Spektakularnie zepsuł ostatnie sekundy kariery. Mimo to nadal jest na szczycie. Oto tajemnica Zidane’a

Zinedine Zidane jest dzisiaj trenerem Realu Madryt
Zinedine Zidane jest dzisiaj trenerem Realu Madryt Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Gdyby ostatnie sekundy reprezentacyjnej kariery Zinedine’a Zidane’a nie były prawdą, tylko elementem scenariusza hollywoodzkiego filmu, taki obraz nigdy by nie powstał. Producenci pukaliby się w czoło, czytając jak genialny zawodnik w swoim ostatnim meczu w reprezentacji, sprowokowany zaczepką „na twoją matkę”, wylatuje z boiska na kilka minut przed ostatnim gwizdkiem. Najbardziej niewiarygodne byłby jednak detale: ostatni występ to finał Mistrzostw Świata, a faul na Marco Materazzim — sami wiecie, jak wyglądał.


I jak tu nie przytoczyć frazesu o życiu piszącym najbardziej niewiarygodne scenariusze?

Autorom książki „Dwa życia Zidane’a” — Patrickowi Fortowi i Jeanowi Philippe’owi, takie zdanie cisnęło się pewnie na usta nie raz. Podobnie jak przekleństwa, bo zbieranie materiału, jaki koniec końców złożył się na najbardziej chyba szczegółową biografię francuskiego pomocnika, nie mogło być łatwe.

Wystarczy rzut oka na nieustannie zasępioną twarz byłego reprezentanta Francji, aby domyślić się, że raczej nie należy on do osób, które za wszelką cenę chciałby być na pierwszych stronach gazet. Zidane prawdopodobnie nie chciałby być nawet na ostatniej.

Na jego własne nieszczęście, kiedy inni stali w kolejkach po pewność siebie, on twardo trzymał miejsce w tej, w której rozdawali talent do dryblingu. Przegapił też moment, kiedy można było wystarać się o nieco większą dawkę elokwencji.

Przyszły Mistrz Świata i zdobywca pucharów od dziecka był skryty. I nawet dziś, jako trener jednego z najlepszych zespołów ligowych na świecie ciężko wyciągnąć od niego jakiekolwiek informacje wykraczające, nawet nieznacznie, poza rzetelną piłkarską analizę.
A jednak Fort i Philippe zdołali, jeśli nie do końca zburzyć, to przynajmniej naruszyć, mur tajemnicy, jaka otacza jednego z najlepszych francuskich zawodników w historii. I jeśli przed lekturą „Dwóch żyć Zidane’a” zastanawialiście się, jakim cudem tak doświadczony zawodnik daje się tak dziecinnie podejść na ostatniej, najważniejszej prostej swojej kariery, to zdecydowanie jest to książka dla was.


„Dwa życia” to również książka dla tych, którzy wybryk Zidane’a potraktowali jako medialną ciekawostkę, a z samą piłką nożną mają do czynienia średnio co dwa lata, w okresach wzmożonej aktywności reprezentacyjnej.

Jak na dobrą biografię przystało, autorzy nie skupiają się bowiem tylko i wyłącznie na analizie tabelek z wynikami, a nawet jeśli opisują ważne spotkanie minuta po minucie, to robią to w sposób interesujący nawet dla tych, którzy trochę wstydzą się zapytać, co to jest ten spalony. Zamiast tego, twórcy „Dwóch żyć Zidane’a” powoli, mecz za meczem, trening za treningiem starają się dociec, jak mały Yazid stał się wielkim Zizou.

Popiół czy diament?
To, że Zidane kiedykolwiek będzie zawodowo grał w piłkę, wcale nie było takie oczywiste. Jego ojciec zadawał to pytanie kolejnym trenerom. I dopiero kiedy Zidane miał pewny wstęp do pierwszego składu zawodowej drużyny, padła zdecydowanie pozytywna odpowiedź. Wcześniej nikt nie chciał robić francuskiemu Algierczykowi płonnych nadziei.

Zinedine, a raczej Yazid, jak w dzieciństwie nazywali go najbliżsi, początkowo nie porażał talentem. Był dobry, ale nie najlepszy. Miał talent, ale jeśli użyć metafory diamentu, to jego szlifowanie zajęło mu wiele lat. I nie tylko jemu.

Powiedzieć, że poza sobą samym, Zidane wszystko w swojej karierze zawdzięcza jednej osobie, byłoby nadużyciem, ale niewielkim. Gdyby nie wprawne oko i upór skauta drużyny AS Cannes, Jeana Varrauda, być może dzisiaj Fort i Philippe wydaliby książkę o kimś zupełnie innym.

Varraud dostrzegł potencjał tam, gdzie wszyscy inni widzieli przeciętność. Najpierw przekonał więc władze klubu, że temu wysokiemu, chudemu młodzikowi z niesamowitym drygiem do dryblingu należy dać szansę.

Potem musiał jeszcze namówić rodziców 15-letniego Yazida, aby oddali jedno z czwórki swoich dzieci na wychowanie kompletnie obcej rodzinie i, w dużej mierze, postawili wszystko na jedną kartę.

Dlaczego tak radykalnie? — może zapytać czytelnik. Przecież nastolatek, oprócz piłki, miał jeszcze szkołę — boisko nie było jedyną opcją.

Ta romantyczna wizja zdecydowanie rozmijała się z rzeczywistością. Nie czarujmy się, że puszczony w samopas nastolatek, przed którym właśnie otwierają się drzwi sportowej kariery, z własnej woli ślęczałby nad książkami. W tej kwestii Zidane nie odbiegał od stereotypu. Jeśli jednak chodzi o systematyczność i dyscyplinę w kwestii treningów — już tak.

Podczas gdy koledzy nie stronili od pozasportowych rozrywek, Zidane prowadził żywot, na jaki już za kilka lat miałaby wskazywać jego fryzura. Niczym mnich wracał po każdym treningu najpierw do mieszkania zaprzyjaźnionej rodziny, potem „hotelu pracowniczego”, w którym skoszarowani byli zawodnicy AS Cannes. Zero wyskoków, pełna kultura. Czy na pewno?

Kontrowersyjnie niekontrowersyjny
Na przestrzeni zawodniczej kariery Zidane wyróżniał się z reguły tylko i wyłącznie na boisku. Głównie talentem, ale nie tylko. Wybuchy złości, faule i czerwone kartki nie były dla niego niczym nowym. W nie do końca czystych sytuacjach uczestniczył już jako dziecko, kiedy wyleciał ze szkoły jako uczestnik — honorowej, ale zawsze — bójki.

Później bywało podobnie. Cichy, małomówny i skryty w codziennym życiu, na boisku potrafił reagować niezwykle zdecydowanie w uzasadnionych, jego zdaniem, przypadkach. Czy taka droga zawsze była słuszna? Czy warto było tłumić w sobie emocje, które potem wybuchały niczym bomby, w najmniej dogodnych momentach? Czy takie zachowanie to właściwa ścieżka dla zawodnika, który staje się wzorem do naśladowania dla kolejnych pokoleń footballowych zapaleńców?

Odpowiedzi na te pytania starają się udzielić autorzy biografii Zidane’a.

Artykuł powstał we współpracy z Grupą Wydawniczą Foksal.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...