Grała, aby żyć. Dopiero po jej śmierci dowiadujemy się, dlaczego

Danuta Szaflarska spędziła na scenie osiem dekad. Ostatnią rolę zagrała mając 101 lat
Danuta Szaflarska spędziła na scenie osiem dekad. Ostatnią rolę zagrała mając 101 lat Fot. Zbigniew Furman ©
Najczęściej cytowaną wypowiedzią Danuty Szaflarskiej jest pewnie ta, w której stwierdza: „Gdy przestanę grać, pewnie niedługo umrę”. Po lekturze jej najnowszej biografii: „Szaflarska. Grać, aby żyć” nie można wyzbyć się jednak wrażenia, że tryb przypuszczający stosowała tu jedynie z przekory. To ona dyktowała życiu warunki: od momentu, w którym postanowiła, że wraz z kilkumiesięczną córką przeżyją powstanie warszawskie, aż do chwili, gdy w wieku 101 lat po raz ostatni stanęła na deskach teatru.


Uporu, zdecydowania i nieludzkiego wręcz zacięcia nie widać jednak na zdjęciu, wybranym na okładkę książki autorstwa Katarzyny Kubisiowskiej. Danuta Szaflarska uśmiecha się z niego słodko i dziewczęco — może nawet bardziej radośnie, niż na fotografiach wykonanych kilkadziesiąt lat wcześniej, które trzyma w ręce.

Filigranowa, siwiuteńka, krucha — inna nie może się wydawać na pierwszy rzut oka. W momencie wykonania zdjęcia ma grubo ponad 90 lat. Wystarczy jednak przyjrzeć się uważniej, aby zauważyć, że zamiast babcinego koczka, ma modnie asymetryczną fryzurę, a w oczach — blask, chęć życia i charyzmę, której pozazdrościć mogłyby jej trzy razy młodsze aktorki.

Mogłyby, chociaż gdyby tylko wiedziały, jaką traumą okupione było to pragnienie życia i miłość do zawodu, pewnie niewiele z nich zdecydowałoby się na zamianę miejsc.
Aktorka, która przeżyła powstanie
Danuta Szaflarska urodziła się w 1915 roku, zmarła dwa lata temu, w 2017. Choć trudno to sobie nawet wyobrazić, na scenach spędziła niemal 80 lat.


Przed na kilka tygodni przed rozpoczęciem II wojny światowej udało jej się zdać egzaminy aktorskie i dostać przydział do pracy w wileńskim Teatrze na Pohulance. Pomimo wojennego chaosu nazwisko Szaflarskiej nie schodziło z afisza przez kolejne dwa lata. Później, już pod pseudonimem, działała w AK. Jako „Młynarzówna” występowała w teatrze podziemnym i frontowym.

Z relacji przytaczanych przez Kubisiowską wynika, że Szaflarska zaskakująco dobrze odnajdywała się w tych trudnych warunkach. Kiedy tylko mogła, szukała humorystycznej odskoczni — jak wtedy, gdy chowając się w lesie przed niemiecką obławą, postanowiła wraz z koleżanką zrobić sobie maseczkę z poziomek. Umorusane, wyglądały na ciężko ranne. Za takie też wzięli je koledzy z oddziału. Kiedy poznali prawdziwą przyczynę, wybuchnęli śmiechem — oczywiście po chwili, wcześniej sprzedając im porządną burę za wprowadzenie w błąd.

O ile wodzenie nazistowskich patroli za nos i przemykanie pomiędzy blokadami miało swój, z braku lepszego słowa, urok, to już czas powstania warszawskiego, z perspektywy Szaflarskiej, musiał być podwójnie dramatyczny: rok wcześniej urodziła przecież córkę — Marysię.

„Szaflarska żywi się odpadami z maku. We wrześniu kilka razy zje zupę [...] Najtrudniej nakarmić Marysię [...] Główny posiłek to kasza, cudem załatwiana” — czytamy w „Grać, aby żyć”. W pewnym momencie Marysia choruje. Szaflarskiej, znów cudem, udaje się załatwić lekarstwo. Cudem nie ginie również po tym, jak wypełza ze schronu, aby wysuszyć pieluchy - w piwnicy było wilgotno, a na budynek obok chwilę wcześniej zrzucono bombę. Żar palącej się konstrukcji dawał potrzebne ciepło. Żal było nie skorzystać.

Podobnych słodko-gorzkich historii jest w „Grać, aby żyć” więcej. Pytanie, jak mocne piętno te najbardziej dramatyczne odcisnęły na psychice Szaflarskiej?

Obrazy roztrzaskanych kulami głów, brzuchów rozpruwanych odłamkami bomb czy umierających z głodu ludzi mogła albo rozpamiętywać, albo zakopać głęboko w podświadomości. Przez większość życia wierna była metodzie numer dwa: z wojny wolała żartować, pamiętać tylko momenty zabawne. O traumie związanej z powstaniem zaczęła mówić otwarcie dopiero pod koniec życia.
Życie zaczyna się po... 90.?
Bezpośrednio po wojnie Szaflarska nie miała zamiaru roztkliwiać się nad swoim losem — zwłaszcza że pod względem zawodowym właśnie zaczynał się jeden z najlepszych okresów jej życia: dostaje rolę w „Zakazanych piosenkach” — filmie, który zapoczątkuje jej ogólnopolską karierę.

Drugi czas świetności nadejdzie ponad 50 lat później. Rolę życia napisze dla niej dopiero Dorota Kędzierzawska. Na fali sukcesu „Pora umierać” Szaflarska zjeździ cały świat, zdobywając nagrody i serca publiczności. Dosłownie, bo jak pisze Kubisiowska, w kontaktach z przypadkowo spotkanymi ludźmi była niesłychanie słodka, natomiast w relacjach z bliskimi czy współpracownikami — niekoniecznie.

Była mistrzynią drobnych docinków, o czym najlepiej wiedzą dziennikarze, którzy bezskutecznie próbowali umówić się z nią na wywiad, albo — już po przeprowadzeniu rozmowy — uzyskać autoryzację. Swoje decyzje Szaflarska argumentowała różnie, często dowcipnie: w „Wysokich Obcasach” nie pojawiła się, bo… sama chodzi na płaskich.

Takie zachowanie można określić jako „zgryźliwość”, można też wziąć je za przejaw siły charakteru. Szaflarska zdecydowanie umiała się sama bronić. Nawet jako 100-letniej staruszce zdarzało się jej obsztorcować spóźnione na próbę młodsze koleżanki z teatru.

Wielki duch ukryty w niepozornym ciele imponował wielu. Kubisiowska dokładnie opisuje nie tylko relacje, jakie łączyły Szaflarską z „jej” reżyserką — Kędzierzawską, ale i teatralnym odpowiednikiem autorki „Pora umierać” — Grzegorzem Jarzyną. To właśnie on dał jej ostatnią rolę w życiu: zagrała Osowiałą Staruszkę na Wózku Inwalidzkim w „Między nami dobrze jest”.

Szaflarska bardzo chciała wystąpić w dramacie autorstwa Doroty Masłowskiej, której twórczości była fanką. Bez mrugnięcia okiem realizowała więc koncepcję Jarzyny (w którym, jak twierdzi cytowana w książce Aleksandra Popławska, „[...] Danusia, mimo wieku, podkochiwała się”). Nie protestowała, nawet kiedy okazało się, że ma grać w peruce z infantylnymi, doczepianymi warkoczykami.

„Najtrudniejsze dla kobiety jest jak kończy trzydzieści lat, bo wtedy wie, że opuszcza młodość. Tak stało się ze mną. A potem już była tylko zabawa! 50, 70, 90!” — tak Szaflarska kwitowała pytania o swoje podejście do urody. O tym, jakie poglądy reprezentowała w innych kwestiach, mówią w „Grać, aby żyć” ci, którzy ją znali.

Artykuł powstał we współpracy z Grupą Wydawniczą Foksal.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
O TYM SIĘ MÓWI 0 0To na niego "przypadkiem" miało zagłosować 27 tys. osób. Oto największa afera w wyborach do Senatu
OPINIA 0 0Hej wy, w PiS i TVP! Jesteście ostatnimi, którzy mogą się oburzać na plotki o synu Szydło
0 0Podstawowy argument antyszczepionkowców obalony! Prawnik wyjaśnia najprościej, jak się da
0 0Wypijają 18 l mleka na śniadanie. Liczba porodów 44-latki zadziwia, a wkrótce kolejny

DZIEJE SIĘ

0 0"Gwarantuję, że idę do Sejmu". To on miał oddać mandat Piotrowiczowi
0 0Piotrowicz jednak nie trafi do Sejmu! PiS ucina spekulacje

POZNAJ DADHERO.PL

0 0Netflix grozi palcem – ta zapowiedź może oznaczać zmianę zasad na jakich korzystasz z serwisu
DADHERO.PL 0 0"Nie jestem Tonym Hawkiem..." Adam Malita, pionier deskorolki w Polsce, o sporcie i ojcostwie
0 0"World of Fire" z Wichłacz i Kotem. Serial BBC pokazuje wojenny koszmar nie tylko Polaków
WYWIAD 0 0Mierzy 122 cm i znacie ją z "Mam talent". Opowiada, dlaczego w "Na Wspólnej" nie ma niskorosłych