czekoladę? Głupie pytanie. A lubisz pomagać? Pewnie, jeśli jest okazja. Gdyby każdy z nas z takim samym zapałem zabierał się do wspierania działań wybranej fundacji, jak do zjedzenia tabliczki mlecznej czekolady świat byłby znacznie lepszym miejscem. Okazuje się, że tak właśnie może być.


Firmie Wawel udała się spora sztuka. Nie tylko zorganizowała akcję Serce Rośnie, w której w ramach dwóch edycji przekazała aż 2,6 mln złotych; na konta fundacji takich jak “Akogo?” Ewy Błaszczyk czy “Mimo wszystko” Anny Dymnej, ale przede wszystkim zaktywizowała do pomagania nas — konsumentów.

Akcja Serce Rośnie pokazała, że chcemy pomagać. Konsument miał dokonać zakupu, a następnie zarejestrować produkt na stronie ineternetowej sercerosnie.com.pl czyli świadomie wykonać dodatkowe działanie zanim wrzuci papierek do kosza. Liczba zarejestrowanych kodów przekroczyła 546 tysięcy. Możemy sobie pogratulować.

Prezesa fundacji „Wawel z Rodziną" (a zarazem znanego krakowskiego aktora) Tomasza Schimscheinera taka postawa nie dziwi. Twierdzi, że ktoś, kto raz doświadczył uczucia, jakie wiąże się z udzieleniem pomocy, nigdy nie przestanie tego robić.

W rozmowie z naTemat opowiada, jak przebiegała akcja “Serce Rośnie” oraz tłumaczy, dlaczego Fundacja „Wawel z Rodziną"” postanowiła skupić swoje pozostałe działania na jednym, bardzo konkretnym obszarze: świetlicach środowiskowych.

To pan znalazł Wawel, czy Wawel pana? Jakie były początki waszej współpracy?

Kiedy idzie się ulicami, potrzeba pomocy widoczna jest niemal na każdym kroku.To naturalne, że jednym się udaje, innym trzeba trochę pomóc. Pamiętam kiedy w Akademii Teatralnej w Krakowie mieliśmy wykłady z księdzem Tischnerem, pytaliśmy go, czy dawać pieniądze, czy nie, bo dookoła kręci się też sporo naciągaczy. A on powiedział wtedy: “Dawać, tylko pamiętaj, żebyś sam przy tym dziadem nie został”.


Zawsze starałem się angażować w przeróżne akcje społeczne, ale robiłem to dość chaotycznie i spontanicznie. Około 10 lat temu Wawel zaczął szukać swojego kierunku na działalność prospołeczną.

Nie wiem, czym się kierowali, proponując stanowisko prezesa fundacji właśnie mi. Pewnego dnia dostałem telefon od Dariusza Orłowskiego, prezesa Wawelu. Spotkaliśmy się i ustaliliśmy priorytety.

Fundacja taka jak „Wawel z Rodziną" z jednej strony pomaga potrzebującym, z drugiej — przynosi firmie spore korzyści wizerunkowe.

Oczywiście, idea pomagania wpływa na wizerunek, dotyczy to i firm i ludzi. Firmy, korporacje oraz znane osoby mają możliwość dotarcia do większej ilości odbiorców oraz nagłośnienia akcji, pokazania gdzie jest potrzebne wsparcie i jak można pomóc. Dzięki takim działaniom rośnie wrażliwość społeczna i pojawia się refleksja.

Myślę, że warto zadać sobie pytanie, co pomaganie znaczy dla mnie osobiście. Dla mnie to poczucie sensu i wpływu, bo otrzymuję dowód wdzięczności, który mnie uszlachetnia, sprawia przyjemność. Polecam każdemu uczucie, które ogarnia nas zaraz po udzieleniu komuś pomocy.

Na poziomie firmy to odczuwanie może być inne, ale tam też pracują ludzie, którzy cieszą się, że ich firma, oprócz działalności komercyjnej, wypełnia misję społeczną, zresztą bardzo mocno zakorzenioną w strategii biznesowej Firma, owszem, zyskuje wizerunkowo, ale jest to obopólna korzyść. W myśl naszego hasła: "Czynisz dobrze — czujesz się dobrze".
Wspólnotę Wawel i Fundacja chcą tworzyć również na zewnątrz. dowodem tego jest dość wymagająca akcja SR, w ramach której można było przekazać środki finansowe potrzebującym.

Wydaje mi się, że jeśli na koniec dnia mamy pięć dobrze znanych fundacji, które mają szansę dzięki nam pozyskać spore pieniądze, to ktoś, kto wie, że oprócz frajdy ze zjedzenia czegoś słodkiego może sprawić sobie i innym dodatkową przyjemność, zrobi to chętnie.

Oprócz tego, że wspieramy fundacje, uczymy również bycia fundatorem. Każdy z konsumentów może więc przekonać się jak to jest otrzymać tę bezpośrednią gratyfikację, o której mówiliśmy. Dzielenie się przyjemnością dawania nie jest skomplikowane.

Kto wpadł na pomysł, żeby stworzyć właśnie taką akcję, jak “Serce Rośnie”?

Odpowiem anegdotą: przychodzi Józek do księdza i mówi: “Proszę księdza, nagrzeszyło mi się z dziewczętami”. A ksiądz pyta: “A ile razy?”. Józek na to: “Proszę księdza, ja się tu spowiadać przyszedłem, a nie chwalić”.

Ktoś, kto pomaga i robi to z potrzeby serca, nie robi tego, żeby się chwalić. Robi to po prostu dlatego, że chce. Warto doceniać taką bezinteresowność. Odzwierciedla to nazwa naszego programu: Serce Rośnie. Anna Dymna bardzo się śmiała z tej nazwy. Bo co nam tu bardziej rośnie: serce czy dupa od tych czekoladek? (śmiech).

Pewnie oba jednakowo.

Właśnie nie, jak jest dobre, to nie tuczy (śmiech). Poza tym Wawel mocno swoje receptury modyfikuje — usuwa zbędne dodatki, zamienia sztuczne składniki na naturalne, stale podwyższa jakość. To dowód na mądre wydawanie pieniędzy w firmie.

Wydawanie pieniędzy w ramach Fundacji może być trudne, mając tak duże fundusze do dyspozycji. Na co je przeznaczacie?

Działania naszej fundacji były bardzo szerokie. Od dobrych trzech lat ukierunkowaliśmy się na działania skierowane do świetlic środowiskowych. Doszliśmy do wniosku, że są to miejsca najlepiej oddające ideę, którą chcemy wspierać. Pomagamy dzieciom, które pochodzą z rodzin nierównych: gdzie brakuje mamy, taty, które przez skomplikowaną sytuację rodzinną już na samym starcie mają trudniej.

Czym dokładnie się zajmują świetlice środowiskowe?

Lubię porównywać świetlice do przedpokoju w domu. To jest miejsce, do którego dzieci mogą przyjść zamiast szwendać się po podwórkach. Takich podwórek w Hucie czy na Podgórzu jest multum. Na wielu z nich obecni są dealerzy narkotyków, którzy przyciągają do siebie dzieciaki obietnicą szybkiego zarobku. Nasze zadanie to wyłapać takie dzieci i ściągnąć do świetlicy.

Jak to zrobić? “Ulica” może być w pewnym stopniu atrakcyjniejsza.

To jest rzeczywiście bardzo trudne. Rozmawiałem o tym z Grześkiem Zalicznym, reżyserem, który przygotowuje film opowiadający właśnie o życiu w Nowej Hucie. To on wytłumaczył mi, jak diler narkotykowy “zdobywa” właśnie takie dziecko szwendające się po podwórku.

On nic nie musi robić, bo ma w rękach najmocniejszy argument: szybką i prostą kasę za przeniesienie prochów z jednego miejsca do drugiego. Dilerzy wykorzystują dzieciaki w charakterze kurierów.

Na takie podwórko trzeba więc wejść z inicjatywą, która będzie atrakcyjniejsza od tej stówki, którą dziecko dostanie do ręki.

Co to może być?

Na przykład pasja. Trzeba tylko wiedzieć, jaka. A znalezienie takiego punktu zaczepienia nie jest łatwe. Dla porównania: dealer narkotykowy jest w stanie zorganizować grupę dzieci-kurierów w dwa dni. Streetworker ściąga jedno dziecko do świetlicy przez miesiąc.

Moim marzeniem jest stworzenie sieci świetlic w całej Polsce. Sprawienie, żeby wszystkie dzieci miały w miarę równe szanse, równy start. Do tego potrzebna jest odpowiednia kadra, odpowiedni program — masa ciężkiej pracy.

Świetlice środowiskowe to temat trudny, wymagający większego zaangażowania, niż na przykład zbiórka pieniędzy na leczenie chorego dziecka. Wawel nie miał wątpliwości przed dotykaniem takiego złożonego problemu?

Fundacji, które pomagają chorym, jest mnóstwo. Moglibyśmy wtedy powielać czyjeś doświadczenia. Szukaliśmy więc swojego własnego miejsca — takiego, które wpisywałoby się w ideę rodzinności, budowania podstaw.

Do tego dochodzi kwestia podnoszenia poprzeczki wartości społecznych. Jeśli takie dziecko dostanie od nas prezent w postaci pomocy w odkryciu swojej pasji, podwyższenia poczucia własnej wartości, to za jakiś czas przekaże tę wdzięczność dalej.
Zdobycie zaufania dzieci i przekonanie ich do odwiedzania świetlic to jedno. Znalezienie wykwalifikowanej kadry, która będzie realizować ten program — drugie. W tym też pomagacie?

Zdarza się, że wychowawcy przychodzą do pracy w świetlicy na jeden sezon. Traktują tę pracę jako coś w rodzaju stażu, doświadczenia. Znalezienie pasji w dziecku jest trudne, znalezienie pasji w pedagogu — podobnie.

Dlatego, owszem, spotykamy się z pedagogami i tłumaczymy im, że chcemy wspólnie działać na rzecz podniesienia wartości społecznych. Ale to musi wynikać z pasji. Jeśli ją w sobie odkryją, przychodzą na kolejne warsztaty. W ten sposób zostają z nami ludzie, którzy naprawdę chcą się zaangażować.

Co pana napędza do pomagania? Gdzie jest ten główny czynnik motywujący?

Jeśli miałbym powiedzieć, czym jest pomaganie, powiedziałbym, że dla każdego może oznaczać co innego, to uczucie jest kwestią indywidualną, osobistą. Ja mogę o tym opowiadać, ale po co, jeśli każdy i tak odczuje to po swojemu.

Lubię pomyśleć takim tropem: widzisz niewidomego przed przejściem dla pieszych — pomóż mu. On ci natychmiast ten dobry uczynek odda: podziękuje ci. A Ty poczujesz się dobrze.

Artykuł powstał we współpracy z Fundacją Wawel z Rodziną.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...