
Patryk Małecki romansuje z ŁKS-em. Podjął negocjacje z klubem, który nie płaci zawodnikom i nie ma gdzie trenować. Z zespołem, którego kibice szczerze go nienawidzą. Musi być skrajnie zdesperowany. Kiedyś lubił powtarzać, że nie wyobraża sobie gry w jakimkolwiek polskim klubie poza Wisłą. I pewnie nigdy nie brał nawet pod uwagę, że będzie do tego zmuszony.
REKLAMA
ŁKS z konieczności zbiera wykolejeńców. Wyciąga rękę do tych, którzy z jakiś powodów znaleźli się w piłkarskim bagnie i zanurzeni w nim po szyję - jeszcze nie po uszy - nerwowo machają rękami. Do Łobodzińskiego, po ośmiu miesiącach przerwy w grze i z prokuraturą na karku. Do niechcianych przez poprzednich pracodawców: Sasina, Iwańskiego, Gancarczyka czy Bonina. Piłkarzy, którzy zrobią wszystko, by tylko znowu gdzieś zaistnieć i utrzymać się na powierzchni.
Małecki pasuje do tego towarzystwa, jak garbaty do ściany...
Nie mogę zrozumieć, co ten chłopak robi ze swoją karierą. Gdzie był, kiedy debiutował w lidze, gdzie mógł trafić lada moment, a w jakim miejscu jest teraz. Kiedyś, przez trzy lata, dzień w dzień pisałem o Wiśle. Jeździłem za nią mecz po meczu, przez co mam wrażenie, że obserwowałem Małeckiego z bliska od początku, w czasach, gdy mówili o nim jeszcze „kandydat na piłkarza”. Dlatego w tym wpisie będzie sporo prywaty. Kilka słów z nieco innej perspektywy, parę zapamiętanych „obrazków”. Chronologicznie, bo tylko chronologia odda wiernie to, co się z nim stało.
Rok 2008
„Mały” wraca właśnie z wypożyczenia do Zagłębia Sosnowiec. Ma 20 lat. Skorża zaczyna traktować go poważnie i wreszcie pozwala grać od pierwszej do ostatniej minuty. Wisła prowadzi w tabeli bez porażki w lidze. W trzynastej kolejce sezonu na Reymonta przyjeżdża gdańska Lechia. „Muruje” bramkę od początku, więc Wiśle idzie jak po grudzie, ale wreszcie - dwadzieścia minut przed końcem - dostaje rzut karny. Do piłki nie podchodzi Brożek, który strzela w tym czasie, jak najęty. Nie podchodzą Baszczyński albo Łobodziński, ale właśnie Patryk. Trafia, Wisła łapie wiatr w żagle i wygrywa 3:0. „Tylko Małecki nie bał się strzelać” – pisze następnego dnia „Super Express”, a Skorża przyznaje: - Pytałem kilku zawodników, który chce uderzać, ale prawie każdy mi odmówił. Patryk zgodził się po chwili zawahania, choć trzęsły mu się nogi.
„Mały” nigdy nie grzeszył skromnością i pokorą.
Gdy szczyt popularności przeżywa portal „Nasza Klasa”, podczas letniego zgrupowania, w przerwie między jednym treningiem a drugim, uznaje, że on też założy konto. Wpisuje co trzeba, odnajduje profil klasy z podstawówki z Suwałk i umieszcza pierwszego posta: „Siema buraczki, co tam u was?”.
W Krakowie kilka razy spotykamy się… w tramwaju. „Mały” często jeździ nim na treningi. Pytam, czemu nie zrobi prawa jazdy? Przecież miałby znacznie łatwiej, na co on, że zrobi, kiedyś na pewno zrobi, ale jakoś się nie składa. No, faktycznie, do kursów i egzaminów nigdy mu nie było śpieszno.
2009
W maju Wisła jedzie na mecz do Łodzi. Prowadzi w tabeli i o punkt wyprzedza Lecha. ŁKS jest ostatni i przegrywa u siebie z kretesem 0:4. Małecki zdobywa pierwszą z bramek, po czym podbiega pod sektor kibiców gospodarzy i prowokacyjnie całuje herb Wisły. Do końca spotkania, gdy tylko jest przy piłce, słychać przeciągłe gwizdy, ale on nic z nich sobie nie robi. Mam wrażenie, że lubi być wrogiem numer jeden. – To fajne uczucie, gdy wszyscy ci źle życzą, a ty możesz ich uciszyć trafiając do siatki - mówi. - Wiedzą, że kocham Wisłę, zawsze się z nią identyfikuję. Widocznie ich to drażni, ale to nie moja sprawa.
Bardzo ciekawe, czy w Łodzi już mu to wybaczyli…
Jest połowa 2009 roku. „Mały” gra coraz więcej i lepiej, ale jednocześnie coraz częściej zaczyna po ludzku przeginać. Po meczu w Gdyni kłóci się Andrzejem Czyżniewskim, dyrektorem Arki, który postanowił „nauczyć młokosa kultury”. Małecki nie pozostaje dłużny i napuszcza na działacza swoich większych i silniejszych kolegów. Tylko szczęśliwy przypadek (o którym nie warto się tu rozpisywać) sprawia, że Czyżniewskiemu nie spada włos z głowy.
2010
Patryk odmawia gry w sparingu z Hannoverem podczas zgrupowania w Niemczech. Po meczu rozmawiamy z trenerem. Trzy osoby: ja, dziennikarz „Przeglądu Sportowego” i pracownik Biura Prasowego Wisły. Mam wrażenie, że Kasperczak najchętniej by sprawę przemilczał, dopiero mocno naciskany zdradza, że Patryk nie zagrał, bo nie chciał…
Henryk Kasperczak dla Weszlo.com
Poprosiłem Andrzeja Bahra, żeby wysłał go na rozgrzewkę, ale zaraz przyszedł do szatni i mówi, że Małecki nie chce wejść. Ja na to: „Zostaw go. Nie chce, niech nie wchodzi”. Wieczorem od razu zadzwoniłem do Bogdana Basałaja i powiedziałem, jaka jest sytuacja.
„Mały” dzwoni, prosi, żeby o tym nie pisać. Ale niby jak to zrobić? Nie ma takiej opcji. Klub sam za moment wyda zresztą oświadczenie.
2011/2012
Wisła znowu zdobywa mistrzostwo. Małecki rozgrywa najlepszy sezon w swojej krótkiej karierze – strzela siedem goli, zalicza tyle samo asyst. W czasie mistrzowskiej fety jeździ na bagażniku roweru trenera Maaskanta, jakby był ojcem chrzestnym sukcesu.
W międzyczasie „niezadowolonych pikników wysyła na Cracovię” i wreszcie zaczyna dzielić kibiców na tych „pro” oraz tych „contra”. Prezes Wisły, Bogdan Basałaj deklaruje: „Nikt nie jest ważniejszy od stuletniej historii Białej Gwiazdy”, ale kolejne wyskoki Małeckiego uchodzą mu na sucho, jedynie uszczuplając portfel. Aż do feralnego meczu ze Standardem Liege.
Niedawno rozmawiam z jednym z byłych zawodników Wisły, który mówi: – Dopóki „Mały” nad sobą nie zapanuje, nic z tego nie będzie. On żyje jakby w swojej bajce. W szatni właściwie nie ma bliskich kolegów, zauważ, że zwykle chodzi swoimi drogami. Nikt go specjalnie nie pociesza. Nikt nie płacze, że znowu coś mu odwaliło. Tylko Chavez, ale to dobry człowiek. Tak po prostu – wyrozumiały.
Z niedowierzaniem patrzę dokąd ta historia prowadzi. Do ŁKS-u? Faceta, który miał jechać na Euro? Walczyć o zagraniczny transfer i niebotyczny kontrakt? To nie do pomyślenia. Mimo wszystko, kibicuję mu i dobrze życzę, bo jak trafnie napisał na swoim blogu „Aco” Vuković – zbyt wielu już tych taksówkarzy, którzy kiedyś mieli być wielkimi piłkarzami…
Autor jest dziennikarzem portalu Weszlo.com
