Był molestowany przez księdza. Saramonowicz: "Wmurować w sanktuarium w Licheniu tablicę o krzywdzie dzieci"!

Reżyser Andrzej Saramonowicz w zeszłym roku usłyszał "przepraszam" od władz kościelnych za molestowanie w dzieciństwie. Teraz czeka na otwarcie archiwów.
Reżyser Andrzej Saramonowicz w zeszłym roku usłyszał "przepraszam" od władz kościelnych za molestowanie w dzieciństwie. Teraz czeka na otwarcie archiwów. fot. Dawid Żuchowicz /naTemat
Gdy reżyser Andrzej Saramonowicz ujawnił, że ks. Olgierd Nassalski molestował go w dzieciństwie, spotkał się z drwinami i pełnym zakłopotania milczeniem. Był początek lat dwutysięcznych i nikomu nie śniło się, że kiedyś powstanie film dokumentalny, w którym pokazane zostaną twarze i nazwiska sprawców w sutannach. Teraz, po premierze "Tylko nie mów nikomu" braci Sekielskich, Saramonowicz domaga się otwarcia kościelnych archiwów.


Anna Dryjańska: Czy czuje pan satysfakcję, że po 17 latach od momentu, gdy praktycznie bez echa przeszedł pana tekst w "Przekroju", w którym opisał pan swoje trudne doświadczenia, cała Polska ogląda film braci Sekielskich o kościelnej pedofilii?


Andrzej Saramonowicz: Pierwsza rzecz, którą trzeba nieustannie powtarzać: to nie jest film o pedofilii w Kościele, ale o zorganizowanym ukrywaniu przestępczości seksualnej przez władze kościelne. To jest w tym wszystkim naprawdę istotne i i to jest jednocześnie prawdziwie przerażające. I właśnie dlatego Polacy tak ten film przeżywają.


A jeśli chodzi o moje satysfakcje, to ja je lokuję gdzie indziej: w twórczości i życiu osobistym. Jeśli zaś czegoś żałuję, to jedynie tego, że gdyby media i władze kościelne nie zlekceważyły mojego głosu sprzed 17 lat, być może udałoby się uratować wiele dzieci przed molestowaniem przez duchownych, do jakiego dochodziło w Polsce po roku 2002.
Choć zdaję sobie także sprawę z tego, że Polska sprzed 17 lat nie była jeszcze wystarczająco dojrzała obywatelsko do prawdy o hipokryzji Kościoła. Nadal ciągle nie jest, ale coś się powoli zmienia.


Bo oto z jednej strony mamy szalejący populizm narodowo-katolicki, ale z drugiej coraz silniej dochodzi do głosu wspólnota obywateli świadomych tego, że życie w kłamstwie jest de facto życiem w nieustannej niewoli.

Być może to początek redefiniowania się narodu w Polsce.

Bo naród to nieustanny proces dojrzewania, a nie wymachiwanie flagami, łzy wzruszenia przy śpiewaniu hymnu i symboliczne rekwizyty z czasów, które dawno odeszły.

Tyle się w naszym kraju mówi o narodzie, wspólnocie...

W pisowskiej Polsce im głośniej krzyczy się "naród" i "ojczyzna", tym mocniej chce się Polaków utrzymywać w matriksie. W głębokim śnie, który tak dobitnie pokazał nam Stanisław Wyspiański w końcowych scenach "Wesela". Może i Juliusza Słowackiego warto tu jeszcze przypomnieć, który pisał o nas, że idziemy, krzycząc "Polska, Polska!", ale nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie: "jaka?". Czas najwyższy tę odpowiedź wreszcie znaleźć.

Wszelako by ją odnaleźć, trzeba pozbyć się urojeń i fantazmatów, żeśmy bezgrzeszni, najlepsi, wiecznie skrzywdzeni, z misją wobec świata i że "tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem". Jesteśmy dziś tak otumanieni, że nawet to ostatnie zdanie błędnie przypisujemy Adamowi Mickiewiczowi, tymczasem napisał je nikomu już dziś nie znany Karol Baliński. Mickiewicz przecież zmagał się z katolicyzmem mocno.

Jestem zdania, że nasze obecne przebudzenie z fantasmagorycznego snu, który nas trzyma w urojeniu, polegać musi na odwadze zmierzenia się z prawdą. A ona brzmi również i tak, że katolicyzm w tej formie, w jakiej święci triumfy w XXI-wiecznej Polsce, ów polski katolicyzm niemetafizyczny, przaśny, ograniczony do rytuałów, których nikt nie rozumie, konstestujący papieża Franciszka i godzący się na bezrefleksyjne podporządkowanie duchownym, pławiącym się w doczesności, zbytkach, bogactwie, pysze oraz intelektualnej jałowości, niszczy Polskę zamiast ją budować.

I w tym wyjściu z matriksa, w jaki wpędza nas duszny sojusz tronu i ołtarza, film Sekielskich (podobnie zresztą jak i film "Kler" Wojciecha Smarzowskiego) może Polsce i Polakom wybitnie pomóc. Wytyczyć właściwą drogę od zbiegowiska narodowego, które daje się mamić mitami i zabobonami do świadomego społeczeństwa obywatelskiego. To bardzo długa droga, ale warto nią podążyć, by sprostać wyzwaniom współczesności i przygotować Polaków na wyzwania, które niesie przyszłość.

Czy kiedy w maju 2002 opublikował pan tekst, w którym wskazał księdza Olgierda Nassalskiego jako sprawcę molestowania, jakiś hierarcha kościelny odezwał się do pana, przeprosił?

Napisałem wówczas, że jestem gotów stanąć przed komisją kościelną i opowiedzieć o wszystkim. Odpowiedzią było milczenie ze strony episkopatu czy miejscowego biskupa.

Odezwał się jedynie ksiądz Józef Augustyn, jezuita, który w swoich książkach pisał o Olgierdzie Nassalskim jako wspaniałym wychowawcy młodzieży i autorze wielu książek dla dzieci i młodzieży. Napisał do mnie, że jest wstrząśnięty i wycofuje nazwisko Nassalskiego ze swoich prac. To było bardzo uczciwe, ale i jednostkowe.

Poza nim nie odezwał się nikt.

Słowo "przepraszam" padło dopiero w zeszłym roku, gdy po premierze "Kleru" Wojtka Smarzowskiego, przypomniałem mój tekst z 2002 roku i pedofilskiej aktywności Olgierda Nassalskiego. Odezwał się do mnie wówczas ksiądz Tomasz Nowaczek, nowy prowincjał zgromadzenia marianów, z którego pochodził sprawca. Podczas rozmowy telefonicznej przeprosił mnie w imieniu marianów, zaproponował też, że moglibyśmy się spotkać.
Spotkaliście się panowie?

Nie, ale ciągle liczę na to, że do tego dojdzie. W międzyczasie zgłosiło się do mnie sporo ludzi, którzy jako dzieci byli molestowani przez Olgierda Nassalskiego. Nie tylko z parafii na ulicy Gdańskiej w Warszawie, ale także innych miejsc, do których Nassalski cichcem był przenoszony.

Ponieważ wiem już, że jego pedofilski proceder trwał dziesięciolecia, chciałbym porozmawiać z księżmi marianami o stanie ich wiedzy. Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego wcześniej nie zareagowali.

Chciałbym poznać archiwa, jestem pewien, że muszą w nich być skargi rodziców, że muszą być jakieś dokumenty, które potwierdzą, że poprzedni prowincjałowie zgromadzenia marianów o tym wszystkim wiedzieli.

Przypominam, że do tego samego zgromadzenia należał także inny ksiądz-pedofil Eugeniusz Makulski, który jest jednym z niechlubnych bhaterów filmu braci Sekielskich. Są świadectwa – myślę tu o pracach dotyczących historii marianów - że Makulski z Nassalskim się znali.

Makulski pracował w Licheniu, a Nassalski przez dekady przywoził tam dzieci na wycieczki i obozy ministranckie. Bardzo prawdopodobne, że tworzyli siatkę pedofilską. To wszystko powinno się dokładnie zbadać. Dlatego uważam, że marianie powinni w tej kwestii ujawnić swoje archiwa.

Naprawdę pan myśli, że dostanie dostęp do kościelnych dokumentów?

Zdaję sobie sprawę, że to mało prawdopodobne. Ale w rozmowie ze mną prowincjał marianów Tomasz Nowaczek sprawiał wrażenie człowieka uczciwego, któremu zależy na prawdzie. Więc może się zgodzi. Powinien.

Po premierze filmu Sekielskich zakonnicy zasłonili pomnik Makulskiego prześcieradłem.

To dużo za mało. Uważam, że powinno się w Licheniu wmurować w ścianę sanktuarium tablicę z informacją o krzywdzie, jakiej w tych murach dzieci doznawały z rąk duchownych. Także po to, by była przestrogą dla innych księży, że haniebne czyny kończą się publiczną infamią.

No i uważam, że książki Nassalskiego o wychowaniu dzieci powinny w końcu zniknąć ze sklepowych półek. Niestety, ciągle tam są.

Część komentatorów chwali oświadczenie, które prymas Polak wydał tuż po ukazaniu się filmu Sekielskich. Mówią, że to przełomowa chwila, a biskupi wreszcie zrobią porządek z przestępcami w szeregach kleru.

Jestem w tej kwestii raczej pesymistą. Polscy biskupi są dużą, jeśli nie największą częścią problemu. Powtarzam: to, co pokazali Sekielscy, nie jest filmem o pedofilii, której dokonywały jakieś zdegenerowane jednostki, lecz o systemowym ukrywaniu przestępczości seksualnej przez władze kościelne.

Czy gdyby na przykład kler masowo rozjeżdżał pieszych na pasach, to też chcielibyśmy, by wyłącznie biskupi robili z tym porządek?

Pedofilia duchownych jest wewnętrzną sprawą Kościoła wyłącznie w aspekcie moralnym. Ale to przede wszystkim zadanie dla prokuratorów i policji. Czyli dla państwa.

PiS właśnie podniósł o 5 lat karę za czyny pedofilskie.

PiS traktuje państwo jako partyjną synekurę i łup, który należy się ludziom tej partii po wygranych wyborach. Nie wierzę w uczciwość tej władzy, także w tej kwestii.

Jeśli Jarosław Kaczyński - człowiek, który decyduje o wszystkim w Polsce, choć czyni to z fotela zwykłego posła - mówi, że każdy, kto podnosi rękę na Kościół, podnosi rękę na Polskę, to mówi tym samym, że pedofilia duchownych i wieloletnia odpowiedzialność biskupów za jej ukrywanie, nie zostaną w Polsce należycie rozliczone.

To się może stać dopiero wówczas, gdy Polacy, którym zależy na sprawiedliwości w sprawie bezkarności księży popełniających przestępstwa, odsuną PiS od władzy.

Co by pan powiedział osobom, które w filmie Sekielskich opowiedziały o swojej krzywdzie?

Powiedziałbym: "dziękuję za odwagę, postąpiliście właściwie". Ale przecież oni o tym wiedzą.