Nikomu nie powiedziała, co wydarzyło się w obozie. Córka ocalonej przerywa milczenie

Stefania z córką Basią.
Stefania z córką Basią. Fot. archiwum prywatne
Każdy człowiek jest zdolny do miłości: zarówno ten, który w oczach innych jest wart tyle, co numer wytatuowany na jego przedramieniu, jak i ten, który wbijał w przedramię igłę z tuszem. Historia Stefanii Budniak, opisana w książce “Tajemnica z Auschwitz” jest tego niezbitym dowodem. Jednocześnie, niestety, stanowi potwierdzenie tezy odwrotnej.


Stefania Budniak przeżyła Auschwitz. W przeciwieństwie do milionów innych więźniów, do obozu nie trafiła z powodu pochodzenia, ale w wyniku złych decyzji — podejmowanych głównie przez jej rodziców. To oni bowiem pchali ją w małżeństwo z Florianem Budniakiem — człowiekiem, który, jak miało się szybko okazać, własne chorobliwe ambicje przedkładał nad dobro rodziny.

Gdy rozpoczęła się wojna, Stefania z mężem i dwoma córkami — młodszą Ewą i starszą Basią, mieszkali w leśniczówce. Florian działał w partyzantce i za wszelką cenę starał się uczynić z ich domu, a to centrum dowodzenia, a to kryjówkę dla poszukiwanych przez Niemców żołnierzy.

Rozpracowanie konspiracyjnej działalności Floriana nie zajęło gestapowcom dużo czasu: już na początku wojny zjawiają się w domu Budniaków. Stefania trafia do więzienia — zostaje zakładniczką za męża, który całe zajście obserwuje z bezpiecznego ukrycia. Przez resztę wojny nie zrobi nic, aby ocalić żonę — wręcz przeciwnie, skutecznie, choć w pewnym sensie nieświadomie, storpeduje jedyną możliwość ocalenie Stefanii przed zsyłką do obozu zagłady.


Stefania spędzi w Auschwitz niemal całą wojnę. Przy życiu utrzyma ją jednak coś więcej niż niczym nieuzasadniona wiara w to, że jeszcze kiedyś będzie mogła przytulić swoje córki — przetrwa dzięki miłości, która w obozowym życiu nie powinna się zdarzyć.

O tym, że jej powrót do domu to w znacznej części zasługa Niemca — esesmana Jürgena, który roztoczył nad nią parasol ochronny, rodzina Stefanii dowiaduje się dopiero teraz, wraz z premierą książki “Tajemnica z Auschwitz”.

Jak tłumaczy Nina Majewska-Brown, autorka, która spisała wspomnienie o Stefanii, kobieta przed śmiercią zdradziła swój sekret tylko jednej z córek — Ewie. W rozmowie z na:Temat Majewska-Brown opowiada, jak trafiła na trop tej niezwykłej historii. Zdradza również, jak wyglądało życie jej bohaterki po wojnie, u boku męża — tak, tego samego, przez którego trafiła do obozu.
Jak trafiła pani na historię Stefanii Budniak?

Ta historia przyszła do mnie sama. Trzy lata temu poznałam Ewę, córkę Stefanii, i w bardzo krótkim czasie zaprzyjaźniłyśmy się — do tego stopnia, że Ewa zaczęła mi towarzyszyć w niektórych wyjazdach związanych z promocjami książek.

W samochodzie, podczas wielogodzinnych podróży, opowiadała mi historie ze swojego życia, z życia rodziny i ukochanej mamy. Ich losy były tak poruszające, że zaczęłam myśleć o napisaniu książki. Nie miałam jednak odwagi do niej usiąść: nie chciałam zranić uczuć Ewy, niepotrzebnie nie poruszać bolesnych wspomnień.
W ubiegłym roku podczas targów książki w Krakowie Ewa powiedziała mi, że marzy o tym, by ktoś napisał o mamusi, jak to było naprawdę. Wtedy uznałam, że nie tylko mam drogę wolną, ale że wręcz mogę spełnić jej marzenie i ocalić maleńki puzzelek historii.

“Tajemnica z Auschwitz” nie jest jednak reportażem — to oparta na faktach i świadectwach bohaterów powieść. Dlaczego zdecydowała się pani na taką formę?

Zazwyczaj wojnę oglądamy oczami mężczyzn, którzy walkę prowadzili często na innych frontach niż kobiety. Nierzadko zapominamy albo nie mamy świadomości, jaką kobiety musiały zapłacić cenę za decyzje podejmowane przez mężów, braci czy ojców. Pamiętamy o tych, którzy stoją na cokołach, a zapominamy, albo nic nie wiemy, o tych, po których plecach się na nie wspinali.

Stefa trafiła do Auschwitz jako zakładniczka za męża. Męża, który dopuścił do aresztowania teściowej, szwagierki i żony, który po tym wszystkim zostawił w leśniczówce pod łóżkiem dwie małe córeczki i sam wrócił do swoich partyzantów.

To człowiek, który dokonawszy zamachu na wysoko postawionego gestapowca, udaremnił wykup żony z więzienia w Częstochowie i przyspieszył jej wywóz do obozu. To człowiek, który walkę o ojczyznę przedłożył nad bliskich, wielokrotnie ich narażając, bez ich zgody, na niebezpieczeństwo.

“Tajemnica…” to dramatyczna opowieść o tym, jak zawodzą nas najbliżsi, a jednocześnie jak niespodziewanie pomocni mogą się okazać nasi wrogowie. Zależało mi na tym, by oddać emocje i uczucia towarzyszące Stefie. Przyjmując taką formę, uznałam, że opowieść będzie bardziej wiarygodna.
Jak wyglądała praca nad tekstem?

Napisanie tej książki wymagało pracy, poszukiwań i przygotowań. Było to dla mnie o tyle łatwiejsze, że od lat interesuję się psychologicznym aspektem drugiej wojny światowej i mam za sobą sporo lektur.

Spędziłam wiele godzin w archiwach IPN-u, współpracowałam z Archiwum Auschwitz, ale też miałam ogromne szczęście spotkać się z jedyną żyjącą przyjaciółką Stefy z obozu. Początkowo to Ewa przekazywała mi historię mamy, ale później role nieco się odwróciły — to ja zaczęłam opowiadać ją na nowo, uzupełniając o kolejne fakty.

Czy powstanie książki zmieniło w jakimś stopniu Ewę? Wyrzucenie z siebie tej historii sprawiło jej ulgę?

Ewa była dzieckiem wielokrotnie skrzywdzonym przez wybory rodziców, a w zasadzie ojca. Ma świadomość, jak ten człowiek, skupiony na własnej karierze i filozofii, mocno ranił matkę i ile razy zrujnował jej życie, przewracając je do góry nogami.

Ewa ma ogromny żal do ojca o to wszystko, co się wydarzyło. O to, co zrobił Stefanii, że był tchórzem, że po wojnie Ewa nie mogła mieszkać z rodzicami, że nie zważając na ich potrzeby, przeniósł rodzinę z Warszawy do Poznania. Że był takim egoistą.

Widziałam, że w miarę powstawania kolejnych rozdziałów Ewa odczuwa coraz większą ulgę, a kilka dni temu usłyszałam, że nareszcie sprawiedliwości stało się zadość. Powiedziała, że pierwszy raz jest spokojna i ma świadomość, że zrobiła coś dobrego dla mamy.
„Niektóre fakty ujawniane w tej książce nie są znane nawet moim najbliższym i choć mam świadomość, że mogą być dla nich zaskakujące, uznałam, że powinny ujrzeć światło dzienne” - o jakich faktach mówi Ewa we wstępie?

O przyjaźni z esesmanem, Jürgenem. To dzięki jego pomocy i trosce jej matka przetrwała obozowe piekło. W zasadzie opowiedziała o nim tylko Ewie, niewiele zdradzając pozostałym córkom. Nigdy nie wspomniała o ich przyjaźni ani przyjaciółkom w obozie, ani nawet po wojnie.

W zasadzie ten człowiek pomagał jej niemal od chwili przekroczenia obozowej bramy. Może dlatego, że była tak podobna do jego zmarłej tragicznie żony? Dzięki niemu, co wydaje się niewiarygodne, miała w obozie prawdziwą kołdrę, oficerki i dostęp do dodatkowych porcji jedzenia.

Jürgen jako jeden z trybików wojennej machiny znalazł się w Auschwitz wbrew własnej woli i nie mógł się pogodzić z tym, co się tam działo. Z drugiej strony, jak opowiadała Stefa, nie miał odwagi się sprzeciwiać, bo w domu, podobnie jak na nią, czekały dwie małe córeczki. To właśnie tęsknota za dziećmi tak ich zbliżyła.

Przyjaciółka Stefy z tamtego okresu, gdy opowiedziałam jej o tej przyjaźni z esesmanem, stwierdziła, że dopiero teraz, po siedemdziesięciu siedmiu latach, wszystko stało się jasne. Podobnie jak inne, zakładała, że Stefa jest kimś ważnym w podziemiu i dlatego dostaje w obozie takie wsparcie i pomoc. Żadna nawet nie podejrzewała takiej znajomości.

Zresztą nie wiadomo, jak potoczyłyby się dalsze losy Stefanii, gdyby nie śmierć „jej esesmana”, jak o nim mówiła. Został stracony przez Amerykanów 7 maja 1945 r. w dniu wyzwolenia obozu w Zwodau.

Jürgen był pierwszym mężczyzną, który się z nią liczył, opiekował i otoczył troską. Pierwszym mężczyzną, który, o ironio, dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Nigdy, mimo tego, przez co przeszła, Stefania nie pozwalała mówić źle o Niemcach. Powtarzała, że nie wszyscy są źli.
Czy Stefania po zakończeniu wojny wspominała swój pobyt w Auschwitz?

Przyjaciółki, które przetrwały piekło Auschwitz, Ravensbrück, Flossenbürg i Zwodau, spotykały się po wojnie regularnie. Odwiedzały się w swoich domach początkowo co pięć lat, a potem uznały, że się starzeją, i widywały się częściej. Przez pierwsze kilka minut wymieniały bieżące informacje, a potem godzinami wspominały pobyt w obozach.

Stefania nigdy nie mówiła o Jürgenie ani nawet o zdjęciu dziewczynek, które towarzyszyło jej przez całą tę piekielną drogę. Może wstydziła się tej przyjaźni, może było jej głupio, że nie mogła im pomóc? Tego się nie dowiemy. W miarę upływu czasu najbliżsi coraz bardziej oswajali się z tymi obozowymi wspomnieniami, jednak niestety nikt ich nie spisywał.
W książce znajdują się fragmenty, z których dowiadujemy się o różnych fobiach, które wyzwoliła powojenna trauma (Stefania nie znosi psów, nie kupuje pasiastych rzeczy, Ewa nie pije zsiadłego mleka, bo źle jej się kojarzy itp.). Tych „drobiazgów” jest sporo. Jak bardzo przeszkadzały one Stefanii, Ewie i Basi w codziennym życiu? Czy próbowały walczyć z „demonami wojny”?

Wojna i pobyt w obozie odcisnęły trwałe piętno na życiu rodziny. Stefa wróciła do domu, ważąc trzydzieści dwa kilo, bez zębów, z zaawansowaną chorobą serca i depresją. Była wrakiem, któremu nikt nie potrafił pomóc.

Stary lekarz rodziny zalecił jej kolejną ciążę, żeby skupiła uwagę na małym dziecku. I ona, z mężczyzną, który opuścił ich córki i zesłał ją do piekła, miała trzecią córkę — Kasię, którą potem odesłała do szwagra, bo nie była w stanie podołać opiece nad trójką dzieci.

W domu wszystkim towarzyszyły traumy. Ewa do dziś panicznie boi się ciemności, zamkniętych pomieszczeń, nie wejdzie do lasu i nie zje tych rzeczy, do których jedzenia zmuszano ją, gdy tułała się po obcych ludziach. Zawsze musiały mieć zapasy jedzenia.

Ewa nigdy nie zapala też zniczy na grobie matki, bo obu kojarzyło się to z ogniem krematorium. Mimo upływu tylu lat lęki i traumy do dziś są obecne w jej życiu.
Jak Ewa opisuje swoje relacje z ojcem? Czy jego zachowanie podczas wojny było później komentowane?

Ewa ma o ojcu jak najgorsze zdanie. Zresztą nie tylko ona. Jego rodzice nie odzywali się do syna do końca życia i nie wybaczyli mu tego, co zgotował żonie i dzieciom. W jej opinii do końca był despotą i egoistą, nastawionym na własną karierę i zainteresowanym tylko sobą. Nawet na dorosłe córki usiłował wywierać nacisk, nie licząc się z ich uczuciami i emocjami.

Ewa wspomina, że nie interesował się domem ani rodziną, skupiony był raczej na swoich partyzantach i utrzymywał z nimi kontakt do końca życia. Na grobie rodziców Ewa kładzie kwiaty po stronie matki, nigdy ojca. Myślę, że do dziś mu nie wybaczyła, a powstanie tej książki traktuje jako pewną formę zadośćuczynienia matce czy sprawiedliwości.

Dlaczego Stefania nie odeszła od Floriana? Czy w ogóle rozważała taką możliwość?

Tego zupełnie nie rozumiem, Ewa zresztą też. Może takie były czasy? Ona, panienka z dobrego domu, bez zawodu, pozbawiona środków do życia w powojennej rzeczywistości, z obozową traumą z pewnością nie potrafiła się odnaleźć. Miłością i troską otulili ją teściowie i rodzice, dzieci były najważniejsze, może to wystarczyło? Myślę, że była głęboko nieszczęśliwą kobietą.

Artykuł powstał we współpracy z wydawnictwem Bellona.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
PILNE
0 0Orędzie Dudy jak z kampanii wyborczej. Cytował Morawieckiego i.... naprawił gafę Macierewicza
0 0Marszałek Macierewicz wyrzucił z siebie wszystko. Mówił o gender i "neosocjalistycznym imperium"
dadHERO 0 0Polacy sprzątają Himalaje. Andrzej Bargiel wziął worki i poszedł na lodowiec. "Ilość śmieci szokuje"
Volkswagen 0 0Ciężarówka jak pociąg? Dzięki tej "elektrycznej" autostradzie nie jest to już science fiction