Pokaz sztucznych ogni w Paryżu.
Pokaz sztucznych ogni w Paryżu. fot. Yann Caradec / Wikimedia (Creative Commons Attribution-Share Alike 2.0 Generic)

"We Francji sylwester w większych miastach wyglądał jak strefa wojenna" – napisał na Twitterze prawicowy publicysta Marcin Makowski. Jego zdaniem, powinniśmy się cieszyć z tego, co mamy w Polsce. Te słowa szybko spotkały się z kontrą Polaków przebywających nad Sekwaną. Okazało się za to, że Makowski o Francji pisze z... Krakowa.

REKLAMA
"Spalone auta, strajki, zamieszki. Pewnie zaraz ktoś mądry tutaj wytłumaczy, że taką mają nad Sekwaną ekspresję i kulturę protestowania" – napisał Makowski. Jego tweet spotkał się z dużym zainteresowaniem internautów. "Absolument" – zgodziła się z nim Anna Kalczyńska, dziennikarka TVN.
Jednak narracja Makowskiego szybko zaczęła się psuć. "Ale jest Pan w Paryżu? Tak pytam, bo chyba nie" – napisała jedna z komentujących, podając dalej tweeta z pokazem sztucznych ogni z francuskiej stolicy. "Jestem we Francji... Pan również? A konkretnie gdzie? Myśmy, i to z dzieckiem, świetnie i bezpiecznie się bawili. Dziwne..." – odpowiedział inny twitterowicz. "Jestem w Paryżu i żadna dzielnica nie wygląda jak strefa wojenna" – dodał kolejny Polak żyjący nad Sekwaną.
I tak krok po kroku okazało się, że prawicowy publicysta wypowiada się o sytuacji we Francji przebywając w... Krakowie. Co wytknął mu Jakub Kucharczuk z Klubu Jagiellońskiego. "Dzięki magii internetu, mediów społecznościowych i telewizji pewne rzeczy można oglądać bez wychodzenia z domu" – kpił w odpowiedzi Makowski.
"Jeden z większych grzechów współczesnego świata - wyciągać wnioski z relacji medialnych i mediów społecznościowych. Byłem parę lat temu w Paryżu w czasie milionowych strajków - w Polsce relacjonowano armagedon, a my zwiedzając centrum prawie ich nie zauważyliśmy" – odpisał Kucharczuk.