
Im bardziej nadstawi się ucha temu, co komunikują publicznie politycy PiS, tym głośniej słychać, że wśród koalicjantów Zjednoczonej Prawicy zapanowały nastroje paniczne. W ostatnich dniach dobitnie świadczy o tym wypowiedź wicemarszałka Sejmu, Ryszarda Terleckiego, który dał sygnał do rozpoczęcia rozliczeń w obozie władzy, choć do wyborów zostały jeszcze ponad dwa tygodnie i nikt ich jeszcze ani nie przegrał, ani nie wygrał. A tu już wyraźne pretensje wobec Jarosława Gowina, że zablokował wybory 10 maja. Bo przecież gdyby się one odbyły – utyskiwał Terlecki - to Pałac byłby wzięty, a PO może by już nawet nie istniała, zapadłszy się pod ciężarem porażki Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Dziś PiS nie jest już pewny zwycięstwa Dudy i zaczyna się tym trwożyć. A ma ku temu – prócz tendencji sondażowych – kilka poważnych powodów.
Pierwsze dobre wrażenie można zrobić tylko raz
Pięć lat temu Andrzej Duda był politykiem trzeciej kategorii wyciągniętym na światło dzienne z piątego szeregu, czyli niemal nówka sztuka. I zrobił wrażenie na publiczności – młody, energiczny, elokwentny, bardzo mu się chciało. Na tle o dwie dekady starszego i znużonego Bronisława Komorowskiego – błyszczał każdego dnia swej profesjonalnej kampanii. Można się było z nim nie zgadzać, ale trudno było go wtedy nie docenić. Ale to se ne vrati. Pięć lat przy Krakowskim Przedmieściu mocno zużyło prezydenta. Teraz wystawia się na widok publiczny z całym zgromadzonym do tej pory bagażem. A ten silnie przygarbił mu plecy. W dodatku jego konkurent ma tę świeżość, którą on dawno już utracił. I kiedy Andrzejowi Dudzie wypadają kolejne trupy z szafy, Rafał Trzaskowski pewnie rozdaje wśród wyborców niezgrane jeszcze karty.Ani formy, ani treści
Jeszcze na początku kampanii, kiedy PiS odpalił Andrzejowi Dudzie spektakularną konwencję (światła, tłumy, wiwaty i kwiaty), komentatorzy mówili, że forma przerosła treść, bo w warszawskiej Hali Torwar nie padło nic nowego, nic „dla wyborcy”. Ot, powspominano dawne dzieje, czyli kampanię roku 2015, pozachwycano się rządem i prezydentem oraz zapowiedziano wyborczy tour de Pologne. Po czym spędzeni w wielkiej liczbie działacze rozjechali się do domów.
Prezydent z partią, partia z prezydentem
Przez ostatnich pięć lat nikt nie mógł mieć żadnych wątpliwości, że władza wykonawcza w Polsce jest jak zaciśnięta pięść. I że prezydent nie jest autonomicznym ośrodkiem politycznym, ale integralną częścią Zjednoczonej Prawicy. A może nawet – jak mawiał Stalin o ludziach sowieckich - jedynie śrubką w gigantycznej machinie państwowej, kontrolowanej przez prezesa Kaczyńskiego.Władca marionetki
Prezydent w społecznym odbiorze to jest ktoś. Ważna figura, poważny gość. Nie bez powodu frekwencja w wyborach głowy państwa jest tradycyjnie najwyższa. Polityk wybrany na ten urząd powinien być autonomiczny i samodzielny, ludzie to intuicyjnie czują. A od pięciu lat widzą postać, do której rąk przyczepiono sznurki, za które to pociąga ze swadą Jarosław Kaczyński. Postać, która była wielokrotnie przez swoje zaplecze upokarzana i stale jest traktowana instrumentalnie, jak maszynka do podpisywania. I jeszcze jeden aspekt tej sytuacji – gdy całe otoczenie wie, że Duda nie znaczy niemalże nic, to nikt się na Dudę nie orientuje. Pomagają mu przy wyborach, jasna sprawa, ale tylko dlatego, że od ich wyniku zależy przyszły los całej formacji. Stąd nie ma w tym poparciu autentyzmu, jest sztuczny przymus. A to wpływa na atmosferę wokół kandydata – kiepską.Granica śmieszności
Pierwszym sygnałem był przycupnięty na krzesełku Adrian. Serial „Ucho Prezesa”, który zaczął być emitowany półtora roku po objęciu przez Andrzeja Dudę urzędu, powinien uruchomić wszystkie dzwonki alarmowe w Pałacu Prezydenckim. Tym bardziej, że w śmieszność z premedytacją wtrącono w 2015 roku Bronisława Komorowskiego i wiedziano, jakie to ma skutki dla wizerunku polityka, zwłaszcza wśród najmłodszego elektoratu. A w 2017 roku karma wróciła i to nie dlatego, że ktoś postanowił intencjonalnie prezydenta skompromitować czy wyszydzić ale dlatego, że zachowanie Andrzeja Dudy takie właśnie często jest – komiczne. I – jak to się teraz mówi – memogenne, uruchamiające lawinę kpiących obrazków, krążących w sieci.Spójrzcie na te miny, które robi Andrzej Duda. Na to napuszanie się, wydymanie ust i nadymanie policzków. Na to wykrzykiwanie swoich przemówień – nikt chyba nie powiedział prezydentowi, że siły swojego przekazu nie buduje się podkręcaniem głośności. W rezultacie postać prezydenta zaczyna nabierać rysów karykaturalnych. Bo udaje z całą mocą „bardzo ważnego polityka”, a wszyscy dookoła widzą, że król jest nagi. I dlatego pokazują go palcem i się z niego śmieją. PiS i prezydenta naprawdę mogła z tego wszystkiego rozboleć głowa: pojawiło się ryzyko przegranej. Czyli coś, czego jeszcze kilka tygodni temu w ogóle nie było i czego nie brano pod uwagę.