
Obama zagraża Ameryce? Dokument krytykujący jego politykę zobaczyło w weekend więcej widzów niż filmowe hity z Hollywood.
REKLAMA
Konserwatywny pisarz i dziennikarz Dinnesh D'Souza, krytyk prezydenckiej polityki, autor książki "Roots of Obama's Rage", przetłumaczył swoje teorie na język filmu i stworzył pełnometrażowy dokument propagandowy. Jego zdaniem – w służbie prawdy i Amerykańskiego Snu.
Propaganda polityczna nie jest niczym nowym. Kampanijna propaganda, która przybiera pozory obiektywnego kina dokumentalnego, wzmocnionego jednak fabularnymi sztuczkami prosto z Hollywood i domowej roboty psychologizowaniem – to już nowa jakość.
Czy oznacza to, że niedługo kampanie polityczne przestaną inwestować w telewizyjne spoty, a zaczną stawiać na pełnometrażowe klipy wyborcze udające filmy? Sukces "2016: Ameryka Obamy" sprawia, że trudno się nad tym nie zastanawiać. Film stał się boxoffice'owym przebojem i wyprzedził w finasowym posumowaniu weekendu kilka hollywoodzkich hitów.
Czy to znaczy, że cała Ameryka nie chce już głosować na Obamę? A może cała Ameryka jest znudzona kinem krojonym od metra i wybrała się na tego propagandowego potworka po to, żeby zażyć rozrywki "z innej beczki", nie po to, aby się politycznie dokształcić.
Tagline filmu zachęca "Możesz go kochać, możesz go nienawidzić, ale go nie znasz". Film obiecuje zaznajomienie się z prezydentem i działa tak jak Pudelek, który zachęca: Zobacz, co gwiazdy kupują swoim kochankom na walentynki! Tłumy ludzi, niezależnie czy nienawidzą czy kochają – chcą zobaczyć. D'Souza, nie wiem czy świadomie, przypieczętował fakt, że Obama nie jest już tylko politykiem, nie jest nawet najpotężniejszym politykiem na świecie – jest celebrytą. Jednym z największych na świecie. Interesujemy się tym, co czyta ("Where The Wilf Things Are") tym, co ogląda ( ostatnio zachwycał się filmem " Bestie z południowych krain", zwycięzcą z Cannes i Sundance), używamy jego twarzy, żeby dodawać nadziei albo straszyć.
Film D'Souzy wydaje się przypominać film katastroficzny, trochę też dramat psychologiczny, trochę horror, trochę szkolną wprawkę studenta filmówki. To jakby Jean Luc-Godard z okresu swojego politycznego zaangażowania, tylko że konserwatywny, ze Stanów, bez poczucia humoru i bez śladu talentu. Nie jest jednak ważne, w jaki sposób są podawane informacje na Pudelku. Ważne, że pudelek poszczekuje. Obama stał się więc z dnia na dzień większą gwiazdą filmową niż wiele hollywoodzkich tuz.
Na plakacie widzimy jego profil otoczony mgłą. Kiedy oglądałam trailer filmu, nieodparcie kojarzył mi się on z fragmentem filmu "Mroczny rycerz powstaje", kiedy Selina Kyle mówi do Bruce'a Wayne'a, "The storm is coming". Taki jest nastój filmu D'Souzy – uważajcie, bo jeśli się nie obudzicie, przyjdzie jakiś Bane i zrobi wam rewolucje.
D'Souza obawia się przeszłości Obamy – tego, iż jest dzieckiem politycznie radykalnego ojca, że chce zmienić Amerykę, którą tak Souza ukochał, w której zrealizował swój american dream – od stażysty do jednego z najpotężniejszy komentatorów politycznych. Obawia się jego "socjalistycznego ugryzienia". Szczególnie niebezpieczni wydają się D'Souzie osoby, które ponoć ceni Obama: Frank Marshall Davies, były członek Weather Undergouround – Bill Ayers, Edward Said, najsłynniejszy teoretyk kolonializmu, liberalny profesor Harvardu – Roberto Unger i Jeremiah Wright, teolog wyzwolenia Afroamerykanów. D'Souza niczym Batman chce ratować "prawdziwą Amerykę", "prawdziwy kapitalizm". Może nieprzypadkowo na liście box office'u jego film znajduje się tuż obok "Mrocznego rycerza". Ameryka się boi i chce, żeby kino pokazywało ten strach i pomagało go przewalczyć.
Dlatego może równie nieprzypadkowo producentem filmu jest Gerlad R. Molen, odpowiedzialny za takie filmy jak "Jurrasic Park", "Twister" czy "Minority Report". "2016: Ameryka Obamy" świetnie pasuje do katastroficznego, sensacyjnego portfolio.
