Trzej "nurkowie kamikadze" z Czarnobyla ryzykowali życiem, aby ocalić miliony. Ich los to tajemnica

Nurkowie z Czarnobyla to bohaterowie, o których wciąż wiemy niewiele
Nurkowie z Czarnobyla to bohaterowie, o których wciąż wiemy niewiele Fot. Screen z YouTube / "The 3 Forgotten Heroes Of The Chernobyl Disaster" Unexplained Mysteries
Było ich trzech. Doskonale wiedzieli, na jakie niebezpieczeństwo się piszą i że ryzykują życiem, ale mimo to weszli pod skażoną wodę, aby odkręcić zawór i zapobiec ogromnej katastrofie. Nurkowie z Czarnobyla istnieją naprawdę i chociaż dziś już wiemy, że ryzyko zniszczenia części Europy – o której słyszymy w serialu HBO – było małe, to i tak byli oni bohaterami. Do dziś ich losy są owiane tajemnicą.



Miniserial HBO przypomniał światu o Czarnobylu. A właściwie nie tyle o samej katastrofie elektrowni atomowej w 1986 roku – która w kulturowej świadomości cały czas funkcjonowała i to wręcz jako mit – ale o dramatach dziesiątek ludzi i cenie, jaką ponieśli. Chociażby o Ludmile Ignatienko, której ukochany mąż gasił pożar elektrowni i zmarł w męczarniach kilka dni po eksplozji.


"Czarnobylomania" trwa w najlepsze. Mimo że serial nie było stuprocentowo zgodny z prawdą historyczną – między innymi w przypadku słynnego Mostu Śmierci – to sprowokował widzów do sięgnięcia po relacje, książki i filmy dokumentalne, a także przypomniał o nieznanych dotąd bohaterach.


A wśród nich byli "nurkowie kamikadze", których historię poznajemy w drugim i trzecim odcinku serialu "Czarnobyl": Walery Bezpałow, Aleksiej Ananienko i Borys Baranow.
Niebezpieczeństwo nieco na wyrost
1 maja 1986 roku, pięć dni po wybuchu elektrowni atomowej, ratownicy odkryli, że niebezpieczeństwo w elektrowni atomowej w Czarnobylu wcale nie zostało zażegnane. Wręcz przeciwnie, jest jeszcze większe.


Wszystko z powodu lawy, czyli tak zwanego korium, która powstała w reaktorze w wyniku połączenia piasku, gliny i boru. Piekielnie gorąca maź szybko stopiła betonową podłogę i zbliżała się do kolejnej betonowej powłoki o grubości metra. Problem w tym, że pod nią znajdowały się zbiorniki na wodę. Były one pełne skażonej wody – której na początku niczego nie świadomi strażacy używali do gaszenia pożaru – i gdyby dostało się do nich korium, nastąpiłby ogromny wybuch termiczny.

Eksplozja o sile aż 3-5 megaton byłaby katastrofalna. Spod ziemi wybuchłyby ogromne ilości skażonej pary wodnej i promieniotwórczego materiału, co zagrażałoby nie tylko Ukrainie czy sąsiedniej Polsce, ale dużej części Europy. Zginęłyby miliony ludzi, a skażone tereny byłyby niezdatne do życia dla ludzi i zwierząt przez setki lat.

Tak myślano wtedy, w 1986 r. W rzeczywistości jednak wybuch wcale nie był nieunikniony, jak przedstawiono to w serialu "Czarnobyl". Ryzyko przedostania się lawy do zbiorników i eksplozji wynosiło zaledwie 10-15 procent, co naukowcy dowiedli dopiero później na podstawie skrupulatnych obliczeń.

Bezpośrednio po katastrofie panował jednak taki chaos i stres, że katastrofa wydawała się jedynie kwestią czasu. Postanowiono więc wypompować wodę. Jednak był jeden szkopuł – zbiorniki można było opróżnić jedynie ręcznie.

Wiedzieli, że ryzykują
Koordynatorzy akcji ratunkowej zaczęli szukać wśród ratowników trzech śmiałków, którzy zajdą do zalanych kanałów, odnajdą zawór i przekręcą go, dzięki czemu umożliwią wypompowanie wody. Dopiero wtedy możliwe było ochłodzenie zbiorników ciekłym azotem o temperaturze –196 °C.

Całe przedsięwzięcie było niezwykle ryzykowne – nie tylko szansa odnalezienia zaworu w podziemnym, ciemnym labiryncie była dość mała (Andrew Leatherbarrow w książce "Chernobyl 01:23:40: The Incredible True Story of the World's Worst Nuclear Disaster" pisze wręcz, że było to jak znalezienie igły w stogu siana), ale do tego brodzenie w skażonej wodzie pod spalonym reaktorem było równoznaczne z szybką śmiercią.


W drugim odcinku "Czarnobyla" naukowcy Walerij Legasow i Ulana Chomiuk (która jest postacią fikcyjną) mają wyrzuty sumienia, że muszą posłać trzy osoby na pewną śmierć. Za namową władz Legasow i Boris Szczerbina, wiceprzewodniczący Rady Ministrów ZSRR, podczas spotkania z pracownikami elektrowni nie informują ich o tym, że śmiałkowie najpewniej za kilka dni umrą.

W rzeczywistości trzech mężczyzn dobrze znało ryzyko i wiedziało, co ich czeka, a mimo to zgłosiło się na ochotników. Jedyne o co poprosili oni władze ZSRR, to opieka nad ich rodzinami po ich śmierci. Śmiałkami byli starszy inżynier Aleksiej Ananienko, inżynier pośredni (i we∂ług niektórych źródeł żołnierz) Walery Bezpałow oraz robotnik Borys Baranow. Ananienko i Bezpałow mieli wspólnie odkręcić zawór, Baranow miał trzymać lampę i oświecać im drogę.
W skażonej wodzie po kolana
Przez lata mówiono, że bohaterscy mężczyźni ubrani w szczelne stroje płetwonurków i maski do oddychania weszli do kanałów i pływali w skażonej wodzie. W rzeczywistości jest jednak tak, jak w serialu HBO – wody nie było aż tak dużo, bo wcześniej jej część wypompowano. "Nurkowie kamikadze" brodzili w niej najwyżej po kolana.

Do tego nie byli pierwszymi ludźmi, którzy weszli do kanałów – wcześniej bezimienni ratownicy mierzyli w nich poziom promieniowania. Nie wiadomo, co się z nimi stało.

Prawdą jest jednak to, że – jak na złość – zepsuła się lampa, którą nosił Baranow. Mężczyźni brodzili więc w plątaninie korytarzy zupełnie po ciemku i długo nie mogli znaleźć zaworu. W końcu dosłownie "wymacali" rurę, która do niego prowadziła, przekręcili zawór i wyczołgali się do wyjścia. Wszystko to w egipskich ciemnościach.

Radość ratowników na ich widok była ogromna, o czym opowiadał Ananienko w wywiadzie dla radzieckich mediów. – Wszyscy w elektrowni atomowej w Czarnobylu obserwowali tę operację. Kiedy znaleźliśmy rurę, ogarnęła nas radość: rura zaprowadziła nas do zaworu. Po chwili usłyszeliśmy szum wody uchodzącej ze zbiorników. Po kilku minutach nasi koledzy nas uściskali – opowiadał.
"Świetna robota", "jesteście bohaterami" – słyszeli nurkowie od każdego po wyjściu. Ale co się z nimi stało?

Przeżyli?
To najbardziej tajemnicza część tej historii. Tak naprawdę informacje o tym, co się stało z Ananienko, Bezpałowem i Baranowem są bowiem zupełnie sprzeczne.

Według rosyjskich przekazów, które pojawiły się niedługo po katastrofie, Ananienko i Bezpałow na skutek silnego promieniowania zmarli w szpitalu w Moskwie w ciągu dwóch tygodni i zostali pochowani w szczelnych, ołowianych trumnach. Ich los krótko później podzielił również Baranow.

Jednak inną wersję wydarzeń przedstawił m.in. Andrew Leatherbarrow w swojej wydanej w 2016 roku książce "Chernobyl 01:23:40". Według niego i kilku innych zagranicznych źródeł cała akcja okazała się mniej niebezpieczna, niż przewidywano i wszyscy trzej nurkowie przeżyli.
Borys Baranow zmarł w 2005 roku na zawał serca, a Aleksiej Ananienko – który we wspomnianym już wywiadzie w 1986 r. dla radzieckiej telewizji, nie wykazywał objawów silnego promieniowania – i Walery Bezpałow żyli jeszcze w 2015 r. i dalej pracowali w zawodzie. Podobno obaj żyją do dziś.

Nieważne jednak, że trzech mężczyzn najprawdopodobniej przeżyło, a ryzyko eksplozji wcale nie było aż tak duże. Nie zmienia to faktu, że wykazali się oni ogromnym heroizmem i poświęceniem. Na zawsze będą bohaterami i "nurkami kamikadze".

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Pisał o "tęczowej zarazie". Stał się męczennikiem na prawicy
0 0Dlaczego wierzę Jarosławowi Kaczyńskiemu